Handsome Furs

musicnews musicnews

COKE LIVE MUSIC FESTIVAL - relacja z festiwalu w Krakowie, 21.08.2010

Data: 2010-09-01
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
30 Seconds To Mars, fot. Kenneth Cappello

"W Jarocinie przynajmniej się biją" - usłyszałem opuszczając teren festiwalowy o 1 nad ranem. Jeżeli ktoś spodziewał się tak mocnych wrażeń to rzeczywiście mógł być rozczarowany. Pozostali raczej nie. Pierwszy dzień krakowskiego Coke Live Music Festival upłynął pod znakiem imprezowego i luzackiego N.E.R.D., przeegzaltowanego 30 Seconds To Mars oraz hipnotyzującego setu Chemical Brothers.

 

Tegoroczna edycja imprezy to przede wszystkim rekordowa (organizatorzy podają liczbę 45 tysięcy) publiczność i widoczna zmiana formuły imprezy. O ile dominujący na samym początku hip-hop zaznacza jeszcze na niej swoją obecność, o tyle coraz ważniejsze miejsce zajmują reprezentanci elektroniki i gitarowego grania. Stąd między innymi obecność wspomnianego 30 Seconds To Mars i Muse. Rosnąca frekwencja pozwala wierzyć, że zmiany wyjdą krakowskiej imprezie na dobre, ale pokazuje też coś znacznie ważniejszego: Polacy, mimo kryzysu, coraz chętniej korzystają z bogatej oferty letnich festiwali.

 

Od momentu wejścia na teren Muzeum Lotnictwa Polskiego stało się jasne kto jest główną gwiazdą pierwszego dnia imprezy. Zastępy wymalowanych w charakterystyczne symbole fanek Jareda Leto, mimo młodego wieku i niskiego wzrostu, zdecydowanie dominowały w tłumie. O tym graniczącym z histerią oddaniu doskonale wie lider 30 Seconds To Mars, którego pojawienie się na scenie przywitały piski zdolne zagłuszyć nawet otwierające występ partie perkusji jego brata Shannona. "Obudźmy całą Europę" - krzyknął niedługo potem Leto i... prawie mu się to udało, bo podkręcone do granic możliwości nagłośnienie na głównej scenie momentami mogło powodować krwawienie z uszu. Niestety, odbiło się to również na selektywności, o zachowanie której zespół walczył jak mógł. W tej nierównej potyczce muzykom nie pomagały niepotrzebnie rozdmuchane aranżacje, zdolne zniszczyć budowaną z hollywoodzkim rozmachem dramaturgię. Leto nie dawał jednak za wygraną, cały czas komplementując publiczność, zachęcając ją do zabawy, a nawet zapraszając kilkudziesięciu fanów na scenę. Zabrakło tylko utworów zdolnych zaspokoić stadionowe ambicje muzyków, którym najwidoczniej marzy się kariera na miarę występujących dzisiaj Muse.

 

Kilkadziesiąt minut przed występem 30 Seconds To Mars na głównej scenie dominowały jednak odmienne klimaty. Luz, energia i imprezowe zacięcie N.E.R.D. już od pierwszych dźwięków zjednały im krakowską publiczność. Nawet spora gafa Pharrella Williamsa, który myślał, że jest w Warszawie, nie była w stanie zepsuć zabawowego nastroju. Mocna, operująca na styku hip-hopu i r'n'b sekcja rytmiczna (na scenie pojawiły się dwa zestawy perkusyjne) i skrojone idealnie pod parkietowe harce przebojowe refreny nie pozostawiły chyba nikogo obojętnym. A już na pewno nie żeńską część publiki, która na prośbę Williamsa obrzuciła scenę zbędnymi częściami garderoby. Jedna z nielicznych podczas tego koncertu chwil wytchnienia nadeszła wraz z wykonaniem zapowiadającego nowy album utworu. Jeżeli jego nawiązujące do country partie gitary i bardziej eksperymentalne aranżacje są miarodajne dla całego materiału, to możemy się spodziewać sporej rewolucji w obozie Amerykanów.

 

Atmosferę zabawy próbowała również odtworzyć otwierająca festiwal rodzima Sofa, jednak starania muzyków nie przyniosły efektów. Może to wina braku zaangażowania ze strony nielicznej jeszcze publiczności, a może niepotrzebnych gadek po angielsku, które szczelnie wypełniały przerwy między piosenkami. Na pewno nie można winić słabego repertuaru, raczej sposób, w jaki został zaprezentowany. Znacznie lepiej wypadł wspólny występ Plastic i Pono, którzy nie mieli problemów z rozkręceniem imprezy w jednym z festiwalowych namiotów. Niespodziankę sprawił pop-punkowy CF98, choć pozornie niepasujący do składu imprezy, zaskoczył jednym z bardziej energetycznych koncertów tego wieczoru. Energii, ale elektrycznej, zabrakło natomiast podczas setu Sorry Ghettoblaster. Kiedy tonący w ciemnościach namiot opróżnił się do połowy, szybko okazało się, że niektórym brak muzyki nie przeszkadzał – zaintonowane przez kilku osobników pieśni biesiadne wkrótce zagłuszyły rezonujące jeszcze echa mocnego electro.

 

Wieńczący pierwszy dzień festiwalu występ Chemical Brothers to przede wszystkim feeria świateł i imponujące wizualizacje, które skutecznie spychają muzykę na dalszy plan. A ta, tradycyjnie już skrojona w formie 90-minutowego setu didżejskiego, opierała się przede wszystkim na fragmentach największych przebojów duetu. Niestety, nic ponad to, co mieliśmy okazję obejrzeć dwa lata temu w Gdyni. Nie dziwi więc fakt, że spora część publiczności udała się do strefy piwnej. A tam...cóż, może nie tak jak w Jarocinie, ale jednak nudno nie było.

 

Maciek Stankiewicz


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Coke Live, Muse, Panic! At The Disco, The Big Pink

Dodaj komentarz

Komentarze

"Right Now" i "Here To Stay" wcale nie pochodzą z nowego albumu :/ "Right Now" jest z "Take A Look In The Mirror" (2003), a "Here To Stay" z wydanego wcześniej "Untouchables" (2002).

(2010-08-30 | 17:04)

~ Mae

Right Now i Here to Stay nie są z ostatniej płyty

(2010-08-30 | 09:55)

~ bleble

musicnews MusicNews