musicnews musicnews

NO AGE, DIE! DIE! DIE! - relacja z koncertu w Krakowie, 16.04.2011

Data: 2011-04-18
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Ubiegłoroczny koncert No Age na OFF-ie uważam za jeden z najjaśniejszych punktów tamtej edycji festiwalu. Zagrali mocno, energetycznie, bardzo punkowo. Tak też zostali przyjęci, a ochroniarze w końcu mieli pełne ręce roboty, pilnując cały czas rozentuzjazmowanej publiczności. Zespół grał wtedy na scenie leśnej gromadząc spokojnie kilka tysięcy widzów. Niestety, po raz kolejny okazało się, że festiwale rządzą się swoimi prawami.

 

Zaczęło się punktualnie około godz. 20 od koncertu nowozelandzkiej grupy DIe!Die!Die!. Trzeba im przyznać, że zagrali bardzo żywiołowo. Dla wokalisty i gitarzysty zespołu Andrew Wilsona scena okazała się zbyt mała. Regularnie schodził do publiczności z mikrofonem. Muzyka? Przyjemna mieszanka wszystkiego co najlepsze w amerykańskiej alternatywnie. Słychać było echa zespołów z wytwórni SST, Touch and Go, Sub Pop. Nad wszystkim unosił się duch Sonic Youth. Szkoda tylko, że przez beznadziejne nagłośnienie ciężko było wyłapać jakąkolwiek melodię. Miałem nadzieje, że to po prostu klasyczna kwestia tego, że suport musi brzmieć gorzej niż gwiazda. Ludzi było niewiele, ale sądziłem, że reszta po prostu chowa się w barze albo przed teatrem. W obu wypadkach się pomyliłem.

 

Mała sala w Łaźni Nowej mieści ok. 200 osób. To nie przesadnie dużo, ale mogło się wydawać, że w sam raz na taki koncert. Niestety, według nieoficjalnych informacji przyszło mniej niż setka osób. Sala świeciła pustkami. Druga kwestia to wspomniane już nagłośnienie. Łaźnia Nowa może i jest teatrem, ale nie dajcie się temu zwieść. Naprawdę da się tam bardzo dobrze nagłośnić bardzo głośny koncert (chociażby Sunn O))) w 2009 roku). Niestety, występ No Age okazał się jedną wielką ścianą dźwięku. Praktycznie zero selektywności. Zupełnie inaczej niż na OFF-ie w ubiegłym roku, gdzie wszystko było idealnie słychać. Ktoś powie, że przecież chodzi o energię, nie o dobre brzmienie, to punk rock". Jasne, kiedy zespół ma do dyspozycji dwa zepsute wzmacniacze i poklejone taśmą instrumenty, można wybaczyć kiepskie brzmienie, jeśli energia jest na miejscu. Tylko, że No Age przyjechał ze sprzętem za ciężką kasę i miał do dyspozycji salę, którą naprawdę da się nagłośnić. W takim wypadku kiepskie brzmienie to wynik niechlujstwa i niczego więcej, a nie żaden tam punk rock.

 

Sam występ No Age nie był zły, ale niestety trochę rozczarował. Słabe brzmienie to jedno, ale co gorsze zespół przez większość setu wydawał się po prostu zmęczony. Być może trudy trasy dały im w kość, może to reakcja na pustki na sali, a może kwestia atmosfery w samym zespole. Gdy pod koniec koncertu na scenie został tylko Randy Randall i Dean Spunt, czyli sam trzon grupy (normalnie grupa gra na żywo w trójkę) wszystko od razu się poprawiło. Brzmienie stało się selektywniejsze, muzyka nabrała mocy i energii. Widać było w końcu radość grania. Na bis zagrali nawet cover Black Flag ("Six Pack") i porywającą wersję "Ripped Knees". Spunt kompletnie nie umie śpiewać na żywo (chociaż na OFF-ie chyba bardziej się starał), ale jest w stanie to nadrobić maniakalną grą na perkusji i energią bijącą ze sceny, jeśli mu się chce. Niestety, w Krakowie nie zawsze mu się chciało.

 

Jestem przekonany, że gdyby koncert odbywał się w mniejszym, ale wypełnionym po brzegi klubie to potoczyłby się inaczej. Energia przepływałaby nieustanie między publicznością, a zespołem. Żadnemu wykonawcy nie gra się dobrze przy świecącej pustkami sali, gdzie tylko pojedyncze osoby się bawią. Szkoda, że tak wyszło. Może następnym razem będzie lepiej?

 

Maciej Pletnia


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
No Age, Die! Die! Die!

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews