Tin Pan Alley

musicnews musicnews

SCORN: wywiad z Mickiem Harrisem

Data: 2010-08-12
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Okładka najnowszej płyty Scorn

Maciej Pletnia: Jak się masz Mick?

 

Mick Harris: W porządku. Dzisiaj jest ładnie i, prawdę powiedziawszy, nie jestem szczególnie zajęty.

 

MP: Jak udał się koncert z Karlem O’Connorem w ramach Narcissus Trance?

 

MH: To była porażka! Mój przyjaciel, Karl O’Connor, pochodzi z Birmingham, ale mieszka obecnie w Berlinie. Podobnie jak jego partner i wytwórnia. Jest to dla niego łatwiejsze z punktu widzenia dystrybucji i koncertów. Łatwiej mu wszędzie dolecieć z Berlina. Współpracowaliśmy już ze sobą wcześniej, ale bez beatów, raczej w formie elektro-akustycznej, więcej plam dźwiękowych. Karl ma przyjaciela, który jest związany z British Art Council i zapytał nas czy nie zagralibyśmy razem w kilku galeriach. Mi to odpowiada, bo nie ma tyle stresu ile podczas występów Scorn. Koncerty zaczynają się wcześnie i wcześnie się kończą, więc wygląda to dużo lepiej. Całość trwa tylko 20 minut, trochę za krótko jak dla mnie, ale rozumiem to. To nie jest normalna koncertowa publiczność.

 

MP: To inne środowisko.

 

MH: Tak, całkowicie! Graliśmy w galeriach, w otoczeniu rzeźb czy innej sztuki, graliśmy swoją muzykę, improwizowaną. To był trzeci raz kiedy zdecydowaliśmy się na coś takiego. Nagłośnienie… Gram już 25 lat na scenie i to musiało być… Mogę tylko określić to nagłośnieniem w stylu Myszki Mickey, wiesz co mam na myśli? Było tak fatalnie! Karl dotarł tam przede mną, a kiedy ja przyjechałem, powiedział: "słuchaj Mick, zróbmy to po prostu, wiem o czym teraz myślisz". Wiedział, że gdyby do mnie zadzwonił zanim wyjechałem z Birmingham, to nie miałoby to żadnego sensu. Karl rozmawiał z dźwiękowcem i zapytał go czy to jest jakiś żart. Gość zapewniał, że nagłaśnia imprezy od 10 lat, i że będziemy zaskoczeni dźwiękiem i mocą tych głośników. Jak tylko zobaczyłem ten sprzęt, jedyne co mogłem zrobić to wybuchnąć śmiechem. Koncert miał odbyć się z tyłu budynku, przy dziedzińcu galerii. Nie ma sprawy, grałem już na małych systemach, ale tym razem nie było nawet subwoofera. Spojrzałem tylko na te głośniki i powiedziałem: "co to do diabła jest?". Dźwiękowiec na to: "nic się nie martw, będziesz zaskoczony mocą tych głośników". Odpowiedziałem mu, że będę zaskoczony jeśli w ogóle wytrzymają, stary. No więc stwierdziłem, że musimy to po prostu zrobić. Próba dźwięku wyszło źle. Zapytaliśmy więc o subwoofer. Gość na to, że ma jeden i może go przynieść. Ostatecznie sam musiałem go podłączać. Mówiąc szczerze, gość zajmował się projektorami, to była jego praca, a poprosili go w ostatniej chwili, by nagłośnił nasz koncert. Było mi go trochę żal, że musiał się z nami użerać.

 

MP: To pewnie nie była jego wina.

 

Mick: Nie, nie była. Ale chcieliśmy zabrzmieć dobrze. To była wina promotora, który zapewniał, że sprzęt jest dobry. Kiedy już podłączyłem subwoofer, okazało się, że jest problem z prawym głośnikiem, który przestał działać. W końcu udało nam się go odpalić, ale w tym czasie czekało na nasz występ już z 300 osób. Zaczęliśmy, trwało to całe cztery minuty i nagle bum! Rozsadziliśmy głośniki. Promotor powiedział: "przepraszamy, wymienimy tylko głośniki". My tylko się śmialiśmy. Jedyne co nam zostało to śmiech! Wiedziałem, że te głośniki wybuchną, ale musieliśmy spróbować. Dźwiękowiec poszedł po drugi komplet identycznych głośników. Podłączył wszystko w 10 minut i je odpalił. Promotor powiedział: "ok, jesteśmy gotowi". Dwie minuty później – bum! Koniec koncertu. Publiczność była zupełnie zagubiona, byli przekonani, że tak miało być, dobrze się bawili. Byliśmy wkurzeni, ale śmialiśmy się, bo tylko to tak naprawdę mogliśmy robić. Było nam żal i promotora i dźwiękowca. To nie była jego wina ale spaliliśmy mu dwa zestawy głośników. Podszedł do nas i zapytał: "te też spaliliście?". My na to, że tak, już po nich, powąchaj je! Musiał wszystkich przeproszać, a oni się tylko śmiali. Uważali, że to było świetne i wrócili do sączenia wina i rozmów.

 

MP: Artystyczne typki!

 

MH: Dokładnie, zabawiający się swoimi iPhone'ami! To było komiczne! Promotor powiedział tylko: "bardzo mi przykro Mick". Powiedziałem: "nie martw się Paul, niech to będzie lekcja na przyszłość". Nie mogę uwierzyć, że to się stało. Graliśmy dwa takie koncerty w zeszłym roku, fantastyczne występy, fantastyczne nagłośnienie. Co się stało? Gość od projektorów obiecywał, że wie co robi. Następnym razem, kiedy zagramy w styczniu, będą musieli się postarać, żeby nagłośnienie było potężne. Szkoda, bo ja i Karl daliśmy z siebie wszystko. Naprawdę chcemy jeszcze razem pracować, a rzadko się widujemy. Stało się i możemy się tylko z tego śmiać!

 

MP: Miałeś już w przeszłości podobne problemy z nagłośnieniem grając jako Scorn?

 

MH: Zawsze, zawsze! To coś to powraca cały czas, jeśli mam być szczery. Jestem generalnie dość ugodową osobą, dosyć zrelaksowaną. Staram się dawać z siebie wszystko. Najlepszy stosunek jakości do ceny to nie jest najlepsze określenie, ale staram się ich rozerwać. Chcę żeby to poczuli. Scorn to fizyczne doświadczenie. Jeśli tego nie czują, to wyglądam tam jak idiota. Nieustanie walczę z promotorami – słuchajcie, upewnijcie się, że będzie to załatwione. I ciągle słyszę to samo: nic się nie martw Mick, grał już u nas taki i taki. To bardzo miło, ale Scorn nie jest taki jak te zespoły. To jest trudne, bo nie chcę być uciążliwy dla tych ludzi. Szanuje ich przede wszystkim za to, że w ogóle mnie zaprosili do grania, ale powinni mnie też uszanować i postarać się, żeby wszystko było dobrze. Nie proszę o wiele, nie proszę o cały świat. Proszę tylko o właściwe nagłośnienie. Aby słuchacze mogli otrzymać fizycznie doświadczyć muzyki.

 

MP: Czytałem, że odmówiłeś grania na festiwalu Supersonic w tym roku z powodu nagłośnienia?

 

MH: Zagrałem w zeszłym roku i udało mi się wycisnąć z tego tyle ile było możliwe. Wiedziałem, że pomieszczenie, w którym mam grać jest do kitu. Znałem tamtejszy sprzęt. Liz, która razem ze swoim partnerem organizuje Supersonic, powiedziała mi: "słuchaj Mick, tu jest e-mail dźwiękowca, wydaje mi się, że powinieneś się z nim skontaktować". Tak też zrobiłem. Powiedziałem mu, że znam ten system, jest tam od 10 lat, to jest rockowe nagłośnienie, praktycznie nie ma basu. Odpisał mi: "Mick, znam ten system, to ja go zainstalowałem, to ja o niego dbam cały czas i mogę cię zapewnić, że jest tam więcej niż wystarczająco basu, wystarczająco dla Scorna". Ja z kolei: "słuchaj, nie chcę cie urazić, ale wydaje mi się, że nie znasz mojej muzyki i jestem pewny, że nigdy nie widziałeś jak gram na żywo". Napisałem, że traktuję to co robię poważnie i chcę, aby dla każdego było to dobre doświadczenie, żeby każdy to poczuł. On na to: "słuchaj Mick, nikt nigdy nie narzekał, będzie idealnie". Pomyślałem tylko, że to nie ma sensu. Po prostu przyjechałem i zagrałem. Publiczność była fantastyczna i w zasadzie to byłem zadowolony. Wiedziałem, że jest bardzo mało basu, ale głośność była w porządku. Pracowałem z człowiekiem, który robił dźwięk tego wieczoru i naprawdę wycisnął dużo powyżej standardowego poziomu głośności. To było dźwiękowe doświadczenie, nie fizyczne, ale dźwiękowe. Jak dla mnie może być, bo przynajmniej dałem ludziom coś więcej niż zwykły koncert. Wiele osób zastanawiało się jak wypada Scorn na żywo. Po koncercie ludzie podchodzili do mnie i mówili: "to było świetne Mick, nigdy nie słyszeliśmy czegoś takiego wcześniej". Dobrze się bawiłem pomimo tego, że wiedziałem, że jest bardzo mało basu. Ale głośność i środek zrobiły swoje. No i zostałem w tym roku zapytany i miałem pomysł by wystąpić jako trio z perkusistą, który grał na ostatniej płycie i z Nickem Bullenem na basie.

 

MP: Z Nickiem Bullenem?

 

MH: Tak! Nick się zgodził i mieliśmy w planie wykonać cztery improwizacje, dub na żywo. Chciałem po prostu umieścić na scenie perkusistę i Nicka na basie. Nick jak dla mnie gra idealny cykliczny bas. Właśnie tak lubię to nazywać. Bas w tylu Jah Wobble. Nick w pełni to rozumie, chociaż nie gra za wiele w tym momencie. Zaczęliśmy znowu ze sobą rozmawiać po ubiegłorocznym Supersonic. Podszedł do mnie i powiedział po prostu: "nie możemy zapomnieć o przeszłości?" Bardzo się z tego ucieszyłem. Mam ten pomysł z Nickiem i Ianem, ja bym miksował wszystko i dodawał jakieś dźwięki na żywo. Byłby to dobry koncert, ale dwie rzeczy wypadły. Po pierwsze, zacząłem niedawno pracę i zabrała mi ona cały wolny czas, zupełnie nie mam energii. To jest półroczny kontrakt, co jest dobre i złe jednocześnie. Złe, ponieważ wiadomo, że się skończy, a naprawdę dobrze mi się pracuje. Ta rutyna dobrze mi robi. Jest też regularna płaca, której naprawdę potrzebowałem. Podoba mi się środowisko, w którym pracuję, ale nie mam zupełnie czasu na muzykę, mówiąc szczerze. Cholernie się zestresowałem. Ok, mamy zagrać cztery improwizowane fragmenty, ale mimo wszystko wolałbym zrobić kilka prób. Mamy dobrą sale prób. Nick naprawdę był zdecydowany, tylko też chciał zrobić kilka prób przed koncertem dla pewności. Minął gdzieś z miesiąc, a ja nadal nie posunąłem spraw ani trochę do przodu, nic nie przygotowałem. Kilka tygodni temu dotarło do mnie, że nic z tego nie będzie tym razem. No i znowu, nagłośnienie. Powiedziano mi, że będę grał w tym samym pomieszczeniu co ostatnio, z tym samym sprzętem. Liz rozumie, więc powiedziałem jej: "słuchaj, jestem teraz cholernie zestresowany przez pracę, nie mam zupełnie czasu. To się nie uda". Liz powiedziała tylko, że nie ma problemu, że jak będę gotowy to wtedy zagram. Plan jest, aby nie tyle zagrać na festiwalu, ale gdzieś pod koniec roku zagrać na jednym z koncertów, które oni organizują. Bo zdecydowanie chcę to zrobić jako trio. Jak tylko skończę pracę, to będzie pod koniec października, wtedy będę miał czas i energię, aby się tym zająć. Nick chce to zrobić, a Ian bardzo chcę pograć na żywo.

 

MP: Myślisz, aby odbyło się to pod nazwą Scorn?

 

MH: Szczerze, to nie zastanawiałem się na tym.

 

MP: Wiesz, skoro Ty i Nick graliście razem jako Scorn przez wiele lat, na pewno znalazłoby się wiele osób, które chciałyby to promować jako reunion Scorna.

 

MH: No tak, ale nie sądzę, że będzie to Scorn. Prawdopodobnie wymyślimy jakąś trzyczłonową nazwę. I to będzie tyle. Dla mnie byłoby to idealne, bo to nie będzie tak naprawdę Scorn, nie będzie w tym między innymi mechanicznego basu. Po prostu żywe bębny, może odrobinę elektronicznej perkusji, aby dać Ianowi jakąś bazę, chociaż on gra niesamowicie równo i w tempie. Nie, myślę, że obejdzie się bez wielkich nazw. Za to absolutnie i kategorycznie mogę powiedzieć, że nie mamy jakichkolwiek planów nagrywania w studio. Ja i Nick od razu to zasugerowaliśmy. Zupełnie bez stresu, zróbmy to na żywo, a potem zobaczymy. Nie chcemy nic nagrywać, żadnej płyty. Cały pomysł jest, aby było to doświadczenie koncertowe. Wydaje mi się, że to najlepsze rozwiązanie dla muzyki dub. Dlaczego nie zrobić dubowego projektu na żywo i naprawdę wycisnąć co się z tego da? Nie wydaje mi się, żeby było dużo ludzi, którzy robią teraz coś takiego. Jasne, są jakieś dubowe zespoły, nie mam co do tego wątpliwości, ale nam chodziło o coś mroczniejszego, jednocześnie bardziej przestrzennego, elektroniczno-akustycznego. Nick jest w pełni za tym. Jest idealnym basistą. Pod koniec roku się spotkamy i zagramy na żywo. Kto wie co z tego wyjdzie? Może, jeśli będziemy zadowoleni, zagramy kolejne koncerty.

 

MP: Bez stresu?

 

MH: Dokładnie!

 

MP: Po prostu zagracie koncert i zobaczycie jak to wyjdzie?

MH: Tak, jeśli wyjdzie fajnie, to na pewno będziemy chcieli grać więcej na żywo. Ale zdecydowanie nie chcemy nic nagrywać. Jasne, ludzie mogą mówić: "to dosyć dziwne". Dlaczego? Dlaczego nie może to być po prostu koncertowy projekt? Taki mamy pomysł. Nick jest gotowy, powiedział, że jak tylko będę gotowy, to spotkamy się w sali prób z Ianem. Pojammujemy i zagramy na żywo.

 

MP: Ale zdajesz sobie na pewno sprawę, że znajdą się ludzie, którzy chcieliby promować takie koncerty jako reunion Scorna?

 

MH: Tak, ale nie chciałbym tego, bo to nie będzie miało nic wspólnego ze Scornem. Scorn już dawno poszedł w innym kierunku, stał się całkowicie elektroniczny.

 

MP: W rzeczywistości dłużej grasz bez Nicka niż z Nickiem.

 

MH: Zdecydowanie!

 

MP: Nowy album Scorna, "Refuse: Start Fires", właśnie się ukazał. Jesteś z niego zadowolony?

 

Mick: To trochę dziwne, bo od momentu jak skończyłem płytę to niespecjalnie mi się podoba. Są na niej fragmenty, z których jestem naprawdę zadowolony. Wydaje mi się, że nie tylko ja tak mam. Wielu producentów odbiera to w ten sam sposób. Wkładasz w to tyle czasu i wysiłku, w pełni się poświęcasz, aby nagrać płytę. To nie 12” singiel, dwa kawałki, albo strona A i remix na stronie B. To cały zestaw utworów. To naprawdę pochłania czas, co jest dobre, ale na końcu czuję się totalnie wykończony i nie wiem czy tak naprawdę osiągnąłem cokolwiek. Lubię samą pracę w studio, nagrywanie, ale tygodnie zamieniają się w miesiące, aż dopiero po roku płyta wychodzi. To dla mnie kolejny krok do przodu, ponieważ spróbowałem kilku nowych pomysłów, kilku starych. Podoba mi się i nie podoba zarazem. Zawsze tak jest. To trudne, bo zajmuje tyle czasu, ale jednocześnie ten czas tak szybko mija. Staram się za bardzo nie kombinować w studio. Nie lubię spędzać zbyt dużo czasu na pojedynczym numerze, co ma swoje dobre i złe strony. Jeśli jestem zadowolony, przechodzę do następnego kawałka. Jeśli miks mi nie pasuje, wracam do niego do momentu kiedy czuję, że to jest ten właściwy. Robię to wszystko na żywo, wszystkie efekty, korekty, miks. Mam przygotowaną podstawową ścieżkę w programie Cubase, którego używam. To jest ten proces, cała energia i czas właśnie temu są poświęcane. Pod koniec sam nie wiem, czy podobają mi się efekty mojej pracy. Tym razem zdecydowałem się na żywą perkusję, na pewno będzie jej więcej w przyszłości. W sumie jest to coś, co naprawdę chciałbym zrobić, jeśli się uda. Ian zagrałby ze mną, pół setu na żywo, pół zupełnie elektronicznie. Na pewno będziemy coś dalej kombinować z tym pomysłem. Nad tym głównie teraz pracuję, nad koncertami Scorna. Kilka jest już zaplanowanych. To jest to co teraz powinienem zrobić, spróbować zaprezentować kilka ostatnich płyt na żywo, nowe wersje utworów ze "Stealth", nowe wersje utworów z ostatniej płyty. Czuję się dosyć pewnie sam na scenie z mikserem i efektami. To jest to, z czym Mick Harris czuje się najpewniej.

 

MP: Ostatnia płyta brzmi odrobinę inaczej. Jak bardzo Ian był zaangażowany w pisanie materiału?

 

MH: Nie był wcale! Ian jest fantastycznym perkusistą, podałem mu bardzo proste partie, on zasugerował kilka pomysłów. Ustawiliśmy tempo w programie Cubase i nagrywaliśmy, dopóki nie stwierdziłem, że już wystarczy. Więc nie było tak naprawdę żadnego planu. Ustawiliśmy tempo, zagrał prosty beat, zasugerowałem, żeby może zagrał to tak, albo tak, i zaczęliśmy nagrywać. Wszystko zagrał idealnie za pierwszym podejściem, świetnie się z nim pracuje. Jak tylko mamy gotowy beat, zaczynam pracować nad basem, a następnie miksuję wszystko. Zawsze w ten sposób pracowałem. Najpierw beat, potem bas, potem dźwięki. W trakcie miksowania dodaję kolejne efekty, zmieniam je. Oczywiście cały czas pracuję nad miksem partii Iana. W końcu, gdy poszczególne ścieżki, partie i dźwięki są gotowe, zaczynam wszystko nagrywać z powrotem do komputera.

 

MP: Czyli najpierw masz podstawową strukturę, aranżacje, a ostateczne nagranie miksujesz na żywo?

 

MH: Z Ianem wszystko jest idealnie. Jest bardzo równym perkusistą. Po prostu nagrywa dla mnie beat, a gdy ja jestem gotowy, zaczynam pracować nad basem. Ustawiam markery, zaczynam z loopami, próbuję różnych wariacji z filtrami, potem dźwięki, instrumenty perkusyjne i zanim się zorientuję, wynurza się utwór. Loopy, różne części, wszystko trzeba teraz ułożyć w strukturę. To jest ten element komponowania, którego najbardziej nie lubię. Opracowuję bardzo prostą formę, ustalam gdzie się wszystko powinno zaczynać i gdzie kończyć, a następnie wszystko robię na żywo, miksuję, dodaję wszystkie efekty, wzmacnianie, wyciszenie. Bardzo lubię ten etap. Robię kilka wersji, ale zawsze wiem, nawet bez ponownego przesłuchiwania wszystkiego, która była najlepsza. I nigdy nie łączę różnych wersji, nigdy przenigdy. Nie kleję fragmentów wersji 1 z wersją 5 do wersji 9. Wiem które podejście jest najlepsze.

 

MP: Czyli całe nagranie, całe podejście zostawiasz w całości?

 

MH: Całkowicie. Nie jestem zbyt dobry w edytowaniu. Zdecydowanie wolę, gdy słychać "flow", gdy słychać pewną ciągłość, niż gdy wszystko jest pocięte i połączone razem. Wiem kiedy dana wersja jest tą, która mi pasuje.

 

MP: Czy zostały jakieś niewykorzystane nagrania z ostatniej sesji?

 

MH: Ludzie zawsze mnie o to pytają. "Co z jakimiś alternatywnymi wersjami?" Dla mnie to nie są nawet inne wersje, to po prostu inne miksy, cały czas ten sam utwór. Być może inaczej dorzuciłem reverb albo delay, trochę inaczej ustawiłem korektor dźwięku. Zawsze mi szkoda, że nie zrobiłem tego w ostatecznym miksie, ale nigdy nie edytuję podejść, nie łączę różnych wersji. Staram się, by wyszło najlepiej jak potrafię i to tyle. Następny numer.

 

MP: Przywiązujesz dużą wagę do jakości dźwięku na płytach Scorna. "Refuse: Start Fires" brzmi dynamicznie, żywo. Płyta nie jest nadmiernie skompresowana.

 

Mick: Scorn jest tak minimalistyczny, tak prosty i odarty z ozdobników… Ale tak, dynamika jest dla mnie bardzo ważna, staram się, aby wszystko było jak najbardziej organiczne. Tak, korzystam z elektronicznych dźwięków, ale staram się unikać plug-inów. Nie jestem fanem plug-inów, VST, dla mnie to wszystko jest zbyt zewnętrzne. Jasne, wykorzystuję cyfrowe syntezatory chociażby, aby uzyskać odpowiedni bas albo perkusyjne sample. Staram się jednak unikać zbytniego kombinowania. Staram się wszystko robić przy użyciu stołu mikserskiego. Dodaje EQ, podłączam zewnętrzne efekty, zewnętrzny kompresor. Używam kompresora, ale oczywiście nie robię tego tak jak się powinno. Bądźmy szczerzy - gdzie jest podręcznik z zasadami? Nie ma podręcznika, który powie co jest dobre, a co złe, jeśli wiesz o co mi chodzi. Jasne, jest pewien standard obowiązujący w tej branży, dlatego też nigdy nie mógłbym być nauczycielem akademickim, a jestem technikiem. Nie mógłbym wykładać przed studentami. Sposób, w jaki pracuję, jest zły. A oni przecież mają otrzymać dyplom. Mają pracować, czy to w studio nagrań, czy w radio, czy jako dźwiękowcy, a sposób w jaki ja pracuję w studio jest odmienny. No ale nie ma podziału na "zły" i "dobry". To jest to, co powiedział mi Bill Laswell, gdy graliśmy w Painkiller. Przyglądałem się jak Bill pracował z mikserem i wszystko było na czerwono, wszystko było przeładowane, ale brzmiało dobrze. Zapytałem go o to i Bill powiedział: "słuchaj Mick, po prostu kieruj się tym co słyszysz, nie przejmuj się czerwonym, nie przejmuj się lekkim przeładowaniem, nie przejmuj się jeśli bas i stopa mają zbyt dużo niskich tonów. Znajdziesz taki format, gdzie wszystko będzie pasowało i będzie brzmiało tak dobrze jak to tylko możliwe". To było niczym zimny prysznic i świetna lekcja, którą pamiętam do dziś. To była rada od Billa. Zawsze będę mu za to wdzięczny, bo Bill uwielbia poszukiwać w studio. Dlatego zatrudnia inżynierów dźwięku, ale zawsze sam robi ostateczny miks, poprawia różne rzeczy. Nie ważne, że różne ścieżki są na czerwono. Jeśli brzmi dobrze, to je zostawiasz. Chodzi o dynamikę i o niskie tony. Nie robię tego specjalnie żeby wszystko się przeciążało, staram się tego unikać, ale czasami się nie udaje. Nauczyłem się to akceptować. Duży wpływ miały na mnie pierwsze płyty z dubem. Wziąłem po prostu tę wczesną dubową produkcję i próbowałem zrobić z nią coś swojego, to była dla mnie największa inspiracja, sposób w jaki wykorzystywali konsoletę i efekty - jak instrumenty. I właśnie tym są dla mnie efekty i konsoleta. Wiem, że dużo osób korzysta z komputerowych efektów, VST, plug-in’ów. Sam tego próbowałem na początku, ale jak dla mnie brzmi to zbyt zimno, nie czułem się z tym zbyt komfortowo. Ciepło dla mnie pochodzi z ręcznie używanych efektów, z pracowania z konsoletą, z wykorzystywaniem jej niczym filtra, zamiast korzystania z zewnętrznych filtrów. Staram się unikać komputerowej strony całego procesu tak, jak to tylko jest możliwe. Jestem zadowolony ze sposobu w jaki pracuję. Staram się tworzyć plamy dźwiękowe moją muzyką, to po prostu beat i bas, jest to bardzo surowe, minimalistyczne, ale staram się, żeby był tam puls. No i ukryta melodia. Jestem fanem szukania różnych dźwięków w tle, w różnych miejscach. Po prostu mnóstwo różnych dźwięków i przepuszczenie ich przez pewne aplikacje. To jest aspekt, w którym komputery są dla mnie interesujące, pozwalają robić z dźwiękiem różne rzeczy, rozciągać go. Uwielbiam to, co można zrobić dzięki komputerom. Ale poza tym preferuję, aby wszystko było odpowiednio odseparowane na konsolecie, aby wszystko miało indywidualne wyjście. Nie chodzi, aby było tylko wyjście stereo i do komputera. Gdybym mógł sobie pozwolić na niektóre lampowe kompresory, equalizery, uwierz mi, z chęcią bym z nich skorzystał. Ale nie jestem w stanie w tym momencie usprawiedliwić takiego wydatku, a kosztują masę pieniędzy. Ale kto wie, może kiedyś. Staram się po prostu, aby wszystko brzmiało jak najcieplej i jak najsurowiej jak się da. Podoba mi się ta surowizna, ten brud.

 

MP: Myślisz o płytach Scorna jako o zamkniętych całościach, czy bardziej jako o luźnym zbiorze utworów? Pytam, bo "Refuse: Start Fires" bardzo dobrze płynie jako całość.

 

MH: Zaczynam o pewnego pomysłu, tego gdzie chciałbym się udać, jaką dynamikę chciałbym osiągnąć. Niewiele się zmieniło przez lata. Jasne, niektórzy mówią, że już najwyższy czas pójść do przodu, na przykład z tempem. Dlaczego? Czuję się komfortowo ze Scornem w takiej formule, dlatego ciągle kontynuuję ten projekt. Jasne, wiele razy już sobie mówiłem, że już wystarczy, że to już koniec. Ale to były po prostu wahania nastroju, każdy je ma. Scorn to moje małe dziecko, coś do czego wracam kiedy czuję, że jest odpowiedni czas, wtedy naprawdę się angażuję. I jednocześnie nie lubię tego, bo tak strasznie mnie to pochłania, chociaż w pozytywnym, kreatywnym sensie. Pod koniec znowu czuję, że znowu dałem się wciągnąć w tę "strefę Scorna". Jasne, inspiruję się wieloma rzeczami, każdy tak ma, ale staram się robić coś swojego. Nowym wyzwaniem była praca z żywą perkusją. Robiłem to już na dwóch pierwszych płytach, ale nigdy tak naprawdę nie czułem się pewnie ze swoją grą na perkusji i na pewno nie próbowałbym tego teraz. To co zrobił Ian może wydawać się bardzo minimalistyczne i proste, ale on jest naprawdę świetny z groovem, z pustymi nutami ("ghost notes" - przyp. red.). On się ich nauczył, ja nigdy nie brałem żadnych lekcji, jestem dosyć gównianym perkusistą, jeśli mam być szczery, ale wydaje mi się, że mam swój styl, swój sposób grania. Chciałem kogoś kto byłby w stanie nagrać dla mnie partię z dobrym groovem i dynamiką. Pracowało nam się świetnie w studio. Dlatego chcemy kontynuować współpracę. Mam już dwie nowe ścieżki perkusji od Iana. Do tego jeszcze będziemy mieli wspólny dubowy projekt, z żywym basistą, kolejnym przyjacielem pracującym w studio. Cieszę się, że znalazłem kogoś kto może to zrobić. Ian jest naprawdę zadowolony z brzmienia bębnów, ponieważ nie używałem żadnych bramek. Staram się, by wszystko brzmiało tak żywo, jak to tylko możliwe. Biorąc pod uwagę, że dysponowaliśmy gównianymi mikrofonami, naprawdę tanimi, wydaje mi się, że udowodniliśmy, iż nie musisz mieć sprzętu z najwyższej półki. Jasne, chciałbym mieć jakieś drogie mikrofony, najlepszy sprzęt, ale go nie mam. Pre-ampy wbudowane do mojej konsolety nie były najlepsze, ale udało się uzyskać z nich dosyć ciepły dźwięk.

 

MP: Perkusja brzmi fantastycznie!

 

Mick: Ian był bardzo zadowolony! Użyliśmy tylko czterech mikrofonów, wszystko nagrywałem mono. Nie potrafię tego wytłumaczyć, bas i perkusję zawszę nagrywam w mono. Czasami pojawiają się jakieś efekty stereo, jakieś drony czy elektro-akustyczne dźwięki, ale bas i perkusja zawszę są w mono. Lubię po prostu ten zdecydowany cios. Mieliśmy jeden mikrofon na stopę, jeden na werbel, jeden na hi-hat, a jeśli Ian grał na innych talerzach, to jeden blisko nich i jeszcze mikrofon na całe pomieszczenie. Wydaje mi się, że udało nam się uzyskać całkiem potężne brzmienie. Jeśli Ian jest zadowolony, to ja też jestem. Jasne, że na końcu coś mi się nie podoba, chciałem, żeby było jeszcze potężniej. Ale jestem całkiem, całkiem zadowolony. Co chcę powiedzieć, to, że słuchałem dużo jazzu, nie to, że udało nam się uzyskać jazzowe brzmienie, ale sam wiesz z jazzowych płyt, że nie było tam żadnych bramek na perkusji, po prostu żywe brzmienie. To właśnie staraliśmy się uzyskać i chyba się udało. Jestem zadowolony. Musiałem zrobić korektę kilku rzeczy. Znowu zrobiłem to "źle" (śmiech). Ale udało nam się uzyskać to, o co nam chodziło.

 

Ian brał kiedyś udział w nagraniach jako muzyk sesyjny jednego z projektów gości z Napalm Death. Potem dostał płytę i zorientował się, że zniknęły jego puste nuty. Wszystko potraktowali bramkami, zupełnie pozbawili te nagrania dynamiki. Jako perkusista rozumiem jego reakcje. Został poproszony o zagranie konkretnych partii, a potem tego nie słychać. Ja nie pracuję w ten sposób, nie mam zamiaru niczego wycinać. Nie jestem fanem bramek. Rozumiem, że są sytuacje kiedy trzeba i można ich użyć. Ale dla Scorna i brzmienia na jakim mi zależy – nie, chcę otwarte brzmienie.

 

MP: Wspomniałeś, że nie za bardzo możesz ruszyć w trasę koncertową, ale masz w planie jakieś koncerty jako Scorn?

 

MH: Tak, zdecydowanie, pod koniec października. Prawdopodobnie Szwajcaria, Austria, może Belgia, Holandia. Koncerty w Niemczech zawsze są dla mnie trudne, może za wyjątkiem Berlina. Naprawdę doceniam występy na żywo. To jest tylko kwestia przeczekania. W tym momencie sprawy są dogrywane, koncerty są potwierdzane, mam nadzieje, że z dobrym nagłośnieniem. Tym razem z naprawdę dużym wyprzedzeniem dałem znać – "słuchajcie, to są specyfikacje systemu, sprzęt musi je spełniać, w przeciwnym razie wszyscy tylko tracimy czas". Po prostu nie chcę nikogo zawieść. Chcę dać im dobry występ, żeby mogli wrócić do domu i powiedzieć: "tak, poczuliśmy to". Nie tylko, aby usłyszeli, ale także poczuli.

 

MP: Grałeś jako Scorn w Polsce kilka razy. Jak wspominasz te występy?

 

MH: Bardzo mi się podobało w Polsce. Cztery lata temu, promotor z Warszawy, z którym niestety nie jestem już w kontakcie, zorganizował kilka występów. Były świetne! Dwa lata temu zagrałem trzy kolejne koncerty, mieliśmy problem z prądem w Warszawie przez cały koncert, co chwila go wywalało. Byłem trochę rozczarowany, ale publiczność była świetna, bardzo przyjazna i entuzjastycznie nastawiona. Zdecydowanie chciałbym do was wrócić ze Scornem. Niedługo będę grał z Jimmym Plotkinem. Jimmy zapytał mnie, czy nie chciałbym wystąpić z nim jako duet, na perkusję i gitarę. Wiesz, nie cenię się jako perkusista, ale lubię improwizować na żywo. Powiedziałem więc: "słuchaj Jimmy, wiesz co mogę zrobić, wiesz czego nie mogę, ale to może być dobra zabawa”. Jimmy na to: "jasne Mick, zróbmy to". Wytwórnia, z którą Jimmy współpracuje w Polsce, zasugerowała, że skoro Jimmy przylatuje aż ze Stanów, czemu by nie zorganizować kilku koncertów. Póki co mamy Polskę, Portugalię i Holandię, będzie być może jeszcze jeden. Cztery koncerty. Naprawdę nie mogę się doczekać. No i pod koniec roku chciałbym przyjechać ze Scornem.

 

MP: Byłoby świetnie!

 

MH: Tak, muszę tylko znaleźć kogoś kto mnie ściągnie, bo straciłem swój kontakt. Nie wiem co się z nim stało, wielka szkoda. Liczę, że uda mi się znaleźć kogoś nowego. Dwukrotnie podróżowałem po Polsce pociągiem. Macie dosyć dobry system połączeń kolejowych, zdecydowanie lepszy niż drogi. Za pierwszym razem powiedziano mi: "Mick, nie miałbyś nic przeciwko abyśmy podróżowali pociągiem? Uwierz mi, są bardziej efektywne niż drogi". Nie mam problemu z pociągami, lubię tak podróżować. Można rozprostować kości, jest toaleta. Zupełnie mi to wystarczy. Zawsze oglądam widoki przez okno. Jest idealnie. 

 

MP: Wrócę jeszcze do ostatniej płyty. Ukaże się na winylu?

 

MH: Tak! Jest opóźniona o dwa tygodnie w Stanach. Najpierw tam wyjdzie, potem przypłynie do Europy i będzie dystrybuowana z Anglii na całą Europę. Ale winyl jest właśnie tłoczony.

 

MP: Będzie się czymś różnił od wersji CD?

 

MH: Z tego co się orientuje winyl będzie miał trzy numery mniej.

 

MP: Ukaże się jako podwójny album?

 

MH: Tak! Chcemy to wytłoczyć na dobrej jakości winylu, ale będzie miał trzy numery mniej. To ma swoje plusy i minusy. Wiadomo, ludzie chcą mieć wszystkie utwory. Ale zależy nam, żeby winyl brzmiał głośno i dobrze, a nie po prostu aby wcisnąć wszystkie 12 utworów, więc mamy ograniczoną pojemność.

 

MP: Słyszałem, że miałeś w przeszłości pewne problemy z winylowymi wydaniami swoich albumów, kiedy jeszcze byłeś w Earache.

 

MH: Głównie z "Logghi Barogghi", ostatnią płytą, którą dla nich nagrałem. Sprzedali mi małe kłamstewko: "tak, płyta ukaże się na winylu". Byłem wtedy we Włoszech. Dostałem faks, że w końcu zgodzili się rozwiązać mój kontrakt. Walczyłem o to już od jakiegoś czasu, więc to była świetna wiadomość. Tak, w końcu mnie wypuszczają. Ale napisali też, że album nie ukaże się na winylu. Pomyślałem: "bydlaki!". Wytłoczyli tylko dziesięć kopii, wyłącznie dla mnie. Czterech moich przyjaciół dostało po egzemplarzu, nic nie zostało sprzedane. Istnieje tylko dziesięć egzemplarzy.

 

MP: To się nazywa rzadka płyta!

 

Mick: Tak, a nawet nie ma na niej wszystkich utworów! Mogę tylko przeprosić wszystkich fanów, że tak wyszło. Byłoby świetnie wydać to końcu, w limitowanym nakładzie. Chciałbym zobaczyć "Logghi Barogghi" z pełną poligrafią. Jestem pewny, że można by wytłoczyć 300 egzemplarzy i wyjść na swoje.

 

MP: Czytałem niedawno, że znowu masz ochotę pograć grind. Słyszałem, że szukałeś ludzi do zespołu.

 

MH: Tak, chociaż raczej dla zabawy, trochę z frustracji. Nadal mam w sobie tę nadpobudliwość, ciągle czuję się jak dziecko, nigdy nie dorosnę, możesz mi wierzyć. Popytałem trochę wśród znajomych kilka miesięcy temu, czy nie mogliby mi pomóc w znalezieniu kogoś. I znalazłem w końcu gitarzystę, mieliśmy kilka prób. To fantastyczny gitarzysta, ale jest zbyt techniczny jak dla mnie. Zdecydowanie zbyt techniczny. To jest dla mnie największy problem dzisiejszego grind core’a i death metalu. Ta muzyka zrobiła się po prostu zbyt techniczna. Odnoszę wrażenia, jakby te zespoły się ścigały, który będzie bardziej techniczny, bardziej matematyczny. A ja po prostu chcę pograć klasyczny grind/death metal/hard core – bardziej hard core niż cokolwiek innego. Wydaje mi się, że traci się atmosferę, klimat i feeling. Jasne, jeśli to jest to co chcą grać, dobrze dla nich. Ale nie o to w tym chodziło. Scorn jest pewnym przedłużeniem mojego stylu gry na perkusji, grałem bardzo prosto, chociaż dosyć równo. Ostatnio naszła mnie ochota, by z kimś pojammować i szkoda, że tak wyszło, bo to naprawdę świetny gitarzysta, ale proszę go by grał prosto, a on zwyczajnie tego nie potrafi. Nie tego słucha, nie gra w ten sposób. Musiał dla mnie schodzić poniżej swoich możliwości. Ale sprawiało mi to przyjemność, co 4-5 tygodni. Wpadaliśmy i było dobrze. Mówił, że gram coraz lepiej, ale chciał, żebym grał zbyt szybko i zbyt technicznie, a to po prostu nie ja. Chciałem grać punkowo, bo jestem punkowym perkusistą. Prosty oldschoolowy grind/death metal. To dla mnie idealny styl, dobrze się w nim czuję. Niestety, nie udało się tym razem, ale to dopiero pierwsza próba. Nie pasował do mnie. W zasadzie to razem z Shanem i Mitchem Dickinsonem wchodzimy w wakacje do studia.

 

MP: Żartujesz?

 

MH: Nie, wchodzimy tylko na jeden dzień i mamy zamiar nagrać 7” singiel, 12 bądź 14 piosenek, wszystko "na setkę". Dwa riffy na utwór, w stylu klasycznego japońskiego hard core’a. Po prostu wejdziemy i wyjdziemy po kilku godzinach, chcemy się dobrze zabawić. Wszyscy jesteśmy fanami starego japońskiego hard core’a, z lat 83-84 – ta muzyka miała wielki wpływ na Napalm. Bardzo prosta, minimalistyczna, dwa riffy na piosenkę. Raczej bez blastów, może trochę, ale nie martwię się tym, nie muszę nic udowadniać. Po prostu hard core w stylu Discharge, Chaos UK, japońskich zespołów, dwa riffy na piosenkę, wydane na 7” singlu. Znaleźliśmy kogoś kto nagra to w studio, to mój dobry przyjaciel, więc jestem zupełnie spokojny o efekty. Nie będziemy się pieprzyć z Pro Tools, "kopiuj i wklej" – nic z tych rzeczy. Jasne, skorzystamy z Pro Tools, ale po prostu wpadniemy i wyjdziemy, nagramy to na żywo, zmiksujemy na żywo i będziemy mięć masę zabawy. Prawdopodobnie będziemy dzielić wokale. Shane zasugerował, żeby jego żona, która jest Japonką, robiła wokale przez efekt distortion, co może wyjść całkiem nieźle. Żadnych nazw, żadnych etykietek w tym momencie, wiemy po prostu, że jakoś w trakcie letnich wakacji, prawdopodobnie w sierpniu, kiedy Shane nie będzie tak zajęty, spotkamy się i to zrobimy. Zaprosimy Mitcha, wpadnie po południu, powiedzmy w piątek. Zrobimy próbę, a w sobotę wejdziemy do studia i nagramy wszystko. Albo zrobimy próbę w sobotę i nagramy wszystko w niedzielę. Generalnie w dwa dni wszystko załatwimy. Jesteśmy naprawdę podekscytowani.

 

MP: Ty i Shane ciągle jesteście w dobrych kontaktach?

 

MH: Tak, ja i Shane naprawdę dobrze się dogadujemy. Dobrze jest go usłyszeć, czy spotkać się z nim raz na trzy lata (śmiech). Nie widziałem go od jakichś trzech lat. Ostatnio widzieliśmy się gdy zaczynałem nagrywać "Stealth", w styczniu 2008 roku. Czas naprawdę szybko mija. Ale wysyłamy sobie sms-y, maile, Shane zostawia mi wiadomość na Facebooku czy MySpace. Mitcha widuję rzadko.

 

MP: Kilka lat temu kiedy ukazała się reedycja Scum, z okazji dwudziestolecia premiery, czytałem, ze Earache chciało przygotować podobną reedycję "From Enslavment to Obliteration", z wywiadem z tobą i Shane’em.

 

MH: Rozmawialiśmy na ten temat z Earache i oni to zaproponowali. Jestem z nimi w dobrych kontaktach. Dla mnie cała ta sprawa z dokumentem o "Scum" i z reedycjami, to wszystko jest dla fanów. Zawszę się cieszę, kiedy mogę opowiedzieć jak to naprawdę było, kiedy się to zdarzyło. Cieszę się, że mogłem to dać fanom na "Scum", to wyłącznie dla nich. Shane nie grał na "Scum", Bill został poproszony, zapytali Lee, zapytali Jima, ale nie chcieli brać w tym udziału. Justin i Nick też nie. Najpierw pomyślałem, że będzie to wyłącznie moja wersja wydarzeń, ale tak się nie stało. Wydaje mi się, że wyszło nienajgorzej. To idealny układ, obaj z Shane'em opowiedzieliśmy naszą wersje, masę dobrych anegdot. I znowu, to tylko i wyłącznie dla fanów. Nie mogę się doczekać. Nie wiem kiedy, może w tym roku, może w następnym. Wiem, że Earache jest zajęta reedycjami. Mam swoje problemy z tą wytwórnią, ale nie będę tego teraz wywlekał. Czas leczy rany. Jasne, starają się wycisnąć z tych klasycznych płyt ile się da, ale wydaje mi się, że warto, żeby znowu wyszły i byśmy mogli opowiedzieć swoją historię. Wydaje mi się, że to ciekawy bonus. Nie mam z tym problemu.

 

MP: Na reedycji "Scum" brakowało niewydanego wcześniej oficjalnie materiału, nagrań demo, prób. Czy zostało coś jeszcze co można by wykorzystać?

 

MH: Powinny być jakieś próby i nagrania na żywo, które moglibyśmy z Shane’em dostarczyć, jeśli by nas poproszono. Na pewno jest materiał wideo. Właśnie dlatego chcielibyśmy się tym razem bardziej zaangażować. Mam na strychu kilka taśm wideo, które nigdy nie trafiły i nie trafią na YouTube’a. Nie ma żadnych demówek, bo Napalm nie nagrywał demówek, nigdy nie nagrywaliśmy alternatywnych wersji, więc jeśli chodzi o nowe nagrania to nie ma nic, co można byłoby dodać. Mamy trochę nagrać wideo z prób, w nienajlepszej jakości, chociaż nie jest zła, ale sądzę, że dla fanów będzie to ciekawe. Zebrałoby się trochę dodatkowego materiału dla fanów. Dlatego chcemy się zaangażować, siąść wspólnie i zobaczyć co razem z Shane’em mamy.

 

MP: Wracając do Scorna - w dyskografii Napalm Death można znaleźć kilka wolnych, ciężkich, bardziej transowych numerów. Czy to właśnie z nich wyewoluował później Scorn?

 

MH: Ja i Shane byliśmy wielkimi fanami Swans, więc staraliśmy się grać naszą wersje ich muzyki, chociaż nigdy nie była tak ciężka i potężna jak Swans, ale bawiliśmy się trochę tym pomysłem. Tak powstało "Multinational Corporations", "Evolved as One", numer z "Pathological Compilation". Bill podchodziło do tego dosyć obojętnie, nie był fanem Swans czy The Young Gods, ale wydaje mi się, że nawet mu się to podobało. Ale pierwszy Scorn – zdecydowanie, ta płyta to jeden wielki misz-masz.

 

MP: Pierwsza strona brzmi zdecydowanie bardziej rockowo, jest bardziej gitarowa. Druga brzmi jak zapowiedź "Colossus".

 

MH: Zdecydowanie. Eksperymentowaliśmy, to wszystko było dla nas całkowicie nowe, nowy sprzęt, konglomerat pomysłów, wszystko zebrane na jednej płycie. Najpierw ja i Nick, potem ściągnęliśmy Justina, by nagrał partie gitary. To był ciekawy eksperyment, prawdziwy kamień milowy dla Scorna. Nie mieliśmy wtedy zbyt wielu prób. Mieliśmy po prostu zbiór różnych pomysłów. Zebraliśmy cały sprzęt, dobrego inżyniera dźwięku, dobre studio. Nie wiedzieliśmy co tak naprawdę chcemy osiągnąć, próbowaliśmy zrobić trochę tego, trochę tamtego. A potem przyszedł "Colossus" i wtedy dopiero zorientowaliśmy się, że o to nam chodziło. Ta muzyka miała być bardziej psychodeliczna, jakby mantry, w wolnych tempach. Nie byłem zadowolony ze swojej gry na perkusji, nie czułem się komfortowo grając w tym stylu. Zaproponowałem Nickowi, żebyśmy wykorzystali same maszyny, i on nie miał z tym problemu. Jest tam tylko trochę żywej perkusji. Dopiero zaczynaliśmy odkrywać możliwości studia, efekty, konsoletę. Słuchaliśmy dużo dubu. Czuliśmy, ze chcemy w tym kierunku iść ze Scornem. Potem "Evanescence" - bardziej popowa płyta. Może nie tyle popowa, co bardziej piosenkowa. Czuliśmy się coraz pewniej ze studiem, z mantrami, liniami basu, loopami. Niestety Nick i ja nigdy nie mieliśmy okazji w pełni zrealizować naszej wizji, nigdy nie osiągnęliśmy tego poziomu. To była dla mnie trudna decyzja – czy powinienem kontynuować? Miałem wiele wątpliwości, ale ostatecznie podjąłem postanowiłem, że oprę się wyłącznie na maszynach, bez wokalu, może czasami gościnie jakaś gitara. I w sumie dalej to robię i wciąż przynosi mi to satysfakcję.

 

MP: Zdecydowanie słychać różnice w muzyce Scorna z Nickiem i bez niego. Nie ma basu w stylu Jah Wobble, nie ma wokalu.

 

MH: Nie wiedziałem co robić. Opuściłem Napalm Death, bo nie czułem się tam szczęśliwy, nie chciałem kończyć ze Scornem. Pracowałem na to bardzo ciężko. Byłem rozdarty. Myślałem, może powinienem kontynuować, ale pod inną nazwą? Cieszę się, że zdecydowałem się ciągnąć to dalej.

 

MP: Brałeś kiedykolwiek pod uwagę powrót do Napalm Death?

 

Mick: Nie, jakoś na święta zapytali czy nie zagrałbym z nimi "The Kill" i "You Suffer" na koncercie w Birmingham, ale odmówiłem. Dla mnie to cyrk i raczej nie ma na to szans. Nie czułbym się z tym dobrze.

 

MP: Tym masz swoją muzykę, oni maja swoją.

 

Mick: Dokładnie. Zrobiłem co powinienem i jestem cholernie z tego dumny. To były najlepsze lata mojego życia, nie mogę zaprzeczyć. Byliśmy naprawdę ekstremalni. Ale zostawiłem to, to moja decyzja. Zająłem się czymś innym, chciałem szukać nowych dźwięków. Nie mam żalu, ani trochę. Cieszę się, że ciągle kumpluję się z Shane’em, to dużo dla mnie znaczy. Kto wie co przyniesie przyszłość dla mnie i dla niego? Musimy robić krok za krokiem. Mamy zaplanowany na lato ten grind core’owy/hard core’owy projekt, 7” singiel. Trzech przyjaciół, w dobrym studio, grający muzykę, którą chcą zagrać. Zupełnie bez presji. Po prostu dla zabawy.

 

MP: Tak jak powinno być.

 

MH: Dokładnie. Scorn też ciągle dostarcza mi masę radości. Dlatego traktuję to bardzo osobiście, to występ mojego życia. Ludzie przychodzą i chcę by mogli to poczuć fizycznie i usłyszeć, dlatego wkurzam się kiedy promotorzy nie słuchają moich zaleceń. Daję z siebie wszystko i pragnę, aby publiczność to poczuła. Trzymam kciuki, aby udało się dograć koncerty i aby od tego momentu nagłośnienie zawsze już było odpowiednie.

 

MP: Wielkie dzięki Mick, to świetne podsumowanie!

 

MH: Powodzenia i dzięki za wspiercie!

 

Rozmawiał: Maciej Pletnia


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Scorn, Mick Harris, Shane Embury, Mitch Dickinson. Unseen Terror, Napalm Death, grindcore

Dodaj komentarz

Komentarze

Bardzo ciekawy i fachowy wywiad. Byłem na koncertach Scorna podczas obu tras o których mówi Mick. Ten wcześniejszy rzeczywiście dawało się odczuć fizycznie, także rozumiem o czym on mówi! Na tej drugiej trasie istotnie brakło prądu, ale nie było aż tak źle. W ogóle to świetny facet, przyjazny, pogada, da zrobić zdjęcie.

(2010-08-20 | 16:53)

~ jo

musicnews MusicNews