THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Warszawie, 22.02.2011

Kompletna beznadzieja - zimno, paskudnie, okropnie. Tyle mogę powiedzieć o pogodzie jaka ostatnio zapanowała w naszym kraju, studząc wszelką kreatywność i podkopując chęć do życia. Taki stan potrzebuje oczyszczenia - duchowego prysznica, który potrafi zapewnić jedynie prawdziwa muzyka w najlepszym wydaniu. Wiedzą to doskonale ci, którzy dość licznie zgromadzili się w warszawskiej Progresji, aby zaznać kunsztu The Young Gods i ogrzać się przy witalnym koktajlu ich niecodziennej muzyki. I myślę, że nie zawiedli się na tym, co usłyszeli, a co ich ciała odreagowały.
Nie lubię jeździć do Progresji, chociaż uwielbiam w niej być. W klubowej topografii Warszawy jest ona, dosyć dosłownie, prawdziwym outsiderem. Jednak atmosfera, jaka tu panuje jest warta wyprawy. To miejsce dla ludzi którzy wybrali muzykę za drogę swojego życia. Tu nie przychodzą osoby przypadkowe, tylko sami fachowcy, zapaleńcy, pasjonaci i szaleńcy. Przedstawiciela jednego z tych ostatnich musiała nawet parokrotnie sprowadzić na ziemię ochrona, gdyż ów wyraźnie odlatywał. Ale czyż szalony fan nie jest symptomem naprawdę dobrego koncertu?
Pogoda, miejsce i publiczność były zatem sprzyjające rakiecie, jaką jest muzyka The Young Gods. Panowie, chociaż nie najmłodsi w metryce, nadal odnajdują radość z tego co robią i potrafią zarazić młodzieńczą energią. Noszone przez nich dżinsy, tenisówki i longsleevy nie mają z tym nic wspólnego; mówię tu o porozumieniu artystów z publicznością, którzy razem czerpią z muzyki jaka za ich pośrednictwem objawia się przez dwie godziny na niewielkiej, otulonej światłami scenie. Muzyki, która w przypadku The Young Gods mówi wiele o osobach które ją tworzą, jak i odbierają. Muzyki, którą osobiście uważam za coś w rodzaju prawdy.
The Young Gods są zespołem, którego nie da się zrozumieć bez przestudiowania całości ich dorobku. Industrial, alternative rock, muzyka eksperymentalna, ambient, a nawet IDM - to hasła rozpoznawcze dla obszarów, po których poruszają się na swoich płytach i koncertach. Nie inaczej było w Progresji, gdzie usłyszeliśmy zarówno akustykę, balladę i melanholię, jak i wrzask, zgrzyt, dziki rytm, kakofonię i charakterystyczne eksplozje ścierających się atmosfer. Koloryt i wielowątkowość ich muzyki potęguje jej nieprzewidywalność. Ale publiczność TYG właśnie po to tu przyszła - aby się w tej muzyce zagubić, odnaleźć, lub też eksplodować razem z nią.
Koncert The Young Gods nie ma w moim odczuciu oblicza rytuału, celebracji czy przedstawienia. To dobra impreza przy muzyce na najwyższym poziomie. Jedni szarpią za barierki gdy basowe turbulencje targają ich ciałami; drudzy w skupieniu, za zamknietymi powiekami, penetrują obszary sonicznie podrażnionej wyobraźni. W owym doznawaniu uczestniczy też sam Franz Treichler, który nie przestaje poruszać się w szalonym tańcu na scenie. To wszystko jest prawdziwe, to wszystko ma sens, porywa pod względem kinetycznym, ale i intelektualnym. TYG nie wyjaśnią Ci, czym jest muzyka; ale z pewnością podsuną kilka dobrych podpowiedzi.
Jakub Oślak
Źródło: MusicNews.pl
Tagi:
The Young Gods
Komentarze
"melancholii";)))
~ R2D2
- ELECTRIC WIZARD, THE SECRET - relacja z drugiego dnia wrocławskiego festiwalu Asymmetry
- CRIPPLED BLACK PHOENIX - wywiad
- NO AGE, DIE! DIE! DIE! - relacja z koncertu w Krakowie, 16.04.2011
- MZ.412, SKULLFLOWER - relacja z koncertu w Londynie, 05.03.2011
- RAFAŁ IWAŃSKI (HATI, X-NAVI:ET) - wywiad
- JACEK LACHOWICZ o 'Wersji 2011'
- I BLAME COCO - relacja z koncertu w Warszawie, 20.03.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Krakowie, 27.02.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Warszawie, 22.02.2011
- ACCEPT - relacja z koncertu we Wrocławiu, 06.02.2011















Favourite State of Mind
Spiritus Movens
Agharthi Live 10-09
S1
Hard Working Classes
Blood Pressures
02
Hillbilly Joker
Jason... The Dragon
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
CoCArt 2011 - Toruń, 25-26.03...
MZ.412, SKULLFLOWER, IRON FIST...
COLISEUM - Kraków, 28.03.2011