musicnews musicnews

ARMIA - relacja z koncertu w Warszawie, 11.06.2010

Data: 2010-06-16
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

25 lat to dla zespołu rockowego kawał czasu. Kiedyś muzyków o takim stażu nazywało się rockowymi dinozaurami. Do Armii jednak takie określenie zdecydowanie nie pasuje – grupie daleko do prehistorycznej skamieliny. Jest żywa i kopie, zarówno w „historycznym”, jak i w nowym repertuarze. O czym mogli się przekonać wszyscy fani, którzy dotarli w upalne czerwcowe popołudnie do amfiteatru w warszawskim Parku Sowińskiego, wypełniając obiekt dość szczelnie.

 

Ale po kolei. Jubileusz był zapowiadany jako wydarzenie wyjątkowe. Oprócz Armii we wszystkich składach i z udziałem (prawie, ale o tym później) wszystkich grających w grupie muzyków, wystąpić miała także pokaźna gromadka gości – zespołów związanych z dostojnymi jubilatami, czy to przez osoby wspólnych muzyków, czy też przez wspólną historię. Wśród gości znalazły się grupy: Kryzys, Moskwa, Deuter, 2Tm2,3 oraz Izrael – wyłączając „Tymoteusza” można więc było liczyć na „mały Jarocin” w warszawskim parku. I jeśli ktoś wszystkich tych wykonawców darzy równą sympatią, z pewnością się nie zawiódł. Niżej podpisanemu udzieliło się spore wzruszenie, dlatego przepraszam czytelnika, jeśli kolejność utworów nieco odbiega od rzeczywistej, lub zapomniałem o jakimś istotnym elemencie koncertu.

 

Zaczęło się od intro zagranego przez muzyków Armii z wykorzystaniem najróżniejszych instrumentów, z obsługiwaną przez Banana dziecinną melodyką na czele. Ale to była tylko przygrywka do pierwszego setu jubilatów, składającego się z najstarszych utworów. I o ile te zagrane ze Stopą za zestawem perkusyjnym, brzmiały jakby zupełnie się nie zestarzały, to już fragmenty z udziałem Tomasza „Gogo Szulca” Kożuchowskiego wniosły jednak retro-garażowy posmak starego polskiego punk rocka. Czy wyszło to fajnie – kwestia dyskusyjna. Mnie przeciętnie wybębniona wersja takiego np. „Niezwyciężonego” specjalnie nie ruszyła. No ale OK – z drugiej strony warto docenić „archiwalny” charakter tego pierwszego występu. Publiczność z docenieniem nie miała problemu – „dawne” wcielenie zespołu zostało przyjęte od samego początku bardzo gorąco – co najmniej tak, jak gorące było powietrze w amfiteatrze i poza nim. I to już od samego początku, od otwierającego koncert „Saluto”, przez „Aguirre”, „Jeżeli”, „Zostaw to”, aż po wspomnianego „Niezwyciężonego”, który zamykał pierwszą część koncertu Armii.

 

Po krótkim pierwszym występie na scenie pozostał Robert Brylewski, a dołączyli do niego pozostali muzycy Kryzysu. I przez około pół godziny przenieśli nas jeszcze dalej w historię polskiego punk rocka. Brylewski zresztą pozostał punkowcem nie tylko w brzmieniu gitary, ale również w sercu – „Mam dość” zapowiedział jako piosenkę odnoszącą się do polskiej rzeczywistości po 10 kwietnia.

 

Robert Brylewski zresztą, nawet jeśli miał już dość, musiał jeszcze pozostać na scenie, na której pojawił się też Darek Malejonek odziany w „radioaktywne” moro, strategiczną pozycję zajął Banan, a Budzy przywdział stańczykowską czapkę. I było już jasne, że nadszedł czas „Legendy”. Na początek niby-„próba” z „Trzema bajkami”. Wtedy koncert rozpoczął się na dobre – pod sceną rozkręciło się solidne pogo, a z głośników popłynęło chropawe, zimne i brudne brzmienie, dokładnie takie, za jakie fani kochają „Legendę”. Na kilkanaście minut zespołowi udało się wytworzyć niesamowity klimat, a widok Maleo, miotającego się z basem i odstawiającego rasowy headbanging z przodu sceny podczas „Opowieści zimowej” był zdecydowanie bezcenny.

 

Błyskawiczne „przemeblowanie” i na scenie pojawiła się Moskwa. Zasłużona załoga uraczyła widzów porcją bardzo sprawnego technicznie i energetycznego grania z eleganckim d-beatem. Noga sama tupała, a pogo pod sceną nie ustawało. Guma, odziany w czapkę z daszkiem, nie dawał publiczności chwili wytchnienia, bo przerwy między utworami zredukowane zostały do minimum. Skumulowana energia na scenie i jej eksplozja wśród fanów – tak można krótko podsumować występ łódzkiej formacji. A na koniec jeszcze mała niespodzianka – urodzinowe czapeczki, gwizdki i „Saluto” Armii zagrane… w wersji ska. Zdecydowanie dobrze się to przyjęło.

 

Na kolejny występ czekałem, odkąd poznałem Armię. Zaprzyjaźniłem się z tym zespołem przy okazji „Triodante”, ale na żywo widziałem go dopiero po premierze „Ducha”. Dlatego zobaczenie i usłyszenie składu z Michałem Grymuzą było dla mnie niespełnionym do 11 czerwca marzeniem. Gitarzysta znakomicie odnalazł się w starym repertuarze, odgrywając swoje skomplikowane partie w perfekcyjny sposób, od rozpoczynającego set „Wyludniacza”, poprzez „Popioły” z genialną solówką (zapowiedziane zresztą przez Budzego jako utwór, w którym solo gitarowe jest podobno najlepsze w historii Armii – jestem skłonny się z nim zgodzić), po klimatyczną „Pieśń przygodną”. Jak dla mnie zdecydowanie za krótko, ale po prostu doskonale. Ten występ nie miał żadnego słabego punktu.

 

Wiele takowych miał jak dla mnie koncert grupy Deuter, która zagrała jako następna. Może to przez kontrast z niezwykle techniczną i energetyczną muzyką z „Triodante”, może przez nieco irytującego Kelnera, który z aparycji przypomina niejakiego Panasewicza, a z ruchów – przynajmniej w założeniu – Micka Jaggera? Trudno powiedzieć, ja do grona miłośników zespołu się po tym koncercie nie zapiszę. Zadowoleni byli natomiast odziani w czerwone koszulki fani TZN Xenna, którzy podczas występu Deutera radośnie rozkręcali całkiem konkretny młyn pod sceną.

 

Skład „duchowy” Armii, z grającym pierwsze „skrzypce” (typu Flying V) Popcornem zagrał króciutko – usłyszeliśmy bodajże tylko „Wyciągnij rękę”, „Inaczej niż zwykle” (w którym Budzy oddał na chwilę mikrofon fanowi) i „On jest tu”, a już chwilę później na scenie zainstalowało się 2Tm2,3. Podczas dwóch, czy trzech pierwszych utworów rolę wokalisty wziął na siebie Maleo, a Budzy… ruszył w pogo pod sceną. Set Tymoteusza był solidny, brzmienie potężne, a „Marana Tha”, czy „Effatha” naprawdę robiły wrażenie. Szczególnie, że z okazji armijnych okoliczności jubileuszowych, na scenie była obecna Beata, która stworzyła ze Stopą znakomity perkusyjny duet, jaki pamiętają wszyscy ci, którzy oglądali dawne koncerty 2Tm2,3.

 

 

 

Beacie nie było dane odpocząć, gdyż przed nią był jeszcze występ „drogowego” składu Armii. Pierwsze takty „Domu przy moście” jeszcze podgrzały – już i tak gorącą – atmosferę, a „Buraki, kapusta i sól” oraz „Adwent” podniosły temperaturę do granic wrzenia. Z dwóch występów Popcorna na jubileuszu, ten właśnie zrobił na mnie większe wrażenie, a przyjęcie ze strony fanów miał, tradycyjnie już, znakomite.

 

 

 

Około 21:00, kiedy na zewnątrz amfiteatru robiło się już ciemno, na scenę wyszła pokaźna grupa muzyków, z – ponownie – Robertem Brylewskim na czele. Po dość długim rozstawaniu rozpoczął się koncert Izraela. Usłyszeliśmy solidną porcję znanych piosenek, zarówno o tym, co należy robić, aby nie paść ofiarą systemu, jak i o kapłanach szatana, czy o upadającym Babilonie. Publiczność była zdecydowanie usatysfakcjonowana nieco bardziej dubowym niż reggae wcieleniem zespołu. Trochę mniej usatysfakcjonowani byli natomiast organizatorzy. Izrael grał bowiem bite trzy kwadranse, a cała impreza, z uwagi na pobliskie bloki mieszkalne, musiała zakończyć się o 22:00. Dla Armii pozostało więc niewiele czasu. Jedna z organizatorek już w połowie występu Izraela dawała muzykom znaki, że czas kończyć, próbowała nawet rozmawiać z Robertem Brylewskim, ale została koncertowo (sic!) olana, a występ trwał nadal. 

 

 

 

W rezultacie w ostatnim wejściu Armii nie usłyszeliśmy nic z „Pocałunku Mongolskiego Księcia” (i dobrze), z „Der Prozess” jedynie „Underground” (cudu nie było, Paweł Klimczak, niedawno wyrzucony z Armii, nie pojawił się na scenie), a na koniec „Niewidzialną Armię”, przy której Budzy wymachiwał jak należy pokaźnym mieczem, a także - już na zupełny finał - psychodeliczne „The Other Side” z "Freaka", po części zaśpiewane przez zaproszonego na scenę fana, a zagrane przez bardzo liczną gromadę muzyków.

 

 

 

I tak, o 22:03, koncert się skończył. Fani nie dawali za wygraną, nawołując zespół jeszcze przez dobrych kilka minut po tym, jak Budzy poinformował, że nie ma możliwości, aby Armia grała dalej, bo „wyłączą prąd”. Mimo pięciogodzinnego kotła w skrajnym upale, fani zespołu zdecydowanie nie mieli dosyć. I trudno im się dziwić, bo praktycznie wszystkie odsłony Armii wypadły bardzo fajnie (nawet jeśli w pierwszej niektórych mógł, tak jak mnie, razić zdecydowanie „garażowy” klimat), a i większość gości zdecydowanie dała radę.

 

Na koniec garść spostrzeżeń i ciekawostek natury pozamuzycznej. Widownia (zarówno na płycie amfiteatru, jak i na ławeczkach) była ściśle wypełniona. Można było podziwiać pełen przekrój koszulek Armii (dominowała „Legenda”), 2Tm2,3, Siekiery i Trupiej Czaszki plus spectrum najróżniejszych, większych i mniejszych, kultów polskiego „niezalu”. W koszulki (oraz płyty i czapeczki), w niezłym zresztą asortymencie, można też było zaopatrzyć się na dwóch stoiskach. To zdecydowanie in plus. In minus natomiast marne zaplecze gastronomiczne – woda 0,33l po 5 złotych, do jedzenia chyba tylko kiełbaski. A także brak fosy dla fotografów – co podczas większego młyna narażało użytkowników drogich systemów cyfrowych na palpitacje. Pewnego rodzaju kuriozum (ale sympatycznym) było wręczenie Budzemu specjalnej nagrody przez Prezesa Stowarzyszenia Artystów Wykonawców Muzycznych i Słowno-Muzycznych (oraz bukietu kwiatów przez towarzyszącą mu reprezentantkę Dzielnicy Wola Miasta Stołecznego Warszawy) – znany m.in. z Trubadurów Ryszard Poznakowski, odziany w czerwoną marynarkę, wręczył liderowi Armii statuetkę i gromko zakrzyknął: „Niech żyje rock’n’roll!!!” – efekt był nieco w duchu PRL, nieco też, siłą rzeczy, komiczny, ale fani odebrali ten niespodziewany przerywnik z sympatią.

 

Reakcje widowni były od początku entuzjastyczne – gdzieś od okolic „Legendy” rozpoczął się regularny stage-diving, na który ochrona reagowała początkowo nerwowo, później zaś – coraz spokojniej. Co ciekawe – nie ustawał on podczas spokojnego występu Izralea, ani nawet podczas przerw między utworami. Trudno się dziwić, bo nie tylko okazja była wyjątkowa, ale przede wszystkim muzycy dali z siebie kilkaset procent normy. Oprócz Budzego, który siłą rzeczy był na scenie przez wszystkie wejścia Armii, najbardziej „narobił się” Banan, ale Stopa i Brylewski także mieli tego wieczoru solidny sprawdzian dla kondycji. Ale przeżyli, co świadczy tylko o tym, że „starzy” rockmani, nawet z ćwierćwiecznym (i dłuższym) stażem, nadal trzymają się znakomicie i wielu młodych muzyków mogłoby brać z nich przykład, zarówno jeśli chodzi o kondycję, jak i o profesjonalizm, przerwy między poszczególnymi składami były bowiem (nie licząc guzdrania się Izraela, ale można to zrozumieć z uwagi na bogate instrumentarium) bardzo krótkie.

 

Adam Kaliszewski

 

Zobacz nasze koncertowe galerie: czarno-białą oraz kolorową.


Tagi:
Armia, Kryzys, Deuter, 2Tm2, 3, Izrael

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews