musicnews musicnews

BLAZE - 27.06, Warszawa, Progresja - relacja z koncertu

Data: 2009-07-03
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
BLAZE BAYLEY, CRYSTAL VIPER, KRUSHER
27 czerwca, Klub Progresja, Warszawa

Atrakcje zaczęły się jeszcze przed występami właściwymi. Gwiazda wieczoru – Blaze Bayley wyszedł do fanów. I kto żyw mógł sobie z gwiazdorem porozmawiać, poprosić o autograf i nawet objąć. Jeśli dał radę, bo Blaze przy stosunkowo niskim wzroście jest, mówiąc oględnie, dość potężnej postury.
Kiedy Blaze sobie poszedł, na scenę zamontował się zespół niespodzianka. Nie było go w programie, a zagrał. I to dobrze zagrał, z solidnym wykopem, nieposkromioną energią, oraz nieudawanym entuzjazmem. Młodzież na instrumentach doprawdy dawała z siebie wszystko co najlepsze, a wokalistka - Klaudia Kozień - choć postury Dio, to prawdziwa sceniczna torpeda. Do tego obdarzona oryginalnym głosem. Choć głos ten momentami ginął wśród jazgotu gitar. Szczęściem wokalistka temperamentem nadrabiała. Niewdzięczna rola suport act sprawiła, że Progresja nie była jeszcze zapełniona. Ale kto nie widział Krośnieńskich metalowców – niech żałuje. Było krótko, konkretnie, żywiołowo. I kompetentnie też. Mimo, że muzycznie raczej bardziej heavy i hard niż pop czy disco zespół zaprezentował własną wersję hitu Donny Summer „Hot Stuff”. Na koniec był jednak bardziej rockowy cover AC/DC„Highway To Hell”, który jak i inne kawałki np. „Stay Heavy” pośpiewali sobie wszyscy zgromadzeni. Podczas występu doszło też do kilku incydentów – rozgrzani muzyką chłopcy zaczęli wskakiwać na scenę. Na szczęście był na posterunku ochroniarz o wyglądzie Jabby Hut, który asertywnie zmiatał ich ze sceny. Zawsze uważałem, że gwiazdą rocka zostaje się mając lat dwadzieścia (i kilka). Zespołowi z Krosna wróżę więc świetlaną i wypełnioną sukcesami przyszłość. Ich muzyka na to zasługuje. Moje zastrzeżenie budzi tylko nazwa. Moim zdaniem poważny hard rockowy zespół nie powinien się nazywać Krusher (wymawiać kraszer), bo się to kojarzy z firmą budowlaną lub wyburzeniową. Albo co gorsza z wyrazem „kaszel”.
Drugi suport nazywa się już groźniej, profesjonalniej – Crystal Viper. I stara się równie złowieszczo grać oraz wyglądać. Ekipą znów dowodzi wokalistka. Tu już jednak nie ma przebacz – Crystal ma już wyrobioną markę w metalowym gettcie. Ich występ to metal bardziej niż tradycyjny, to również show. Wysokie zaśpiewy (okna nie popękały tylko dlatego, że ich nie ma), epickie sola, gęstwa riffów, zalążki scenografii – czaszki zapewne zjedzonych wrogów, do tego Marta "Leather Witch" Gabriel prawie przy każdej piosence wykorzystywała rekwizyt. Piracka flaga, miecz, raca, topór. Tymczasem żądna wrażeń młodzież pod sceną popadła już w jakiś nieokiełznany szał, albo amok. Ponownie ochrona miała pełna ręce roboty, cytuję: „ to jest jakiś, kurwa, meksyk!”, a wokalistka nadal zachęcała do wspólnej zabawy i śpiewów. Jej również nie zabrakło temperamentu i sądzę, że pod takim dowództwem panowie z Crystal Viper zajdą daleko. Ach, bym zapomniał, było również solo na perkusji – Tomasz „Golem” Danczak, choć poza sceną arcyuprzejmy facet, mało nie rozniósł swego zestawu oraz popisał się znajomością „Run To The Hills” wiadomo kogo. Atmosfera i ciśnienie zostały więc stosownie podniesione. Heavy metalowe suporty się sprawdziły, pozostało czekać na gwiazdę wieczoru. Nie trzeba było czekać długo. Blaze wielbi polskich fanów, polscy fani wielbią Blaze’a. Szkoda czasu na zwłokę.
Już początek był mocny. Podniosły wstęp z taśmy – jak za starych heavy metalowych czasów – zwiastujące niebezpieczeństwo krwisto czerwone światła, dymy takie, że niewiele poza tymi dymami widać. Młodzież się drze, rozbiera, miota i łomocze – ale raczej tak ze szczęścia, zespół instrumentalistów wybiega na scenę, a tymczasem Marcin - fotograf znaczy się - szykujący się do uchwycenia dobrych ujęć opuszcza aparat. Konsternacja. Na scenie nie ma Bayleya! Gdzie, do kurwy nędzy, jest Blaze?!
Ale prawda była taka, że on – Blaze Bayley - był na scenie. Tylko że Blaze od początku poszedł w sport siłowy. Nastawił się na bardzo bezpośredni kontakt z szalejąca widownią. On po prostu, skandując wersy swych bojowych pieśni, naparł swym nieskromnym brzuszyskiem na pierwsze rzędy. A że Blaze jest niski to niewiele go było widać. W takiej bojowo-śpiewnej-konfrontacyjnej atmosferze upłynął cały długi - prawie do 1 w nocy - show. Jak powiedzieli mi koledzy – taki koncert to jest Greenpeace. Czyli - kaszalot na nas, a my go z powrotem na scenę. Podejrzewam jednak, że są złośliwi i cyniczni koledzy. Nie od dziś wiadomo, że ekipa Progresji to solidna, rockowa ekipa. Ale podczas występu BB (nie mylić z B.B. Kingiem) szef klubu przebił wszystko, co widziałem w tym miejscu. Wskoczył – od tyłu – na scenę, wziął sprinterski rozbieg i skoczył w fanów, jakby też miał lat naście. Szacun! Oczywiście, że byłem na koncercie Iron Maiden na Torwarze (1995 r.). Śpiewał wtedy z nimi Blaze, bo Bruce D. akurat zajął się czymś innym, czyli kariera solową. To nie był zły koncert, choć przede wszystkim pamiętam, że myślałem, że mi złamano rękę, a kumpel został tak ściśnięty w tłumie, że nie upadł tylko dlatego, że ten tłum go niósł. Taki był entuzjazm fanów Iron Maiden nawet w chwili, gdy ich najlepszy wokalista nagrywał płytę o jajach – „Balls To Picasso”. Mimo, że Progresja to obiekt mniejszy, czasy już nie te, to jednak fani byli równie ekstatycznie nastawieni i powiedzieć, że przyjęcie Blaze było gorące to powiedzieć nie do końca prawdę. To było jakieś szaleństwo, zdziczenie, amok oraz furia. Dziwne, że wszyscy przeżyli, choć rannych i krwawiących obficie też widziałem. Koncert Blaze Bayley’a to było zetknięcie się z jakąś pierwotną, atawistyczną siłą. Energetyczne zwierzęcość występu lidera była nieprawdopodobna. W zasadzie kojarzą mi się takie porównania jak bezwzględny nalot czy pogański rytuał. Muzycznie trudno ten koncert ocenić ponieważ niewiele było słychać. Wzmacniacze podkręcone na maksymalna moc powodowały, że słychać było jeden wielki, ogłuszający łomot. Na szczęście międzynarodowy refren: „oooo oooo oooo!” lub „oooo oooooooo!” publika z łatwością podchwytywała. Blaze również przemawiał, ale gdzież mu tam do swoich kolegów wspomnianego Bruce’a D. (Iron Maiden) lub Joeya M. (Manowar) Jego przemowy były może i kwieciste, lecz o wiele bardziej zdyscyplinowane. Słowem – udany wieczór, pełen ekstremalnych artystycznych doznań. Weteranem zostaje się w boju, a nie w domowych pieleszach. Kto przeżył ma co wspominać.

Tekst: Dawid Brykalski
Zdjęcia: Marcin Nowak

BLAZE



BLAZE




BLAZE - setlista




CRYSTAL VIPER




KRUSHER




Tagi:
Blaze, Iron Maiden, Crystal Viper

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews