musicnews musicnews

BRENDAN PERRY - relacja z koncertu w Warszawie, 15.07.2010

Data: 2010-07-16
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Bywają takie sytuacje w życiu, kiedy człowiekowi udaje się wypowiedzieć właściwe słowa we właściwym czasie i miejscu. Swoje pobożne życzenie dostąpienia solowego koncertu Brendana Perry wyartykułowałem dnia 17 listopada ubiegłego roku. Nie wiedziałem wtedy nawet, czy Brendan jest jeszcze zaangażowany w jakiekolwiek działania twórcze lub koncertowe. Tym bardziej zaskoczony byłem, gdy jakaś szczodra złota rybka przyniosła wraz z 2010 r. informację o całej nadchodzącej serii koncertów męskiej połowy Dead Can Dance w Polsce. I to z nowym materiałem, zawartym na świeżo wydanym albumie "Ark" - pierwszej od 11 lat muzycznej publikacji Brendana. Dla kogoś, kto z prozaicznych przyczyn nie znalazł się wtedy w 2004 r. w Sali Kongresowej, obecność na dziedzińcu CSW była zatem obowiązkowa. Bardzo bym chciał, aby życie składało się wyłącznie z takich obowiązków.

 

Nie ukrywam, że od zawsze wolałem Brendana od Lisy Gerrard. Jej głos nadawał muzyce Dead Can Dance wielkości ponad podziałami i śmiertelnej wręcz powagi, ale to Perry wyznaczał tam rejony intymności i uczuciowości. To właśnie naznaczone jego śpiewem i wrażliwością kompozycje doprowadzały mnie już wielokrotnie do łez, stojącego samotnie na środku pokoju lub podążającego ludnymi ulicami Warszawy. Starałem się jak tylko mogłem, aby nie dać zbytnio urosnąć oczekiwaniom; szczególnie, że znana mi była setlista z wiosennej części trasy. Jak wiadomo, to często wypacza odbiór nawet najlepszego koncertu. Tym bardziej, gdy miejsce tego wydarzenia, narzucone formułą trasy, odznacza się nielubianą przeze mnie aurą ogólnego nadęcia. I gdy, dodatkowo, z nieba leją się pokłady żaru, który postanowił w tym właśnie tygodniu pobić swój własny rekord wszech czasów.

 

Jednakże, ani miejsce ani temperatura nie miały znaczenia, gdy punktualnie o godzinie 21, jeszcze przy świetle słońca, na niewielkiej scenie ukazał się Brendan wraz z zespołem. Była zmiana w składzie - na klawiszach i wsparciu wokalnym Astrid Williamson, szkocka artystka, ongiś obecna w szeregu The Hope Blister. Była też zmiana w samym secie, ale o tym za chwilę. Bez zbędnych formalności przeszli do rzeczy, a mnie od razu zaszkliły się oczy. Jest coś w głosie Perry'ego, co powoduje, że każdą jego piosenkę traktuję jako wyznacznik muzycznego dobra i odbicie tej smutnej części mnie samego. Z całą jego sakralną powagą, z rockową duszą, z porywającą poetyką słów i z udziałem zarówno instrumentów elektronicznych, jak i folkowych. W melanholijnym blasku snopów niebieskiego światła, lub złowrogim cieple fal krwisto-czerwonych jupiterów.

 

Pozornie, na scenie nie działo się nic wielkiego. Muzycy pozostawali przez cały czas na swoich miejscach, Perry nie spieszył się z przechodzeniem do kolejnych utworów, ani też nie wdawał się w nadmierną interakcję werbalną z widownią (chociaż ku uciesze i rozbawieniu zgromadzonych konsekwentnie mylił "Dziękuję bardzo" z "Dobry wieczór"). Nagłośnienie z przodu widowni pozostawiało do życzenia - zbyt głośna sekcja rytmiczna i wysokie tony. Ale jakie to ma znaczenie, gdy Perry spełnia twoje marzenie i wykonuje "The Carnival Is Over", a ty zapominasz o starej zasadzie, że mężczyzna powinien być twardy, a nie miętki. Albo gdy, ku zaskoczeniu wszystkich, śpiewa "Song To The Siren" z repertuaru Tima Buckley'a, spopularyzowaną przez This Mortal Coil. Albo gdy porywa nowymi kompozycjami, gdy urzeka "Voyage of Bran", czy wreszcie konkluduje magiczny wieczór "Severance"?

 

Koncert trwał półtorej godziny, ale chyba nikt ze zgromadzonych nie wychodził z niego z uczuciem niedosytu bądź niezadowolenia. Pomimo iż nie było np. "In Power We Entrust The Love Advocated", czy "The Ubiquitous Mr Lovegrove". Piękna muzyka przemawia sama za siebie i jest triumfem jakości nad ilością. Jakże inne emocje panowały w trakcie tego koncertu, w porównianiu z solowym spektaklem Lisy Gerrard z 2007 r. Wówczas opuszczałem salę Teatru Roma w zachwycie i niedowierzaniu; po występie Brendana Perry'ego towarzyszył mi uśmiech, drżące dłonie i mokre oczy. Wtedy mieliśmy do czynienia z chwałą na wysokości, powagą niezwykłej chwili, z wirtuozerią głosu i pokłonem przed boskością; teraz, z intymnym śpiewem romantycznej, wrażliwej duszy człowieka, który poświęcił życie nauczaniu piękna. Wypowiadam nowe życzenie: niech bogini i człowiek podadzą sobie z powrotem ręce i jeszcze raz nas zabiją, a potem wskrzeszą.

 

Jakub Oślak
 


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Dead Can Dance, Brendan Perry, Kraków, Wrocław, koncert, Ark

Dodaj komentarz

Komentarze

Świetna recenzja Panie Jakubie. W trafnu sposób opisał Pan uczucie towarzyszące podczas słuchania wspaniałego, niepowtarzalnego głosu Brendana. Ja również mogę podpisać się pod każdym Pana słowem. I choć jestem jeszcze zbyt młoda aby doświadczyć jakiejkolwiek inspiracji i emocji dzięki muzyce, cieszę się ogromnie, że w tak młodym wieku odkryłam twórczość DCD oraz że mam przyjemność delektować się niesamowitym głosem Brendana. Ten człowiek jest wielki, Jemu należą się największe brawa, a Panu równie piękne podziękowania za tę recenzje.

(2010-07-20 | 17:12)

~ BRENDAN PERRY - relacja z konc

Przepraszam czytelników i redakcję za błąd merytoryczny (data koncertu Dead Can Dance).

(2010-07-19 | 12:56)

~ jo

Bardzo dziękuję, napisał Pan dokładnie tak, jak było. Mogę się podpisać pod każdym słowem; od preferencji Brendana w DCD, po wzruszenie innego rodzaju na koncercie Lisy w Romie. Brendan porusza serce każdego. Mam nadzieję, że o tym wie. No właśnie- jak podziękować Artyście, że nie jest Madonną? Pozdrawiam serdecznie.

(2010-07-18 | 17:34)

~ Jola

Gratuluję Panie Jakubie świetnej recenzji. Głos Brendana ma moc przemieniania zwykłego w odświętne, profanum w sacrum, kamienia w żyjącą istotę. Do dziś brzmi we mnie ta muzyka, i wspieram to wrażenie domowym odsłuchiwaniem nagrań z "Ark".

(2010-07-17 | 22:15)

~ Bea

Przepiękny koncert i godna go recenzja. Mała poprawka: Koncert w Sali Kongresowej był w 2005 roku.

(2010-07-17 | 16:09)

~ perryfun

musicnews MusicNews