musicnews musicnews

CARRION, TOTENTANZ, WINGER - relacja z koncertu w Warszawie - 06.12.2009

Data: 2009-12-29
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
fot. Mikołaj Kuchowicz

To był bardzo dobry pomysł, żeby Mikołajki spędzić na rockowo w zacnej Progresji. Wybrałem się więc i ja, i wcale nie żałuję, choć poziom rockowych prezentów był mocno zróżnicowany.

 

Prawie punkt o godz. 18 na podbój świata i Progresji wyruszył pierwszy z zespołów. Młodzież przyjechała z Opola i nazywała się Nutshell. Dobrze jest być młodym, prężnym, twórczym i kreatywnym, jeszcze lepiej mieć coś do powiedzenia, albo być choć oryginalnym. Po instrumentalnym wstępie, zespół - ze szczególnym wskazaniem na gitarzystów wypruwał sobie żyły - by zwrócić na siebie uwagę. Najmniej energii i zapału wykazywała wokalistka, a może po prostu skupiła się na śpiewie? Muzycznie ich propozycja to połączenie hard rocka z post rockiem. Ot, niestety, kapela jakich miliony szwenda się po klubach całego świata w poszukiwaniu własnej tożsamości. Problemem jest, jak prawie zwykle, jakiś choćby pomysł na wizerunek. Do tego, trochę pretensjonalne teksty - nie można, mnie, wytrwałego słuchacza, częstować kawałkiem pt. "Pieprz się!". Na koniec dziewczę zagrało na akustyku, druga gitara zeszła sceny, a ja biedny się zastawiałem (pardon): po ch** oni takie długie piosenki grają? Skoro w kompozycji nie ma do tego uzasadnienia…

 

Tymczasem Progresja zapełniała się powoli. A zapełniała się nie byle kim, bo prawdziwymi fanami hard rocka. Kowbojskie buty, oldskulowe ciuchy, tatuaże, biżu, fryzury z ubiegłego wieku, koszulki Kiss, Motley Crue, Iron Maiden, Def Leppard no i ponad wszystko Whitsnake z ostatniej trasy. Wiadomo, Reb Beach będzie wymiatał. Wszyscy ci, często podtatusiali panowie, z brzuszyskami obwisłymi od nadmiernego spożycia, godnie przyjęli kolejny prezent - Carrion. Rychło okazuje się, że to lokalna sława. Fanów więcej, zainteresowanie większe, ba, niektórzy znają kawałki. Carrion rozkręcił Rockołajki! Po dętym i zbędnym wstępie na klawiszach, panowie udanie zaprezentowali heavy metal niczym z najlepszych lat 80. Wyglądali i zachowywali się już prawie profesjonalnie, bo byli zaangażowani zarówno muzycznie jak i "tanecznie". Ogólnie metal całkiem nieźle wskrzeszony i, co chciałbym podkreślić, wcale, a wcale mi nie przeszkadzało, że wokalista śpiewa po polsku! A to rzadkość. Z reguły polskie teksty i język jakoś nie pasują do heavy. Problem Carrion tylko jest taki, że panowie nie zauważyli chyba, że czas takiej muzyki już przeminął… Sięgnęli po cover szansonisty o pseudonimie Black i zrobiło się prawdziwe "Wonderful Life" - też nieźle, tylko wokalista nie dawał rady. Na finał, znów dobry ruch – Depeche Mode z przewrotnym tytułem "Enjoy The Silence", też nieźle wykonane, ale znów mam uwagę - zbyt wykrzyczany, a to ładna melodia przecież jest.

 

Kolejna grupa nazywała się złowieszczo - Totentanz. I to już była pełna "profeska". Cóż, że starsi panowie. Warsztat opanowany, zachowanie - nieźle, wyróżniali się, wyróżniali. A jak grali? Ano rockowo. Ale tak, by miało to jakieś znaczenie - problemy społeczne, problemy osobiste, w każdym tekście o coś chodziło i to wcale nie o to, by przelecieć jak najwięcej sweet baby. Jak dla mnie, pierwsze spotkanie z Totentanz było bardzo pozytywne - ich występ był dojrzały, przemyślany i mógłby być wzorem dla młodych, jak panować nad przekazem i sensem. Mimo powagi poruszanych tematów, emocje udzieliły się i publiczności, która zasłuchana chciała jeszcze trochę Totentanz posłuchać. Podzielam ich zdanie, aczkolwiek, żeby nie było tak idealnie, panowie powinni trochę wzbogacić aranże. Gdyby nie teksty, momentami było, jak dla mnie zbyt monotonnie.

 

Przed samą gwiazdą główną miał wystąpić jeszcze jeden zespół. Nie kryję, budziło to mój niepokój, gdyż jak się dowiedziałem Markonee pochodzi z Włoch, gra również heavy i ma przekaz chrześcijański. Obawiałem się jakiś występów godnych jasełek moherowego aktywu pod szyldem Chodzącej Relikwii, czyli Pana Rydzyka. A to wszystko jeszcze w operowej, wiadomo Włosi, oprawie. Ale gdzie tam! Na scenę wskoczyło pięciu facetów, których testosteron wprost roznosił! Nawet jeśli wierzyli w Boga, to pod skórą mieli Szatana. Scena za mała była dla nich, bo jak się ma ADHD sceniczne, to się w miejscu nie stoi. Jeden gitarzysta - chyba od urodzenia chciał być drugim Malmsteenem, drugi - dziwię się, że jakiś Limp Bizkit jeszcze mu pracy nie zaoferował, basista - to samo, pierwsza liga, widzę go w Aerosmith. Perkusista napędzał to wszystko z prędkością Lombardo ze Slayera, gdy ten jeszcze nie był emerytem. No i wokalista - jeśli ten młody człowiek jest chrześcijaninem, to ja jestem muzułmaninem. On wyraźnie zbyt dużo się Roberta Planta naoglądał. Porwał ludzi, którzy pewnie do tej pory nawet nie wiedzieli, że taka grupa jak Markonee istnieje, ledwie w ciągu pierwszego kawałka. To było o tyle łatwe, że panowie przemyślnie sobie refreny łatwe dla publiki zostawili, takie bliskie szybkich szant. A przekaz… Taaak, bardzo chrześcijański - whisky, kobiety i śpiew, pieśni o dzikich chłopkach i co zamierzają wyprawiać, tudzież o pogańskich symbolach - grzmotach i piorunach. Co druga zapowiedź - przewaga "fuck" nad innymi słowami, no i nie mieli panowie miłosierdzia dla publiki, kiedy w ostatnim kawałku wkleili "Ain’t No Love In The Heart Of The City" to już nie było osoby, która by nie klaskała, śpiewał i była ogólnie zachwycona. No i te gołe, spocone klaty - typowy atrybut dobrego chrześcijanina czy raczej rockowego zwierza? Prawdziwa rockowa, pierwotna, rewelacyjna bomba. Nie wiem czy chrześcijańska, bo w Radiu Maryja nigdy ich nie grali. Czas na przedstawienie zespołu i czas makaroniarzy minął. Prawdziwa błyskawica - dobry support!

 

Pozostała już tylko gwiazda główna, czyli Winger. Umówmy się to jest zespół z drugiego szeregu, choć z pierwszej ligi. Amerykańscy, profesjonalni kiciarze. Próbują, za pomocą płyty i trasy poczuć drugą młodość? Jeśli tak - na Polsce się nie zawiedli. Przyjęcie mieli (pardon) zajebiste. Lecz, oczywiście, najwięcej braw zebrał Reb Beach. Występy u boku Davida Coverdale’a robią swoje. Zachował jednak się z klasą i starał nie "wyskakiwać przed orkiestrę" nawet, że się tak nie po polsku wyrażę, solowe solo zagrał ledwie letnie. Najgorszy jednak moment nadszedł gdy swoje solowe solo zagrał perkusista. Za takie coś idzie się od razu do piekła perkusistów, by tam robić za pomywacza innych pomywaczy. Kilka figur godnych wprawek na rozgrzewkę plus quasigitarowy podkład z laptopa. Co to miało być? Ja nie wiem, ale wiem, że nie jestem w opinii o tej żenadzie odosobniony.

 

Występ Winger był poza tym nieźle pomyślany, choć zaczęli statycznie i mocno. Wychwycili, że przyjęcie mają lepsze niż gorące, więc z coraz większym zaangażowaniem grali te swoje hardrockowe, fastfoodowe hity. Kiedy nadchodziła ballada wokalista/basista zasiadał za klawiszami, a na basie wspierał ich kolega z Markonee. Mocno się już jednak uspokoił. Potem były kolejne ballady, dorośli faceci a śpiewają o tęczy i panienkach - to raczej nie dla mnie. Bardzo dobry, chyba najlepszy numer - instrumentalny. Poszczególne, czasem zbyt podobne do siebie kawałki ratowały solówki Reba. Czasem zagrali kompozycje o konstrukcji prostej jak topór czy inny szpadel, a czasem błysnęli jakąś błyskotliwą perełką. Ot, Amerykanie, którzy poważnie podchodzą do swojej roboty. Właśnie - tylko roboty. Rzemiosła. Nic więcej. I znów - taka muzyka - już dawno przeminęła, tylko sentymenty starszych panów i ich baby uratowały koncert Winger. Przyjęcie, jednak powtórzę się, Winger otrzymał tak dobre, że nie zdziwię się, jak zaraz przyjadę do Polski ponownie.

 

Mimo więc wszystko, były to bardzo udane "Progresywne" MikoRockołajki. Bardzo uprzejmie proszę, by za rok też się odbyły. I żeby Markonee przyjechało! Winger - niekoniecznie.

 

Dawid Brykalski


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Winger, Carrion, Totentanz, Markonee

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews