Asymmetry 2011

musicnews musicnews

COKE LIVE MUSIC FESTIVAL - relacja z festiwalu w Krakowie, 22.08.2010

Data: 2010-09-01
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Lasery, ekrany w kształcie plastrów miodu, balony z konfetti, gitara z podwójnym gryfem i perfekcyjne wykonanie – wraz z zamykającym tegoroczną edycję Coke Live Festival koncertem Muse w Krakowie zagościła pierwsza liga stadionowego rocka. Gdyby Freddie Mercury żył, pewnie występowałby z zespołem Matta Bellamy'ego.

 

Nie oznacza to na szczęście, że oprawa sceniczna przesłoniła część muzyczną tego widowiska – brytyjska grupa zaprezentowała swoje największe przeboje, w dużej części opierając się na materiale z ostatniej płyty "Resistance". Idealnie skrojone pod duże, plenerowe koncerty, wszystkie piosenki zostały chóralnie odśpiewane przez kilkudziesięciotysięczny tłum. Nie było żenującej konferansjerki, jaką zaprezentował dzień wcześniej Jared Leto, a kilkadziesiąt minut wcześniej frontman Panic At The Disco. Żaden z muzyków nie poczuł się nagle Polakiem i żaden nie ściemniał, że to jego najlepszy koncert w karierze. W zamian zaoferowali nam fantastyczny rockowy spektakl, w którym dźwiękowa ekwilibrystyka nie przeszkadzała w zabawie muzyką. Stąd na wpół improwizowane wstępy do utworów i zabawne cytaty, w tym ze słynnej "Tarantelli", którą świat poznał za sprawą pierwszej części "Ojca Chrzestnego". Kiedy w niebo wzbiły się wypełnione konfetti balony (nota bene ozdobione źrenicami przywodzącymi na myśl The Residents), przez chwilę można się było poczuć jak na koncercie Flaming Lips. Tyle że zaangażowanie muzyków pokazało, że Muse trochę poważniej podchodzi do swojej twórczości, niebezpiecznie balansując na granicy między teatralnością Queen, a kiczem godnym Eltona Johna. Ważne jednak, że tytuł "najlepszego koncertowego zespołu świata", choć nadany Brytyjczykom jeszcze trochę na wyrost, nie jest całkowicie bezpodstawny. Można nie lubić, ale zobaczyć trzeba.

 

Duże nadzieje wiązałem z występem autorów jednego z najlepszych debiutów ubiegłego roku - "A Brief History Of Love". The Big Pink zaczęli obiecująco, hałaśliwie, jakby na przekór wszystkim szpecąc swoje piosenki o miłości maksymalnie przesterowaną gitarą i mocnymi samplami. Robbie Furze, wyglądający jak replika Andrew Eldritcha z końca lat 80., z uśmiechem na twarzy wyśpiewywał swoje wisielcze teksty, a wtórowała mu w tym wymalowana jak Siouxsie Sioux za najlepszych lat perkusistka i wokalistka Akiko Matsuura. Jednak wraz z zachodzącym słońcem z zespołu jakby uleciała energia i szybko okazało się, że ich kawałki nie sprawdzają się najlepiej w warunkach festiwalowych, gdzieś między piwem a kiełbaską. Sytuacja zmieniła się dopiero podczas wieńczącego występ "Dominos", na który czekała większa część krakowskiej publiczności. Po twarzy Furze było widać, że jeszcze bawi go wykonywanie tej piosenki. Zobaczymy jak długo.

 

Z trochę innymi problemami musieli sobie poradzić muzycy Panic At The Disco, którzy wciąż szukają złotego środka między skomercjalizowanym emo swojej debiutanckiej płyty "A Fever You Can't Sweat Out", a beatlesowskimi melodiami jej następczyni, „Pretty Odd”. Paradoksalnie, w warunkach koncertowych zdecydowanie lepiej wypadają te drugie i to właśnie podczas "Nine in the Afetrnoon" i "That Green Gentleman (Things Have Changed)" zabawa pod sceną rozkręciła się w najlepsze. Przypominający zarówno mimiką, jak i aparycją Jima Carreya frontman Brendon Urie, już bez cyrkowego makijażu, za to ubrany w białą koszulę i gustowną kamizelkę, zaprezentował przed publicznością całą galerię swoich szerokich uśmiechów odsłaniając przy okazji białe jak śnieg zęby. Od strony wykonawczej zespołowi nie można nic zarzucić. Na poprawienie repertuaru mają jeszcze czas.

 

Ten jednak nieubłagalnie ucieka agencji Alter Art, bo rekordowa frekwencja tegorocznej edycji Coke Live Festival pokazała, że teren Muzeum Lotnictwa Polskiego może się wkrótce okazać niewystarczający dla potrzeb imprezy. A szkoda by było, gdyby festiwal opuścił Kraków, bo wraz ze zmianą formuły zaczął stanowić niezłą alternatywę dla niezbyt wygodnej w przypadku mieszkańców południa kraju wyprawy na Open'era.

 

Maciek Stankiewicz


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Coke Live, Muse, Panic! At The Disco, The Big Pink

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews