musicnews musicnews

CONVERGE, KYLESA, GAZA, KVELERTAK - relacja z koncertu w Krakowie, 08.08.2010

Data: 2010-08-09
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Nie wiem jak wy, ale ja w ciągu ostatnich kilku lat miałem najwyżej dwie lepsze okazje, żeby wydać 50 zł. Wybuchowe combo Kvelertak, Gaza, Kylesa i Converge w niedzielny wieczór niczym tornado rozniosło krakowską "Rotundę". "Krakow you are by far the most amazing dudes ever!!! Thanks for making it the best show on this tour!" - napisali po koncercie muzycy Kvelertak. "Poland was crazy!!!" - wtórował im Converge. Nie bez powodu.

 

Niewdzięczna rola pierwszego supportu przypadła debiutantom z Norwegii. "Cześć, jesteśmy Kvelertak" - przywitał się w naszym ojczystym języku gitarzysta Maciek i sekundę później zaczęła się blackmetalowo-rock'n'rollowa jazda bez trzymanki. To co jest największym atutem tego zespołu, czyli energia przywodząca na myśl najlepsze momenty Turbonegro i radość z grania, jaką są w stanie wykrzesać tylko całkowicie oddani muzyce gówniarze, w wersji koncertowej przybrało niesamowitą formę. Zmasowany atak trzech gitar zrobił swoje i skandynawska petarda wypaliła niczym kolosalnych rozmiarów granat odłamkowy. Punktem kulminacyjnym tego krótkiego, ale cholernie intensywnego występu był singlowy "Mjød", podczas którego uśmiechy na twarzach muzyków zdradzały, że nie spodziewali się tak gorącego przyjęcia.

 

Wychwalana przez "Decibela" amerykańska formacja Gaza nie miała łatwego zadania wychodząc na scenę krótko po tym, jak ucichło skandowanie nazwy norweskiej grupy. I nie udało się. Z kilku względów. Po pierwsze, uwspółcześnione wariacje na temat pierwszych płyt Swans mają rację bytu tyko jeżeli sygnują je panowie Gira, Broadrick i Martin. Po drugie, żeby poprawnie (czytaj: z odpowiednim zaangażowaniem) odegrać te dźwięki na żywo, trzeba mieć trochę nierówno pod sufitem. Aż w końcu po trzecie, brakowało w tym wszystkim odrobiny chamstwa, które mogłoby uratować ten pędzący w niewiadomym kierunku wózek.

 

Problemów z własną tożsamością nie miała za to Kylesa, która choć stopniowo oddala się od swoich hardcorowych korzeni w kierunku bardziej mainstreamowego Mastodon, to jednak robi to w świetnym stylu. Kilka brzydkich słów można za to wypowiedzieć pod adresem akustyka, który przez cały koncert nie był w stanie ustawić brzmienia, przez co pewnie jeszcze przez kilka dni nie będę w stanie pozbyć się wyjątkowo upierdliwego piszczenia w uszach. Ta momentami kompletne bezsensowna ściana dźwięku nie pozwalała wyłapać melodyjnych detali, które obecnie stanowią jeden z głównych filarów muzyki kwintetu z Savannah. Bardziej selektywnie robiło się dopiero kiedy zespół włączał opcję "walec" i skutecznie wprawiał w drżenie ściany krakowskiego klubu. Na szczęście, mimo nie do końca sprzyjających warunków, muzykom nie można było odmówić zaangażowania i wiary w to co robią.

 

W zalewie sztucznych zespołów, których członkowie grają tylko po to, żeby poderwać laski, czy zarobić na nowe ciuchy, Converge przywraca wiarę w szczerą muzykę. Podobnie jak większość (o ile nie wszyscy) czytających te słowa, nie widziałem grupy Ginna i Rollinsa na żywo, ale do tej pory miałem poważne obawy, że ukute przez jakiegoś pismaka określenie "Black Flag XXI wieku" jest niczym innym jak zgrabną zapchajdziurą służącą nabiciu wierszówek. Myliłem się. W chwili, kiedy rozbrzmiały pierwsze takty otwierającego set "Concubine", w "Rotundzie" rozpętało się piekło. Nawałnica pokręconych riffów, maksymalnie rozpędzona sekcja rytmiczna i naładowany adrenaliną Bannon, który bez przerwy nakręcał publikę do zabawy – to wszystko, plus zabójcza precyzja, sprawiają, że koncert Converge jest podręcznikowym zaprzeczeniem niedzielnej rozrywki przed telewizorem. To 100% oddanie sztuce, która nikogo nie pozostawia obojętnym. Widać to było pod sceną, gdzie mosh pit przybrał słuszne rozmiary, a nieustające skoki ze sceny przywodziły na myśl złotą erę hardcore'a. Polała się krew, pojawiły się dziesiątki siniaków, na pewno połamane zostały czyjeś żebra, ale w końcu nikt nie obiecywał, że będzie przyjemnie. W zamian można było poczuć, że się żyje, a to chyba największa możliwa nagroda.

 

Maciek Stankiewicz

 

 

 

 

 


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Converge, Kylesa, Gaza, Kvelertak, Kurt Balou, John Baizley, Baroness, Taake

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews