musicnews musicnews

CREATIVE ACT OF MUSIC - relacja z koncertu we Wrocławiu - 22.01.2010

Data: 2010-02-11
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

VIRGIN SNATCH, THY DISESASE, ARMAGEDON, NAMMOTH, HEART ATTACK

 

Można było mieć poważne obawy o frekwencję na jednym z ostatnich przystanków styczniowej trasy naszych metalowych herosów. Na szczęście nawet iście norweski mróz, w okowach którego w ów piątkowy, styczniowy wieczór znalazła się stolica Dolnego Śląska, nie zniechęcił fanów rodzimego hałasu do podjęcia trudu dotarcia do jednego z najpopularniejszych, koncertowych, wrocławskich przybytków. I choć nieco ponad stuosobowy tłumek piorunującego wrażenia nie robił, to jak zdążył mi w klubowych kuluarach zrelacjonować jeden z członków wesołej ekipy objeżdżającej Polskę w ramach trasy, bywały miejsca, w których pod względem zagęszczenia podscenicznego bywało zdecydowanie mizerniej. Wrocławscy maniacy liczebne braki nadrabiali za to pełnym zaangażowaniem, co oczywiście nie pozostało bez wpływu na atmosferę wydarzeń, które rozegrały się w klubie na ul. Hubskiej.

 

Do klubu udało mi się dotrzeć akurat wtedy, gdy na scenie montowała się reaktywowana – wielkie słowo, ale co tam - legenda naszej sceny deathmetalowej - Armagedon. Z przecieków od dobrze zorientowanych dowiedziałem się, że niewiele straciłem, opuszczając występy dwóch pierwszych zespołów wieczoru. Autorzy pamiętnych "Dead Condemnation" i "Invisible Circle" wkroczyli na scenę i uderzyli w publikę swoim morderczym death metalem. Oczywiście set został oparty o kompozycje z najnowszego albumu reaktywowanej w 2006 r. formacji. "Death Then Nothing" oprócz utworu tytułowego reprezentowały jeszcze m.in. "Seeing Is Believing", "Dead Code" i wieńczący całość, monumentalny "F*** End". Starsi mieli okazję obetrzeć łezkę i machnąć koafiurą przy "The Term of Existence" i "Death Liberates". Szkoda, że zabrakło "Fate", ale przedstawiciel wrocławskiego desantu w zespole – czyli Adama Sierżęgi - zapewnił, że przygotują ten numer na kolejne sztuki, bo nie jestem jedynym, który z takim rozrzewnieniem go wspomina. Od strony wykonawczej Armagedon pokazał sporą klasę. Być może byłoby jeszcze potężniej, gdyby siłę ognia wzmocnił drugi wioślarz, ale i tak nie można było narzekać. Monolit deathmetalowego ataku podbity ultragęstym bębnieniem – blaściki jak ta lala - Sierżęgi kruszył szeregi niedowiarków. Nad wszystkim unosił się okrutny growl postawnego i demonicznego Slavo. Facet docenił wysiłek maniaków spod sceny i wylewnie dziękował za ciepłe przyjęcie. Oglądając zmagania zespołu można było dojść do wniosku, jak okrutny i nieprzewidywalny bywa show-biznes. Gdyby historia potoczyła się inaczej, Armagedon mógłby być dziś tam gdzie nie przymierzając chociażby Vader. A w wersji scenicznej A.D. 2010 w to zespół uprawiający swój morderczy proceder na światowym poziomie. Ale dziś trudno spodziewać się, podobnie jak w przypadku Traumy, przełomu i szturmu na światowe listy death metalowych przebojów. Armagedon chyba zdaje sobie z tego sprawę i łoi swoje z uporem godnym lepszej sprawy. I miejmy nadzieję, uraczy nas jeszcze niejednym mocarnym albumem. Za taką postawę i wysoką jakość muzy: szacun Panowie!

 

Gdy na scenie zamontowali się Krakowiacy z Thy Disease byłem ciekaw jak zaprezentuje sie zespół, z którego twórczością od kilku lat nie byłem na bieżąco. Pierwsze ciekawostki pojawiły się w sferze wizualnej. Wzrok przyciągał gościnnie udzielający się za mikrofonem Syru. Wokalista w kiecce a'la sutanna i z brodą w klimatach "Skrzypka na dachu" od razu uruchomił skojarzenia z serią kawałów o braciach starszych w wierze. Z kolei specyficzna konferansjerka przypomniała, że podwawelski gród to miasto-gospodarz licznych przeglądów kabaretowych. Początkowo trudno było wczuć się w przekaz grupy. Bo muzycy między utworami - celował w tym zwłaszcza Browar - zajmowali się głównie komunikowaniem się z akustykiem, a nie publiką. A to sample były za cicho, a to stopa za głośno. Z kolei z perspektywy widza ewidentnie kulała głośność wokalu. Skrzek Michała wtapiał się w ścianę hałasu. Za sprawą tych kłopotów, jakość występu siłą rzeczy dość istotnie ucierpiała. Przez kolejne minuty mieliśmy więc okazję śledzić historię zmagań muzyków z oporną, dźwiękową materią. To co udało mi się wyłowić to skojarzenia z rodzaju tych, że muzyka Thy Disease w wersji live daje się opisać jako podlana apokaliptycznym, elektronicznym sosem, nu-metalowa jazda w stylu Slipknot, czy tez mechaniczna destrukcja inspirowana dokonaniami Fear Factory. Słychać, że chłopaki kombinują i grają zdecydowanie nowocześniej od towarzyszy swojej zimowej tułaczki po nadwiślańskiej krainie. I choć reakcja publiczności nie była aż tak żywiołowa jak w czasie gigów Armagedon i Virgin Snatch, to w drugiej połowie setu część publiki wyraźnie się rozkręciła.

 

Honory headlinera pełniła thrashmetalowa formacja nr 1 w naszym pięknym - mimo wszystko - kraju. Virgin Snatch z płyty na płytę udowadnia, że światowa czołówka coraz bliżej. Techniczny thrash w stylu najlepszych dokonań Testament czy Exodus na "Act of Grace" zagrany jest z takim polotem, że wszystkie retrowynalazki z Earache mogą się schować. W wersji live ekipa dowodzona przez Zielonego pozamiatała. Warsztat instrumentalistów, brzmienie gratów, charyzma wokalisty - to wszystko złożyło się na znakomity występ. Przekrojowy zestaw hiciorów z ostatnich albumów Virgin Snatch zawierał m.in. "Through Fight We Grow", "Purge My Stain", "In The Name of Blood", "Stop The (nomen omen - dop. aut) Madness". Okraszone popisami solowymi Hira - ma facet czuja do tych dźwięków - i obficie serwowanym headbangingiem w wykonaniu całej ekipy szybkie thrashowe pociski pruły powietrze i nakręcały moshing pod sceną. Gdy po około 60 minutach zespół zszedł ze sceny, publika nie dała za wygraną. Efekt – chwila wzruszeń, przy dedykowanym Vitkowi, Docentowi i Olassowi "It's Time" i szalona zabawa przy wykonanym przez zjednoczone siły Virgin Snatch i Thy Disease "Creeping Death" z repertuaru Metalliki. W ten oto miły sposób wieczór z ciężką muzyką dobiegł końca. Więcej takich i równie udanych w tym nowym, wciąż roku sobie i – przede wszystkim Wam – szczerze życzę.
 

Maciej Miskiewicz


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Creative Act Of Music, Thy Disease, Armagedon, Virgin Snatch

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews