musicnews musicnews

DEPECHE MODE - relacja z koncertu w Łodzi - 10.02.2010

Data: 2010-02-12
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Udało się. W końcu. Osiemnasta trasa koncertowa w historii Depeche Mode w końcu zawitała nad Wisłę. Bez dwóch zdań kłopoty zdrowotne Dave'a Gahana i odwołanie ubiegłorocznego, majowego koncertu na warszawskim Bemowie zasmuciło wielu fanów - a ich społeczność w naszym kraju jest wyjątkowo liczna - Brytyjczyków, ale z drugiej strony dzięki temu mieli oni niepowtarzalną okazję, by obejrzeć swoich idoli w akcji, na dodatek w hali. Ze względów oczywistych w rozpisce zimowej części "Tour of The Universe 2009/2010" nie uwzględniono imprez pod gołym niebem.

 

Frost Open Air - czyli a to Polska właśnie

 

Atrakcje typowe dla koncertów open air nie ominęły jednak fanów, którzy w mroźne, zimowe popołudnie stawili się pod łódzką Atlas Areną. Nie wiem ile lat zajmie nam jeszcze równanie do standardów obowiązujących w krajach powszechnie uznawanych za cywilizowane, ale dojście do wniosku, że otwarcie zaledwie kilku bram i skazanie ludzi na konieczność tłoczenia się na mrozie - nawet przez pół godziny - w oczekiwaniu na wejście do teoretycznie najnowocześniejszego obiektu w Polsce, nie jest chyba wyzwaniem intelektualnym przerastającym możliwości średnio rozgarniętego osobnika.

 

Gdy już znaleźliśmy się w środku, przyszedł czas na mały rekonesans. W kuluarach hali znalazło się m.in. miejsce na dwa stoiska z merchem. Ceny raczej europejskie. (t-shirt: 80 zł, bluza 200 zł, smycz 50 zł). Wybór umiarkowany. Rzut oka na przekrój społeczny publiczności. Stosunkowo nielicznie reprezentowani byli klasyczni przedstawiciele subkultury "depeszy" - swoją drogą to fenomen, bo cementują ją uwielbienie dla konkretnego zespołu, a nie nurtu muzycznego – z charakterystycznymi cegłami na głowach. W idać było, że muzyka DM trafia do osób w wieku od lat 9 do 69.

 

Industrial Complex: lewa, prawa, lewa

 

OKoło 19:45 na scenie pojawili się supportujący gwiazdę wieczoru panowie z Nitzer Ebb. Zespół działa - z około 10 letnią przerwą - od 1982 roku, ale łódzki koncert był jego pierwszym w historii występem w Polsce. Mimo niszowej popularności, muzycy zostali dość ciepło przyjęci przez publiczność. Z pewnością przyczyniło się do tego delikatne podobieństwo niektórych kompozycji do twórczości gwiazdy wieczoru. Swoją drogą informacje o industrialnym charakterze muzyki Anglików okazały się nie mieć zbyt wiele wspólnego z prawdą. A już na pewno tak wynikało z odsłuchu kompozycji zaserwowanych w czasie 45-minutowego setu. Fabryczne rytmy nie pojawiły się wcale, za to obficie serwowano te taneczne z arsenału EBM. A wokalista zespołu zachęcał publiczność do machania uniesionymi rękami w rytm komendy: lewo, prawo, lewo.

 

Gdy Bon Harris i Douglas McCarthy opuścili scenę, płyta w hali powoli zaczęła zapełniać się ludźmi. Nie inaczej było i na trybunach. Gdy na kuli wiszącej nad sceną pojawiło się najnowsze, "kwadratowe" logo Depeche Mode widać było, że koncert został całkowicie wyprzedany.

 

Gore show czyli amok

 

Krótko po 21 niemal szaleńczy aplauz powitał trójkę muzyków Depeche Mode i towarzyszących im w czasie koncertów: perkusistę i operatora instrumentów klawiszowych.

 

Na dobry początek zespół zaserwował trzy kompozycje z "Sounds of The Universe". Po kolei: "In Chains", "Wrong" i "Hole to Feed". Dave wskoczył na scenę w eleganckiej marynarce, ale stosunkowo szybko się jej pozbył i hulał w najlepsze w kamizelce nałożonej na gołe ciało. Pozbył się jej dopiero pod koniec głównego setu.

 

Od początku spore wrażenie robiła oprawa świetlno-wizualna koncertu. Wizualizacje znakomicie korespondowały z klimatem kompozycji. W czasie "Walking in My Shoes" kula wisząca nad sceną zamieniła się w oko kruka, który był bohaterem projekcji na wielkim ekranie. W "A Question of Time" wręcz punkrockowego pazura kompozycji dodała partia gitary Martina L. Gore'a. Okraszona żywym bębnem piosenka zabrzmiała wyjątkowo zadziornie i drapieżnie. Nieco bardziej spokojnie zrobiło się w czasie "Precious" i gorąco przyjętego "World In My Eyes". W czasie tej ostatniej kompozycji rampy świetlne zjeżdżały w górę i dół dodając całości niesamowitego efektu.

 

Najbardziej podniosły moment był jednak dopiero przed nami. Dave zniknął ze sceny, by zregenerować siły. A w swoje władanie wziął ją i ponad dziesięciotysięczną publicznością jego blondwłosy towarzysz. "Insight" i "Home" wykonane przez Gore'a z towarzyszeniem fortepianu zaczarowały tłum, który długo po zakończeniu tej ostatniej kompozycji nucił refren utworu.

 

Nie mniejsze wrażenie zrobiła baloniada w czasie "Policy of Truth". Temperatura w Atlas Arenie zdawała się zbliżać do poziomu wrzenia. I osiągnęła ten punkt w czasie morderczego tour de force wieńczącego pierwszą część koncertu: "In Your Room", "I Feel You" (wszystkie fanki piszczą, gdy Dave miesza biodrami), "Enjoy the Silence" (wszyscy śpiewają), "Never Let Me Down Again" (wszyscy machają rączkami) - największe przeboje grupy zostały mocno rozbudowane i przearanżowane na potrzeby koncertowych wersji. Czy trzeba coś dodawać? Publiczność zwariowała i wiadomo było, że to nie będzie koniec. Po kilkuminutowej przerwie na scenie pojawił się Gore i zaśpiewał "Dressed In Black". Wbrew przeciekom nie usłyszeliśmy "Master and Servant". I choć tłum zaintonował refren, Dave i spółka pozostali niewzruszeni. Zagrali za to "Stripped", "Behind the Wheel" i fe-no-me-nal-nie zilustrowany "Personal Jesus".

 

Dwie godziny w towarzystwie DM skończyły się o wiele za szybko. I choć można byłoby czepiać się drobnych niedoskonałości wokalnych czy wytykać nie zawsze idealną selektywność dźwięku, ale w obliczu tak znakomitej produkcji koncertowej byłaby to zwyczajna małostkowość. Depeche Mode potwierdzili, że – mimo wszystkich zakrętów losu - wciąż są w wysokiej formie, a w wydaniu koncertowym zespół jest w stanie wyjść obronną ręką z konfrontacji z wielotysięczną publicznością bez względu na to czy grają na stadionie, czy pod dachem. W każdych warunkach Depeche Mode to klasa światowa.

 

Maciej Miskiewicz


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Depeche Mode, Martin Gore, koncert, Łódź, relacja

Dodaj komentarz

Komentarze

Niestety, ale mój Szanowny współpracownik chyba nie wie co pisze. Koncerty Dm w Łodzi, były bardzo dobrze zorganizowane! Na bramce nie stałem nawet minuty - wchodziłem jak zwykły fan. I raczej zarzuty kierowałbym do fanów, którzy potrafili zachować się jak upite bydło, hołota oraz analfabeci. Kto sobie życzy podam mu fakty na priw. Tak czy siak - DM w Łodzi był udanym, cennym i ciekawym wydarzenie. Łódzka Arena to świetny obiekt do takich imprez. Ale niestety na masowe koncerty potrafią przyjśc też i ludzie, którzy chyba tylko idą się nachlać i z kimś pobić. Koncert to nie mecz. Artystycznie piosenki śpiewana przez Gore - 'mały z gitarą" to był najgorszy moment wieczoru. Lepiej mu idzie, gdy robi za chórki. Poza tym rzeczywiście dla DM, jakby czas się zatrzymał - śietna forma.

(2010-02-23 | 01:19)

~ Dawid Brykalski

musicnews MusicNews