Handsome Furs

musicnews musicnews

JAPANDROIDS - Relacja z koncertu w Krakowie - 26. 01. 2010

Data: 2010-02-12
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl


    Zawsze wydawało mi się, że decyzje o organizacji koncertu danego wykonawcy podejmuje się w oparciu o wyniki sprzedaży płyt, bądź częstotliwość grania jego utworów w radio. Są jeszcze koncerty tak zwanych "weteranów", ale to osobna półka. Na wieść o aż trzech koncertach Japandroids w Polsce nie mogłem ukryć zdziwienia. Przecież ich płyty nawet nie można w Polsce dostać, a w radio praktycznie nie istnieją. Nie wiem co skłoniło organizatorów do ściągnięcia Kanadyjczyków do Polski na aż trzy koncerty. Wiem natomiast, że występ w Krakowie był fantastyczny.


    Japandroids to gitarowo-perkusyjny duet z Kanady grający klasyczny amerykański niezależny rock. Mówiąc najprościej: gdyby grali 25 lat temu, ich płyty wydawało by SST albo Touch and Go. Ich zeszłoroczna płyta wywołała sporo szumu, wysoko plasując się w co rocznych zestawieniach wielu portali zajmujących się muzyką niezależną. To pewnie to spowodowało, że pomimo zabójczego mrozu klub RE pękał w szwach. Żadnych suportów, po prostu o 21 wyszli na scenę i zaczęli. W dodatku dość nietypowo bo od numeru No Allegiance to the Queen z ich drugiej epki, "Lullaby Death Jams". Cała sala dała się od razu porwać muzyce. Widać było, że praktycznie nie ma przypadkowych osób. Można było odnieść wrażenie, że Japandroids to prawdziwa gwiazda w Polsce. Było chóralne śpiewnie, pogo, prośby o zagranie konkretnych kawałków, błaganie o bis. Zespół był ewidentnie zaskoczony przyjęciem. Brian King, gitarzysta i wokalista, dziękując publiczności przyznał, że sądzili, iż nikt nie przyjdzie.

 
   Zespół odegrał w całości swoją debiutancką płytę "Post-Nothing”, dwa numery ze wspomnianej epki, zupełnie nowy, niewydany jeszcze kawałek oraz cover Big Black, Racer X (obronili się!). Grają inaczej niż na płytach. Bardziej hałaśliwie, chaotycznie, miejscami transowo. Ale to dobrze! Nie trzymają się sztywno tego co nagrali w studio. Niekiedy można było odnieść wrażenie, że utwór zupełnie się rozleci w tym chaosie. To jednak tylko pozory. Jest jakaś szczerość, który od nich bije, coś co powoduje, że nie są jedynie postmodernistyczną zabawą w retro, tylko autentycznym zespołem. Brzmienie? Bez rewelacji. Ale to bez znaczenia. To był prawdziwy rock’n’roll, jazda bez trzymanki, szczypta niebezpieczeństwa i dawanie z siebie 110%.

 

    Strasznie przebojowa i bezpretensjonalna jest ta ich muzyka, To po prostu dwóch gości wychowanych na amerykańskim Indie, którzy zapragnęli grać tak jak ich idole. Dalej nie wiem co kierowało organizatorami ale  jestem wdzięczny za ich decyzje Mam nadzieje, że wrócą do Krakowa i nie zatracą tego co czynni z nich tak dobry zespół.



Maciej Pletnia


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews