musicnews musicnews

LAIBACH, JUNO REACTOR - relacja z koncertu we Wrocławiu - 11.12.2009

Data: 2010-01-11
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Maciej Miskiewicz

LAIBACH, JUNO REACTOR
2009-12-11 Wrocław, Wytwórnia Filmów Fabularnych

Wszystko wskazuje na to, że rozpoczynający się właśnie rok będzie obfitował w wydarzenia muzyczne w stopniu nie mniejszym niż minione 12 miesięcy. Nad Wisłę zawitają nie tylko światowe megagwiazdy, które wypełnią stadiony, lotniska i największe hale (METALLICA, AC/DC, RAMMSTEIN), ale też wykonawcy, którzy choć z komercyjnego punktu widzenia nie mogą być postrzegani w kategorii najbardziej elektryzujących, to z pewnością zafundują polskiej publice przeżycia o nie mniejszym emocjonalnym ładunku niż wielcy szołbizu. (VOLBEAT, KATATONIA i wielu innych).

Gdzieś pomiędzy tymi dwoma światami - skrzących się od fajerwerków wielkich scen i zapoconych klubów - lokują się wydarzenia takie jak te, które było zdecydowanie bardzo mocnym akcentem na zakończenie wrocławskiego sezonu koncertowego AD 2009.
Około tysiąca widzów zgromadzonych w hali Wytwórni Filmów Fabularnych miało nosa i 11 grudnia wybrało chyba najlepszy z możliwych sposobów na spędzenie tego mroźnego wieczoru w towarzystwie słoweńskiej legendy industrialu  i londyńskiej, kultowej w niektórych kręgach szalonej formacji.
Pierwsi na scenie pojawili się muzycy Laibach. Nie ukrywam, że to dla nich głownie wybrałem się na tą impreże i fakt, że wystąpili przed Juno Reactor był dla mnie zaskoczeniem. Pomyślałem sobie: Laibach supportem? Niemożliwe. Dopieor później internetowy research pozwolił mi zorientować się, że oba zespoły wystąpiły na równych prawach headlinerów.
Wróćmy do Laibach. Już na pierwszy rzut oka widać było, że będzie to koncert inny od tego sprzed czterech lat. Na scenie zabrakło bowiem dwóch hożych werblistek, które wówczas wybijały rytm marszu mas. Była za to znana już fanom wokalistka Mina. Jej  partie  nadawały muzyce Laibacha totalitarnego - gdy chodziła po scenie z megafonem - lub wręcz magicznego - gdy po prostu śpiewała - klimatu. Wielkie brawa dla tej Pani!
CO oczywiste nie zabrakło ekranów, na których wyświetlane były projekcje ilustrujące poszczególne kompozycje zespoły - wykorzystano m.in. fragmenty klipów znanych co poniektórym z DVD - na emisje w telewizjach muzycznych raczej nie ma co liczyć - ale też i zapętlone sceny wyjęte żywcem z filmów Leni Riefenstahl - lub im podobnych - czy nawet pornograficznych  - nie jestem specem ale zdaje się, że były to ujęcia z "Głębokiego gardła".
Blisko półtoragodzinny zestaw piosenek muzycy podzielili na trzy zasadnicze części: historyczno-refleksyjną (tu usłyszeliśmy utwory ze starszych płyt w oszczędnych aranżacjach - "Boji", "Mi Kujemo Bodocnost", "Smrt za Smrt"), patriotyczno-polityczną (nie zabrakło zestawu hymnów z „Volk” - usłyszeliśmy laibachowe interpretacje pieśni poświęconych: USA, Turcji, Wielkiej Brytanii i Francji) i taneczno-totalitarną (była i wiązanka „przebojów" z „WAT" i „NATO" - "Tanz mit Laibach", "Das spiel ist aus").
Ciężka elektronika nadawała rytm maszynie, która wydawała się jednak mniej bezduszna niż w poprzednim wcieleniu. W nowych aranżacjach starych utworów sporo było przestrzennego klimatu i melancholijnej wręcz momentami zadumy.
W ramach bisu usłyszeliśmy utwory, które były klamrą spinającą występ Słoweńców z koncertem Juno Reactor. „God is God" i „Tantanavras" to kompozycje Bena Watkinsa, lidera grupy, której przypadła rola gwiazdy tego wieczoru.



Z pewnością w pewnych kręgach moje wyznanie może zostać uznane za bluźnierstwo, ale przyznaję, że było to moja inicjacja, jeżeli chodzi o kontakt z muzyką JR. W czasie przerwy na zmianę sprzętu znajomi co prawda próbowali przybliżyć co nieco twórczość JR: Wiesz to ci kolesie co robili remiksy w Matriksie. Ale i tak nie miałem pojęcia co mnie czeka.
Muszę przyznać, że doznania zafundowane przez multikulturowy kolektyw należały do tych bardzo przyjemnych. Koncerty międzynarodowej ekipy to wydarzenie lokujące się na pograniczu techno party, koncertu rockowego i performance'u. Za pierwszą część odpowiada transowy podkład rytmiczny zapodawany dość regularnie przez wszelakiej maści elektroniczne ustrojstwa. Za drugie niemal klasyczny rock'owy skład z żywym perkusistą i dwoma gitarzystami: pierwszy to glamrockowy Japończyk Sugizo - podobno gwiazda tak zwanego J-rocka - ubrany w kolorowe kimono z namaszczeniem celebrował niemal każdy dźwięk wydobywany z instrumentu, drugi to sam Mr. Watkins, który wyglądem przypomina Tima Burtona. Wizualnie to niemal archetyp rockmana, który spróbował chyba wszystkie używki, które są dostępne legalnie i nie.
Za rzeci element przekazu grupy odpowiedzialni są pomalowani w rytualne barwy i uzbrojeni w afrykańskie instrumenty perkusyjne czarnoskórzy tancerze oraz operowa diwa. Do tego dorzucamy jeszcze reggae’owego wokalistę (Ghetto Priest) i mamy niezły misz masz. Ten swoisty gabinet osobliwości i feeria kolorów idealnie współgrały z eklektycznym przekazem muzycznym.
Wybaczcie brak konkretów, ale niech wystarczy Wam to, że mikstura sporządzona przez ten ekscentryczny skład zawierała w sobie m.in: transowe beaty, metalowe riffy i quasisymfoniczne wtręty, jednak zamiast niestrawnej mieszanki, powstaje z nich energetyzujący koktajl, który postawił na nogi publiczność zgromadzoną w WFF. Zachęceni entuzjastycznym przyjęciem , muzycy zdecydowali się więc na bis dłuższy od pierwotnie zaplanowanego. I z uśmiechami, dziękując publice zniknęli ze sceny.
I choć nazwa JR - przed koncertem - była dla mnie niemal kompletnie anonimowa, a sam występ grupy był tak różny od występu Laibach jak to tylko możliwe, to dziś już nie dziwi mnie to, że oba zespoły zdecydowały się na wspólne wojaże po Europie. Oba nie mają bowiem oporów przed przekraczaniem granic i łamaniem wszelkich barier. Robią to w imię artystycznej wolności i muzyki przez duże M. O czym osobiście Was zaświadcza niżej podpisany.

Tekst: Maciej Miskiewicz
Foto: Krzysztof Zatycki (z-studio.com.pl)


Źródło: Musicnews.pl

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews