LIVING COLOUR - relacja z koncertu w Warszawie - 28.01.2010

Living Colour to nowojorska załoga, która ma spore grono fanów w kraju nad Wisłą. Nic więc dziwnego, że zespół odwiedza Polskę stosunkowo często. Mi jednak jeszcze nigdy nie udało się dotrzeć na koncert Vernona Reida i kolegów, dlatego wieść o planowanym warszawskim występie niezwykle mnie ucieszyła. Zgodnie z wcześniejszymi informacjami (wstęp od 18, koncert od 19), punktualnie o siódmej pojawiłem się w "Stodole", aby dowiedzieć się, że... "zespół jeszcze nie dojechał, a technicy dopiero rozstawiają sprzęt". Pozostało więc czekać. Przy niezbyt smacznym piwie, przy dopiero montowanym stoisku z merchem. Aż do 21, kiedy zespół wyszedł na scenę.
Ale wtedy - już od pierwszej chwili - było wiadomo, że będzie dobrze. Vernon Reid wyszedł na skraj sceny, pokazując "diabełka", a Corey Glover tłumaczył się ze swojej grubej bluzy z kapturem słowami "It's so damn fuckin' cold here". "Ech, chłopaku, dziś jest raptem -1, trzeba było przyjechać dzień-dwa wcześniej, to byś poczuł, co to jest 25-stopniowy polski mróz" - pomyślałem. Zespół nie tracił czasu i rozpoczął z niesamowitą energią. Ale nie od numerów z najnowszej płyty "The Chair in the Doorway", którą akurat promuje, ale od trzech starszych numerów - usłyszeliśmy "Middle Man", "Which Way to America?" i "Auslander". Po tej rozgrzewce przyszedł jednak czas na porcję muzyki z nowego albumu. "Burned Bridges", trudne pod względem dynamicznym, na koncercie wypadło równie dobrze jak na dopieszczonym w studio albumie. Podobnie "The Chair" i "Decadance". Okazało się zresztą, że polska publiczność zna już album dość dobrze i przyjmuje pochodzące z niego kompozycje z takim samym entuzjazmem jak "kolorowe" klasyki.
Dwugodzinny koncert był niezwykle przekrojowy - usłyszeliśmy rzeczy pochodzące z całej dyskografii Amerykanów, a w niektórych utworach dodatkowy, koncertowy wkład muzyków sprawiał, że zyskiwały jeszcze więcej. Tak było choćby w kapitalnej wersji "Flying", z której dziesięciu minut osiem zajęła solówka Reida. Czegóż on tam nie grał - bluesowy luz, rockowe wymiatanie z prędkością światła, funkowa energia. Mógłby tak grać i grać, a publiczność zgromadzona w "Stodole" nie miałaby dosyć.
Swoje pięć (albo i więcej) minut mieli też pozostali muzycy. Kosmiczny popis dał Will Calhoun. Swoje perkusyjne solo podzielił na dwie części. Pierwsza z nich była dość standardowym rockowym popisem (choć słowo "standardowy" w odniesieniu do tego wirtuoza można poczytać za obelgę). Druga natomiast... czysta magia. Perkusista wykorzystał sekwenser midi, przy pomocy którego wygenerował sobie rave'owy podkład, stanowiący bazę dla właściwej solówki, zagranej... w całkowitej ciemności, przy użyciu świecących pałeczek. Wrażenie niesamowite.
Z kolei w "Bi" publiczność zaskoczył Doug Wimbish. Basista, grając solówkę z wykorzystaniem octavera i przesteru (dzięki czemu jego bas brzmiał jak gitara elektryczna), najpierw przysiadł na krawędzi sceny, później zszedł do fosy, aby wreszcie, w towarzystwie ochroniarza, udać się na sam środek widowni. Tam, otoczony kółkiem fanów robiących zdjęcia czym się dało, grał jeszcze przez dobrych kilka minut, odlatując w space-rockowe rejony, czy cytując motyw z filmu "Ojciec Chrzestny". Chyba nikt nie patrzył, co w tym czasie działo się na scenie, wszyscy pchali się jak najbliżej muzyka, któremu absolutnie to nie przeszkadzało w wydawaniu obłędnych dźwięków ze swojego basu.
Corey Glover, choć właściwej solówki nie miał, popisywał się z kolei soulowymi zaśpiewami na początku "Open Letter (To a Landlord)". Wokalista był zresztą w znakomitej formie. Choć narzekał na zimno, choć bródka mu posiwiała, dawał z siebie wszystko i praktycznie do końca koncertu tryskał energią, nie fałszując nic a nic. No dobra, muzyczni aptekarze pewnie dopatrzyliby się pewnego zmęczenia głosu w ostatnim bisie. Ale po dwóch godzinach takiego koncertu każdy byłby wycieńczony.
Ponieważ był to wieczór pełen niespodzianek, kolejną z nich zafundował publiczności (a chyba także i wokaliście) Doug Wimbish. W pewnym momencie zaczął grać riff z sabbathowskiego "Iron Mana". Perkusista i gitarzysta dołączyli, a Corey stał przed mikrofonem, patrząc na kolegę z miną, którą można by określić słowami "mądre to było?". Widać jednak było jego wzruszenie, kiedy Wimbish ukląkł przed nim, a po utworze powiedział, że zagrał go właśnie z myślą o wokaliście, jako swoisty hołd.
Choć od samego początku atmosfera na widowni była niezwykle gorąca, to sama końcówka występu z takimi hitami jak "Glamour Boys", czy bisowe "Cult of Personality" rozkręciła publiczność do stanu wrzenia. Podobnie jak początek "Elvis is Dead", w którym widownia brała aktywny udział, przekrzykując się z Gloverem. W ten utwór muzycy wpletli także fragment elvisowskiego "Hound Dog", ku uciesze fanów. Na koniec jeszcze wspomniane "Cult of Personality", podziękowania, pożegnania i deklaracje wokalisty, że zespół podpisze przy stoliku w hallu "wszystko, nawet to" - tu Corey zaprezentował pokaźnych rozmiarów stanik, rzucony mu przez fankę, i zadeklarował, że jeśli ta część garderoby nie zostanie odebrana, to weźmie ją sobie na własność.
Zaskoczyła mnie niezła frekwencja. Koncert był reklamowany bardzo słabo, tymczasem większość sali koncertowej w "Stodole" wypełniona była dość szczelnie. Kolejki do baru i do stoiska z koszulkami były spore. I chyba nikt, komu udało się dotrzeć na ten koncert, nie żałował. Living Colour zagrali znakomitą, dwugodzinną sztukę, do której idealnie pasowałoby wymyślone dwadzieścia lat temu przez Jurka Owsiaka hasło "Letnia zadyma w środku zimy". A kto nie był, "bo zimno", "bo w tygodniu", "bo drogo" niech koniecznie naprawi ten błąd przy następnej okazji, bo muzycy, choć na scenie od ponad 20 lat, nadal potrafią wykrzesać z siebie tyle energii, że wiele młodych zespołów mogłoby im pozazdrościć. A jeśli dodać do tego znakomite nagłośnienie i entuzjastyczną publiczność, warszawski koncert Living Colour śmiało mogę nazwać jednym z lepszych, w jakich dane mi było uczestniczyć.
Adam "kalisz" Kaliszewski
Źródło: Musicnews.pl
Komentarze
Mega 2 koncerty (Warszawa, Kraków). Muzyka dla prawdziwych znawców i fanów mocnego rocka w ponadczasowym wydaniu kultowej grupy LC. Mało który zespół z ponad 20 letnim stażem artystycznym identyfikuje się i łapie świetny kontakt z publicznością jak w.w. Wrażenia uczestników na długo z pewnością pozostaną w pamięci. Tak dobrego koncertu (Kraków) dawno nie oglądałem, choć bywam na wielu z mega gwiazdami... Wirtuozeria gitary w wykonaniu jednego z najlepszych gitarzystów swiata w chwili obecnej, perkusista prekursor najwyższych lotów, uduchowiony ponadczasowo znakomity basista i wspaniały niespotykany mocny głos wokalisty tworzą niespotykaną mieszankę energii pozytywnie nastrajajacej mocno zróżnicowane pokolenie. Od takich profesjonalistów w tej branzy powinni czerpać inni..., ale takich zespołów już niestety mało. Pozdrowienia dla fanów LC.
~ Raf
- METAL HAMMER FESTIVAL - relacja z festiwalu w Katowicach, 27.08.2010
- CANNIBAL CORPSE, SUFFOCATION - relacja z koncertu w Dublinie, 21-22.08.2010
- COKE LIVE MUSIC FESTIVAL - relacja z festiwalu w Krakowie, 22.08.2010
- COKE LIVE MUSIC FESTIVAL - relacja z festiwalu w Krakowie, 21.08.2010
- XV BRUTAL ASSAULT FESTIVAL - relacja z festiwalu w Josefovie, 12-14.08.2010
- SCORN: wywiad z Mickiem Harrisem
- ŚWIEŻA KREW: The Jordy Warsaws
- CONVERGE, KYLESA, GAZA, KVELERTAK - relacja z koncertu w Krakowie, 08.08.2010
- OFF FESTIVAL 2010 - relacja z festiwalu w Katowicach, 08.08.2010
- OFF FESTIVAL 2010 - relacja z festiwalu w Katowicach, 07.08.2010














IQ
Outside The Box
Inlakesh
Wbrew wszystkiemu
White Crosses
Homeland
Scream
Hawk
The Truth
ACID DRINKERS - Warszawa, 31.0...
METAL HAMMER FESTIVAL - Katowi...
GOJIRA - Warszawa, 25.08.2010
THE CULT - Warszawa, 12.08.201...
PINK MARTINI - Warszawa, 20.07...
SKINNY PUPPY - Warszawa, 18.08...