musicnews musicnews

OFF FESTIVAL 2010 - relacja z festiwalu w Katowicach, 07.08.2010

Data: 2010-08-08
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Trzeci dzień OFF Festivalu 2010 upłynął pod znakiem kapryśnej pogody, kłopotów logistycznych i różnorodności. Zagrali zarówno weterani, jak i młodzież. Wynik? Remis, że wskazaniem na starą gwardię.

 

Tę niewielką przewagę zapewnili Amerykanie z Dinosaur Jr., którzy mimo braku części sprzętu ("fuck Lufthansa!") roznieśli główną scenę w drobny mak. Przepuszczone przez kilka rzędów wzmacniaczy Marshalla gęste rockowe riffy J Mascisa przy wsparciu doskonałej sekcji rytmicznej w osobach basisty Lou Barlowa i perkusisty Murpha doprowadziły do małego trzęsienia ziemi w Dolinie Trzech Stawów. Doceniła to publiczność, która zgotowała muzykom przyjęcie godne jednego z najważniejszych zespołów amerykańskiego rocka niezależnego. Jednak przy całej potędze gitarowego arsenału i finezji w krzesaniu ognistych riffów i wybuchowych solówek, za które niejeden muzyk oddałby duszę, nie był to występ bez wad. Pomijając trwające zdecydowanie zbyt długo strojenie instrumentów między utworami (to można jeszcze zrzucić na karb wspomnianych wcześniej problemów ze sprzętem), zawiódł Mascis-wokalista, który zamiast śpiewać nucił z zaangażowaniem godnym pracownika urzędu pocztowego. Zupełnie jakby nie wiedział, że to co sprawdza się w domowych pieleszach, niekoniecznie musi przed kilkoma tysiącami fanów.

 

Dinosaur Jr.

 

Występ Dinosaur Jr. na głównej scenie poprzedzili weterani polskiego rocka, czyli Hey. Ci, którzy oczekiwali po nich powtórki z rozrywki w stylu inżyniera Mamonia, musieli stawić czoła innemu zespołowi. Dojrzalszemu, grającemu bardziej wysmakowaną i wymagającą muzykę, w niczym nie przypominającą licealno-studenckiego rocka, jaki wypełnił pierwsze płyty grupy. A wszystko to za sprawą doskonałej płyty "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!", która niemal w całości wypełniła sobotnią setlistę. I dobrze, bo naszpikowane elektroniką kompozycje zdecydowanie lepiej pasowały do off-festivalowej estetyki niż gitarowe granie, jakie mieliśmy okazję usłyszeć podczas występu Hey przed dwoma laty w Mysłowicach.

 

Hey

 

W przypadku Apteki zaskoczeń nie było, bo trójmiejska formacja – zgodnie z planem - zaprezentowała w całości kultową "Mendę". Z nonszalanckim luzem i ironicznym uśmiechem na twarzy Kodym olał konferansjerkę i próby przymilania się do publiki. Raz, że to nie w jego stylu, a dwa, że zarejestrowane 15 lat temu piosenki w ogóle nie straciły swojego charakteru.

 

Apteka

 

Publiczność dopieściło za to Incredible Combo pod wodzą Mitch And Mitch, które z punkrockowym zacięciem i zappowską wyobraźnią przeprowadziło dekonstrukcję tego, co świat poznał kilka dekad temu pod nazwą exotica. Pod tym terminem kryje się muzyka do kotleta, która w wykonaniu Mitchów mogłaby się spodobać nawet najbardziej wybrednym fanom jazzu. I wierzcie mi: przy takich dźwiękach schabowy w dworcowej restauracji smakowałby lepiej niż niejedno danie w najdroższej knajpie w Paryżu.

 

Uderzając w poważniejszy ton, ale jednak z mniejszym potencjałem wyobraźni, na głównej scenie zaprezentowały się Pustki i Muchy. Formacje co prawda gościły już na imprezie Artura Rojka, ale dla Much tegoroczny występ był zdecydowanie trudniejszy od debiutu. Podobnie jak gwiazda wieczoru, poznańscy muzycy musieli stawić czoła problemom logistycznym, które niejednego mogłyby wybić z rytmu. Doszukiwanie się w tym miejscu analogii do tytułu drugiej płyty zespołu to jednak cios poniżej pasa, więc zostawmy takie zabiegi innym.

 

Muchy

 

Mógł się za to podobać piosenkowy Tunng, którego członkowie zaczynali od pisania muzyki do filmów dla dorosłych, ale erotyki w sobotni wieczór było jak na lekarstwo. Ze sceny popłynęły lekkie i przyjemne folkowe kawałki, miejscami doprawione delikatną elektroniką. Doskonale pasujące do niedzielnego wylegiwania się na łące, ale przy padającym deszczu trochę zbyt monotonne.

 

Tunng

 

Nie zachwycił występujący na głównej scenie Archie Bronson Outfit, próbujący łączyć psychodelicznego rocka z taneczną energią, co w warunkach studyjnych daje ciekawy efekt, ale w konfrontacji z festiwalowymi warunkami traci charakter i staje się niezbyt wysublimowaną wariacją na temat Flaming Lips. Wrażenie sztuczności potęgowały też afrykańskie stroje muzyków, jak się okazało zakupione w Amsterdamie.

 

 Archie Bronson Outfit

 

Honor młodej gwardii uratował duński Mew ozdabiając swoją indierockową wersję prog rocka efektownym spektaklem z tancerzem, wizualizacjami i stroboskopami w rolach głównych. Bez pretensjonalnych popisów solowych, za to z bombastycznymi refrenami i doskonałym brzmieniem.

 

Mew

 

Tekst: Maciek Stankiewicz
Zdjęcia: Mikołaj Kuchowicz


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Off Festival, Artur Rojek, Mysłowice, Christian Fennesz, William Basinski, Chopin, Matmos, Lenny Valentino, The Fall, Antipop Consortium, Efterklang, Something Like Elvis, Flaming Lips, Dinosaur Jr.

Dodaj komentarz

Komentarze

Bipolar Beaaars!

(2010-08-15 | 23:08)

~ misiakowy

moje wrażenia z dwu wspomnianych koncertów są odwrotnie proporcjonalne: Mew grali jak idole emo-pokolenia (czytaj: nudno), za to Archie z klasą przemieszczali się po rozmaitych smakowitych kąskach muzycznych gatunków. pycha!

(2010-08-10 | 09:31)

~ Mew vs Archie

musicnews MusicNews