OFF FESTIVAL 2010 - relacja z festiwalu w Katowicach, 08.08.2010

Zakończyła się piąta edycja OFF Festivalu, imprezy, która przyciąga nie tylko największe gwiazdy światowej alternatwy, ale również pomaga w odkryciu mniej znanych i niszowych artystów. To wszystko dowodzi, że pomimo line-upu odbiegającego od gustu mainstreamowgo słuchcza, w Polsce istnieje spore zapotrzebowanie na taką muzykę. Według informacji podanych przez organizatora, w Dolinie Trzech Stawów przez trzy dni bawiło się 11 tysięcy ludzi. Mały jubileusz, podobnie jak nowa lokalizacja, skłaniają do podsumowań.
Gdyby ktoś pięć lat temu podczas pierwszej edycji festiwalu powiedział, że 8 sierpnia 2010 roku imprezę zamykać będzie jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych zespołów szeroko rozumianej sceny alternatywnej, The Flaming Lips, to chyba nawet sami organizatorzy puknęli by się w głowę, a zebrani na Targach Wolonariatu ludzie przyjęliby to za niezły dowcip. Czas pokazał, że przez pięć lat zbudować można nie tylko markę, ale i zdobyć przychylność władz i sponsorów oraz rzesze wiernych fanów, którzy razem tworzą społeczność OFF Festivalu.
Czwarty i ostatni dzień imprezy to przede wszystkim wielka różnorodność: od punk rocka i freak folku aż po shoegaze i hip-hop - nawet najbardziej wybredni mieli w czym wybierać. Pogoda tego dnia dopisała, nie płatając filgli. Nad festiwalowym terenem do późnego wieczora gościło słońce.

Lao Che
Pierwszą gwiazdą Sceny Leśnej był zdecydowanie zespół Lao Che. Dało się zauważyć, siódemka płockich muzyków bardzo dobrze czuła się występując po raz kolejny na OFF-ie, a publiczność za przesyłaną ze sceny energię odwzajemniała się po stokroć. Koncert został w większości wypełniony nagraniami z ich ostatniej płyty "Prąd stały/Prąd zmienny" i setki gardeł razem ze Spiętym śpiewały, że "życie jest jak tramwaj", i że "trudno z magistrem pomówić otwarcie". Na chwilę pojawiło się również "Powstanie Warszawkie" i oczywiście album "Gospel". Lao Che to zespół wybitnie koncertowy, zawsze dający z siebie wszystko i nie inaczej było w niedzielę.

Tallest Man on Earth
Na Scenie Eksperymentalnej wystąpił pochodzący ze Szwecji artysta ukrywający się pod pseudonimem Tallest Man on Earth. Pod skromną posturą pasującą raczej do wokalisty zespołu indierockowego kryje się wielki talent muzyczny o głosie młodego Boba Dylana (z tą różnicą, że... potrafi lepiej śpiewać). Oscylując pomiędzy americaną, folkiem i akustycznym rockiem, Szwedowi udało się przenieść intymność tej muzyki na grunt festiwalowy, gdzie szczelnie zapełnił nie tylko namiot, ale i cały teren wokół. Skąd wzięła się w Polsce popularność tego filigranowego człowieczka w naszym kraju?

O.S.T.R.
Występ O.S.T.R. zgromadził dużą skromniejszą publikę niż wcześniej wspomniany The Tallest Man on Earth. Łódzki raper razem z ŁDZ Orkiestrą zaprezentowali swój standardowy zestaw utworów, zapominając chyba o tym dla jakiej publiczności grał. Jak zwykle koncert przerodził się w moralizatorską odezwę do narodu. Najsympatyczniejszym momentem występu okazał się moment kiedy Ostry odłożył mikrofon i zasiadł za klawiszami. Razem z zespołem, który zresztą jest najmocniejszym punktem wszystkich koncertów łodzianina, zaserwował kilkuminutową improwizację.

Dum Dum Girls
Kilka chwil później na Scenie Trójki pojawiły się cztery wyzywająco odziane dziewczęta. W moim odczuciu sceniczny image Dum Dum Girls miał przyćmić niezbyt skomplikowaną i niekoniecznie porywającą warstwę muzyczną tego występu. Cel został osiągnięty bez większego trudu. Pomimo sztampowych kompozycji wypełniony po brzegi namiot dość sprawnie się rozkołysał.

Damon
Bardzo lirycznie i delikatnie swój koncert rozpoczął duet Damon & Naomi. Zaśpiewany na dwa głosy utwór Tima Buckleya "Song to the Siren" wprowadził zebranych w namiocie słuchaczy w nastrój beztroskiej chwili zapomnienia i utrzymywał ich w takim stanie do samego końca. Damon wydawał się być szczerze poruszony faktem swojej pierwszej wizyty w Polsce. A wypada nadmienić, że muzyk ma polskie korzenie.
Garage-rockowe trio No Age zagościło na Scenie Leśnej, choć tak naprawdę hałas generowany przez zespół bardziej pasowałby do którejś z scen namiotowych. Otwarta przestrzeń i dość duża odległość dzieląca zespół od publiki momentami działała na niekorzyść muzyków, a sam występ pozbawiała dynamiki obecnej podczas ich klubowych koncertów. Nie oznacza to jednak, że Amerykanie dali ciała. Zaprezentowali bardzo dobre widowisko dla tych, którym nieobce są brzmienia Health czy The Black Keys.
Tymczasem na Scenie Głównej swój koncert rozpoczął Shearwater grający ambitnego, eklektycznego rocka i z wokalistą przywodzącym momentami na myśl Davida Bowiego. Wrażenie robiła rotacja muzyków, którzy co chwilę wymieniali się instrumentami.

Casio Kids
Norwegowie z CasioKids zaprezentowali ciekawe podejście do muzyki elektronicznej. Ich twórczość, obfitująca we wszelkie rodzaje przeszkadzajek, bez najmniejszych problemów porwała publikę do zabawy. Eksperymentalnej muzyce generowanej z syntezatorów i zabawkowych instrumentów (kłania się nazwa zespołu), towarzyszył dość kontrowersyjny, zniewieściały głos wokalisty.

The Raveonettes

The Raveonettes
Duńska formacja The Ravonettes z pewnością była jedną z najbardziej oczekiwanych gwiazd tego wieczoru. Zważywszy na to, że koncerty grupy w Polsce odwoływano już dwukrotnie, a zespół działa już parę dobrych lat, niedzielny repertuar musiał być przekrojowy. Niestety, zespół nie potrafił utrzymać dynamiki koncertu i zaraz po bardzo energicznych, momentami nawet noise'owych fragmentach, zamiast jeszcze bardziej rozruszać publiczność, Duńczycy po prostu ją usypiali. Nie pomógł nawet zagrany pod koniec największy przebój "Love in a Trashcan".

Kryzys
Podobnie jak poprzedniego dnia, wśród młodych zespołów znalazło się miejsce dla prawdziwej legendy polskiej sceny rockowej, czyli zespołu Kryzys. Kryzys Kryzysu się jednak nie ima i muzycy nie szczędzili energii na energetycznego kopniaka w świetnym stylu. Koncert opierał się na niewybrednych żartach duetu Magura-Bryl i zgodnie z przewidywaniami nie zabrakło największych szlagierów, przy których publiczność zdzierała gardła razem z zespołem.

The Flaming Lips

The Flaming Lips
Cytując wypowiedź z jednego z internetowych forów: "8 sierpnia 2010 Polska oficjalnie przestała być koncertowym zaściankiem Europy, ponieważ zorganizowanie takiego widowiska jakim jest koncert grupy The Flaming Lips to nie lada wyzwanie dla Organizatorów". NIesamowite wejście zespołu. tony konfetti, setki balonów i wokalista w przeźroczystej, dmuchanej kuli niesiony na rękach publicznści to tylko pierwsze dziesięć minut z niemal półtoragodzinnego koncertu Amerykanów. Miotając się pomiędzy rock-operą, kabaratem i wielopoziomowymi improwizacjjami, zespół przekraczał wszelkie granice śmiejąc się w twarz tym, którzy muzykę rockową biorą zbyt poważnie. Lider grupy, Wayne Coney, odpowiadał za większość niespodzianek, jakie mieli okazję doświadczyć zebrani w Dolinie Trzech Stawów fani. Z łatwością porwał niemal 10-tysięczną publiczność, a dbałość o każdy detal występu robiła ogromne wrażenie. Abstrahując od muzycznej części, na której momentami z oczywistych względów trudno było się skupić, prawdopodobnie żaden zespół, z tych które dane mi było zobaczyć w ostatnich latach nie miał takiego wejścia. To "Show" przez duże "S", na które pozwolić sobie mogła tylko ta formacja. Miejmy nadzieję, że na nastęny koncert The Flaming Lips nie przyjdzie nam czekać równie długo. Jak widać nie trzeba pokazywać biustu żeby przyciągnąć uwagę publiczności. Wystarczą balony i świetna muzyka.

The Flaming Lips

The Flaming Lips
Podsumowując tę jubileuszową (podwójną - dziesiąte urodziny mBanku, głównego sponsora festiwalu i piąte OFF Festiwalu), do muzycznej części nie można mieć zarzutów - OFF to sceniczne legendy, nowe odkrycia i pozytywne zaskoczenia. Bardzo rzadko rozczarowania. Trudno wymienić jednego artystę, który zdeklasowałby konkurencję, bo ciężkio postawić obok siebie przepych i wystawność finałowego koncertu grupy The Flaming Lips oraz surowość gitary i skromne zaplecze szwedzkiego Dylana, czyli The Tallest Man on Earth. Bardzo dobrze dla przyszłosci festiwalu rokuje to jak elastyczny jest jego line-up, który z każdą kolejną edycją otwiera się na nowe gatunki.
Tekst: Mikołaj Kuchowicz, Karolina Łukasiewicz, Joanna "Frota" Kurkowska
Zdjęcia: Mikołaj Kuchowicz
Źródło: MusicNews.pl
Tagi:
Off Festival, Artur Rojek, Mysłowice, Christian Fennesz, William Basinski, Chopin, Matmos, Lenny Valentino, The Fall, Antipop Consortium, Efterklang, Something Like Elvis, Flaming Lips, Dinosaur Jr.
Komentarze
Lips to rutyniarze, grali przeciętnie ale zadbali o efekty... mówili do nas "motherfuckers", może i pieszczotliwie, ale skutecznie mnie zniechęcili taka nonszalancją. Pink Freud, Baaba, Nivea, Anti - Pop: warto było
~ noniewiem
zgadzam sie z waj-em, Bipolar zachwyciło. zespoły na festiwalach dzielą się na te, na które się idzie z ciekawości i na te "pewniaki". Pewniaki lubią zawodzić a BIPOLAR z tych "niewiadomych" chyba wypadł najlepiej, zresztą - dlaczego nikt nie odnotował faktu, że przez cały czas na ich koncercie na scenie siedział wokalista The Flaming Lips??!!! wyglądał na zadowolonego :>
~ misiakowy
Festiwal całkiem niezły, dużo kapel, było w czym wybierać. Jak dla mnie Flaming Lips z wokalistą narcyzem, zachęcającym co chwilę do oklaskiwania swoich pomysłów to nic godnego uwielbienia. Oczywiście zorganizowanie takich fajerwerków itd. to trudna sprawa ale na festiwalu offowym to raczej muzyka powinna być na czele a nie konfetti. Za to kapela występująca zaraz po "flamingach" czyli Shining zabiła mnie muzyką i wspaniałym połączeniem death metalu z free jazzem (mieszanka naprawdę wybuchowa). Wspaniałe były też koncerty The Raveonettes, Pink Freud, These Are Powers, Prawatt.
~ Zorn
Dzień był fantastyczny, biegałem od sceny do sceny i borykałem się z trudnymi wyborami, więc rozumiem zdawkowość Waszej relacji. Z drugiej strony, łatwo pisać o gwiazdach, trudniej o mniej znanych, nowych, ale ciekawych przecież wykonawcach. Flaming Lips - wrażenia niezapomniane, ale nie muzyką wywołane. Przeżywałem szalone, dziecięce zachwyty na widok kolorowych papierków zawisających w światłach reflektorów, mrowia baloników i balonów, pulsujących z ekranu kolorów. Muzyka? Była dopełnieniem widowiska i musiała być taka, jaka była: prosta, melodyjna, patetyczna - żeby nie przeszkadzała w odbiorze widowiska. Perfekcja w robieniu wrażenia i operowaniu iluzją dla odwrócenia uwagi od tego, co na festiwalu muzyki najważniejsze. Ale wdzięczny im jestem za ten powrót mój do naiwnego dzieciństwa. Szkoda jednak, że nie relacjonujecie innych, muzycznych atrakcji "niegwiazdorskich". Dla mnie fantastyczny Tune Yards z niezwykłą zabawą wokalem - odkrywcze! Shining - choć uszy bolały, Kucz Kulka - z powodu których mam poczucie winy, bo zaniedbałem ich dla FL (jak oni wytrwali w tej nierównej i niesprawiedliwie zestawionej konkurencji?). No i BiPolar Bears rozpoczynający na Leśnej przed pustym audytorium, które szybko zaczęło się wypełniać słuchaczami nadbiegającymi po pierwszych, soczystych falach dźwięku z tej estrady. Pewnie, że pierwszą gwiazdą na Leśnej było Lao Che. Żaden to news. Ale Lao Che, to już gwiazdorska rutyna, rzemieślnicy (bez obrazy, bo z uznaniem to piszę), którzy wiedzą, czego ludzie chcą na ich koncercie usłyszeć. Dla mnie news i odkrycie pełne muzycznych uniesień, to tacy pominięci, jak BiPolar Bears i Tune Yards wlaśnie. Z Waszej relacji Shearwater jeszcze - twórczy, poszukujący, budujący muzyczne mosty między stylami, a zatem alternatywny właśnie.
~ waj
No bez przesady z tym zaściankiem, działy się już w tym kraju znacznie większe produkcyjnie rzeczy niż The Flaming Lips. Co nie zmienia faktu, że dali świetny koncert, choć liczę, że jeszcze wrócą z lepszą setlistą. A cały fest mieszał zarąbiste koncerty z przeciętnymi, ale przewaga po stronie tych pierwszych, więc trza wpaść za rok :) Tylko błagam, niech poprawią organizację, bo w tym to jednak za wiele rzeczy było do kitu...
~ liberia
Było fantastycznie ... ! Zespół The Flaming Lips to było coś a wokalista zespołu to człowiek o niesamowitej charyzmie :) Oczywiscie autograf musiał byc moj i jak przypuszczałam podpis byl nie banalny :D !!! Pozdrawiam wszystkich z festivalu :)
~ Sandra
- ELECTRIC WIZARD, THE SECRET - relacja z drugiego dnia wrocławskiego festiwalu Asymmetry
- CRIPPLED BLACK PHOENIX - wywiad
- NO AGE, DIE! DIE! DIE! - relacja z koncertu w Krakowie, 16.04.2011
- MZ.412, SKULLFLOWER - relacja z koncertu w Londynie, 05.03.2011
- RAFAŁ IWAŃSKI (HATI, X-NAVI:ET) - wywiad
- JACEK LACHOWICZ o 'Wersji 2011'
- I BLAME COCO - relacja z koncertu w Warszawie, 20.03.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Krakowie, 27.02.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Warszawie, 22.02.2011
- ACCEPT - relacja z koncertu we Wrocławiu, 06.02.2011















Favourite State of Mind
Spiritus Movens
Agharthi Live 10-09
S1
Hard Working Classes
Blood Pressures
02
Hillbilly Joker
Jason... The Dragon
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
CoCArt 2011 - Toruń, 25-26.03...
MZ.412, SKULLFLOWER, IRON FIST...
COLISEUM - Kraków, 28.03.2011