musicnews musicnews

PORCUPINE TREE - relacja z koncertu w Łodzi, 17.07.2010

Data: 2010-07-20
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Mimo że to drugi koncert Porcupine Tree, jaki mogłem obejrzeć i wysłuchać, traktuję go jak pierwszy. Wiele lat temu widziałem ten zespół wystujący jako support przed Dream Theater, które promowało swój, chyba najlepszy, album "Metropolis Pt.2 Scenes From The Memory". Niestety, równie dobrze wtedy mógł nie zagrać nikt. Doprawdy, nie miało znaczenia czy był jakiś suport czy nie. Od tej pory Porcupine rosło w siłę i popularność, ale nasze koncertowe drogi się nie mogły skrzyżować. Płyty – owszem, koncerty - nie miałem przyjemności. Dlatego bardzo ucieszyłem się na występ w łódzkiej Wytwórni. Wreszcie będzie okazja skonfrontować sławę z rzeczywistością. Blisko, lokal dobry i żadnych suportów, Wilson z kolegami jako jedyny zespół. Żadnych zabiegów rozpraszających.

 

Przed koncertem Steven zgodził się na krótki wywiad, który przemienił się w blisko godzinną bardzo przyjazną konwersację. Bardzo ciekawy i co ważne - normalny człowiek. Ma wiele dystansu do siebie i swojej muzyki, żaden gwiazdor – pod koniec rozmowy rozprawialiśmy sobie o podejściu do muzyki, życiu i całej reszcie – a rozmawialiśmy o muzyce Prince'a, Bon Jovi, Madonnie i książkach James Joyce’a.

 

Mimo, że było jeszcze kilka godzin do koncertu, na parkingu już czekali fani. Rejestracje aut świadczyły, że zjeżdżają się z całej Polski. Tak, o tym fenomenie też słyszałem. Porcupinomaniacy jeżdżą na każdy koncert zespołu, jaki odbywa się w kraju. A było ich jak do tej pory dwadzieścia i cztery. Tuż przed godziną 20, czyli planowanym startem, Wytwórnia była pełna – a fani kulturalnie czekali na początek koncertu. Pełen przekrój przez grupy wiekowe. Zawsze lubię obserwować ludzi w takich sytuacjach i zastanawiać się "co do cholery ich tu przygnało?! Co otrzymują tak wyjątkowego od tych muzyków, że chce się jechać nieraz kilkaset kilometrów, by po raz kolejny wysłuchać ulubionego kawałka wykonanego na żywo? Jakie emocje są ważniejsze od wszelkich niedogodności i kosztów?"

 

Steven Wilson zrobił jak powiedział – szacunek dla fanów przede wszystkim. Zaczęli równo o godzinie 20, skończyli, po jednym bisie ("Trains") grubo po 22. Mimo 10-minutowej przerwy (odliczonej co do sekundy) i nawiewów, z muzyków oraz publiczności lał się pot. Było duszno i gorąco – to fakt. Ale też nikt się nie oszczędzał. Setlista - Wilson twierdził, że ustalą ją dopiero w trakcie próby - była dla jednych spełnieniem marzeń, dla innych rozczarowaniem (lecz konfrontacja na żywo pozwoliła szybko o tym zapomnieć), dla mnie pewnego rodzaju odkryciem. Szybka wyliczanka tytułów wygląda tak: “Occam's Razor”, “The Blind House”, “Great Expectations”, “Kneel and Disconnect”, “Drawing the Line”, “Hatesong”, “Pure Narcotic” (poprzednie wykonanie na żywo – 2003 r.), “Russia on Ice” (pierwsza część), „Anesthetize” (część 2 – “The Pills I'm Taking"), "Dark Matter". Potem była wspomniana przerwa, a po niej druga, w moim mniemaniu, lepsza część koncertu, na którą złożyły się: "Time Flies", "Degree Zero of Liberty", "Octane Twisted”, "The Séance", "Circle of Manias", "Buying New Soul", "Way Out of Here", "Normal", "Bonnie the Cat". I wreszcie bis, wspomniane "Trains". Dobry przekrój, trafny wybór, kilka niespodzianek, zgniłych kompromisów brak. Moje "odkrycie" polegało zaś na tym, że zasłuchany, zahipnotyzować się dałem dopiero w drugiej części, z każdym kawałkiem odkrywałem metody manipulacji słuchaczem stosowane przez Wilsona. Człowiek ten, jako artysta i kompozytor, posiadł bardzo niebezpieczną wiedzę, którą w skrócie zdefiniowałbym tak: "mogę zrobić z Wami co zechcę, ale skupię się, by przedstawić Wam moją wizję relacji między ludźmi." A relacje te, według Wilsona, nie zawsze są zbyt pozytywne. Wśród tych wszystkich gorzkich nut kryje się wiele zagubienia, dramatów, tragedii, braku zdecydowania, histerii, nostalgii, melancholii, myśli samobójczych, okoliczności silniejszych od jednostki, wewnętrznego rozdarcia, wątpliwości, przygnębienia, pozornej euforii i wiele, wiele innych odcieni ludzkich zachowań. Na marginesie – sądzę, że gdyby Steven nie wybrał zawodu muzyka i nie został z tego powodu jakimś zgorzkniałym człowiekiem, może spełniłby się jako psycholog, psychiatra lub psychoterapeuta? Koncerty Porcupine Tree to nie sztuczny "keep smiling", to głębsza refleksja nad kondycją człowiekia ubrana w muzykę i relację zespół-publiczność.

 

Przekaz udanie wzmocniły dobre filmy na telebimie (animacje i aktorskie – fragmentami przerażające, a czasem bliskie jakiemuś koszmarowi), czasem zmontowane z klipów oraz wspaniałe przyjęcie publiczności. Ta ostatnia widać, że wielbi zespół, Wilsona,
nieco dołujące ją klimaty oraz hipnotyczny trans, w jaki potrafi wprawić muzyka Porcupine Tree. Nie dziwię się, że niektórzy po koncercie twierdzili, że uczestniczyli w misterium. Muzyka pieczołowicie dopracowana w studiu na koncercie, co oczywiste, zmienia formę. Inne aranże, improwizacje, czasem drobny fałsz, a czasem zmęczenie ponad perfekcjonizmem. W pełni zaangażowany, bosy lider, kontra jakby przysypiający basista. Reszta składu – skupiona na swojej roli, bądź z łatwością łapiący kontakt,  podejrzanie wyluzowany gitarzysta – John Wesley. Żadnych poważnych wpadek zespołowi nie można zarzucić – może niepotrzebne były te wygłupy pod koniec, jarmarczne sztuczki i tandetne popisy? Cyrk może lepiej zostawmy dla Davida Lee Rotha? Nie zmieniło to jednak mojej oceny ogólnej – jestem zaskoczony i pod wrażeniem. Rock nadal potrafi być ambitny. A w narodzie polskim gust i wrażliwość wcale nie zaginęły.

 

Dawid Brykalski
 


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Porcupine Tree, koncert, Wytwórnia

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews