Suzanne Vega

musicnews musicnews

PRZESTRZEŃ MUZYKI: Dianoia, Brain Connect, Tides From Nebula, Disperse, Riverside - Łódź, 17.10.2009

Data: 2009-11-21
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Brain ConnectChyba przemawia przeze mnie patriotyzm lokalny, ale coraz bardziej lubię przychodzić do łódzkiej Wytwórni. Z koncertu na koncert mam do czynienia z doskonalsza organizacją i coraz lepszymi warunkami technicznymi. Tym razem w byłej hali Łódzkiej Wytwórni Filmów Fabularnych (kręcono tu m.in. "Kingsajz") odbył się prawdziwy festiwal muzyki progresywnej i okolic, a w roli gwiazdy wystąpił zespół, który może bez żadnego wstydu mógłby reprezentować rockowa Polskę w dowolnym zakątku świata – Riverside.

Aż pięć zespołów jednego wieczoru, to znaczy dużo muzyki i spora dyscyplina dla wszystkich. I tu kolejny plus dla organizatorów – wszystko "trybiło" jak świetnie naoliwiona maszyna. Ok. 18 po zdawkowej zapowiedzi, o co w "Przestrzeni Muzyki" chodzi, na scenie pojawił się zespół o filozoficznej nazwie Dianoia. Warszawiacy zaprezentowali set złożony z dramatycznych kompozycji opartych na chwytach tak starych jak pierwsze składy Marillion i Genesis. Technicznie – poprawnie (mimo, że brakowało jednego z gitarzystów), muzycznie i koncepcyjnie – wtórne. Panowie jednak nie zdążyli zanudzić nikogo, bo czasu mieli za mało – ledwie 30 minut. Skończyli i poszli, a tymczasem zastąpiło ich jakieś (wizerunkowo) kompletnie niewyjściowe trio. Tacy studenci filozofii i literatury, którzy więcej wydają na rozrywki i książki niż przyodziewek. Nic to jednak, panowie niby się jeszcze stroili, ale to już było intro… Instrumentalne popisy – szczególnie czerwony (chyba) Gibson sobie swawolił! – młodzieńców były na bardzo wysokim poziomie. Basista czasem porzucał bas, by wzbogacić aranże klawiszami. Propozycja Brain Connect to fuzja starego, instrumentalnego rocka połączona z młodzieńcza energią i pomysłowością. Nie wiedzieć kiedy minęło ich 30 minut. Jak dla mnie mogliby porzeźbić jeszcze drugie tyle.

Kolejną krótką przerwę przeznaczyłem na zapoznanie się z ofertą "zaplecza". Jedzenie, piwko, płyty, koszulki, plakaty, gadżety… Norma. A jednak było i coś innego. Miłe panie ustawiły stoisko akcji społecznej Młodzi w Łodzi. Bardzo zacna inicjatywa, program ma przekonać do tego, by młodzież zostawała w Łodzi i tu robiła karierę, tudzież pieniądze. Bardzo mi się inicjatywa podoba, cel jest jak najbardziej słuszny. Problem leży gdzie indziej – w Łodzi ciekawych etatów jest znikoma ilość, dla reszty pozostaje kasa w supermarkecie lub taśma montażowa w fabryce AGD… Te smutne refleksje przerwała mi muzyka z sali koncertowej. Warszawska Tides From Nebula to koncertowy wymiot. Panowie zaczynają łagodnie, melancholijnie, onirycznie wręcz. Po zbudowania stosownego napięcia zaczynają szaleć – instrumentalnie i cieleśnie. Gitary wydają jakieś opętańcze dźwięki, sekcja nadaje utworowi prawie thrashowy rozpęd, muzycy miotają się w jakimś niekontrolowanym ataku ADHD. Zajadły, rockowy szturm na zmysły. I znów – 30 minut, a nie wiem kiedy minęło. Koncertowo i muzycznie Tides From Nebula okazała się dużą atrakcją. Z przyjemnością wybiorę się na ich pełnowymiarowy show.

Przy większej ilości zespołów nie może być tak, że poziom jest cały czas równie wysoki. Przed samą gwiazdą wystąpił zespół Disperse. Chłopcy – średnia wieku poniżej 20 lat – jeżdżą z Riverside na całej trasie. I bardzo się temu wyborowi dziwię. Od pierwszych nut słyszałem, że Disperse zbyt dużo nasłuchało się Dream Theater. Brzmienie, koncepcja, kompozycje – wszystko jak słaba kalka Nowojorczyków. I cóż z tego, że oni (Disperse) są tak młodzi? Jak dla mnie w żaden sposób ich to nie tłumaczy. Koledzy z Brain Connect są niewiele starsi, jednak starają się być oryginalni. Bardziej doceniłbym próbę zrobienia muzyki po swojemu, nawet obarczoną błędami, niż takie odtwórczy – udający własny – set. Disperse był dla mnie najgorszym rozgrzewaczem. Na nic entuzjazm, na nic umiejętności techniczne, gdy jako słuchacz muszę ścierpieć kopię czegoś, co znam zbyt dobrze w oryginale.

Wreszcie sama gwiazda. I, nie wiem jak inni, ale ja miałem od początku wrażenie, że występuje w Wytwórni nie jakaś gwiazda z polskiego zaścianka ale prawdziwa gwiazda światowego formatu. Doskonałe nagłośnienie, żadnych kiksów, sprzężeń itp. świetne światła oraz kapitalna praca człowieka odpowiedzialnego za ich obsługę. Dobór utworów – z wyjątkiem jednego kawałka – wyborny. Forma zespołu – mimo, że to prawie koniec trasy (przedostatni koncert), trudno lepszą. Przycięcie publiczności – oczarowanie pomieszane z nieskrywanym uwielbieniem. A przecież to wcale nie łatwa muzyka w odbiorze. Rok temu Riverside nagrywał w Wytwórni swoje koncertowe DVD, równie dobrze mógłby zrobić to teraz. Koncert tak udany, że nie wiadomo kiedy się skończył! Zespół schodzi ze sceny, a ja nie mogłem się otrząsnąć z wrażenia, że dopiero zaczęli. Szczególnie trzy ("Egoist Hedonist", "Left Out" i "Hybrid Times") ostatnie kawałki z podstawowego setu były prezentacją wartości zespołu i koncertowej atrakcyjności. Potem pierwszy bis – niefortunnie rozpoczęty zbyt błahą kompozycją, piosenką wręcz. Potem drugi bis – i kiedy wydawało się, że będzie i trzeci, muzycy jednak ostatecznie zeszli ze sceny. Szkoda, naprawdę szkoda. Na takim poziomie mogliby grać jeszcze 2-3 godziny, a i tak nie byłoby nudno.

Pisząc banalnie – reasumując: świetny wieczór, doskonały występ gwiazdy głównej. Wszystko za (cena biletu - 30 pln) kwotę mniejszą niż wydaje się na wieczór w pubie. I najważniejsze, wreszcie w Łodzi klub, do którego chce mi się chodzić, i do którego zjeżdżają coraz lepsi wykonawcy. Jak dla mnie bomba.

Tekst: Dawid Brykalski
Zdjęcia: Tomasz Przybył
















Źródło: MusicNews.pl

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews