musicnews musicnews

RAY WILSON - relacja z koncertu w Łodzi - 06.02.2010

Data: 2010-02-09
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Ray Wilson (fot. Marcin Nowak)

Przyłapuję się na tym, że coraz bardziej przywiązuję się do komfortu, jaki oferuje łódzka Wytwórnia. Rozstawna – w zależności od koncertu – sala, dobra akustyka, solidne zaplecze, ciekawa oferta koncertów i, co najważniejsze, Wytwórnia jest w Łodzi, blisko centrum. By obejrzeć znanych i lubianych wykonawców nie muszę jechać do innego miasta. Jeśli mam kaprys, w pełni jednak kontrolowany, to mogę się przejść spacerkiem i jestem na miejscu.

 

Mimo, że zadomowił się w Polsce chyba już na dobre, nigdy nie miałem okazji posłuchać Raya Wilsona, byłego wokalisty Genesis, na żywo. Skoro więc zawitał do Łodzi w ramach promocji projektu Genesis Klassik nie mogłem przepuścić takiej okazji. Do Wytwórni stawił się komplet widzów. Co zaskakujące, przeważały osoby w wieku około emerytalnym, młodzież była w wyraźnym regresie. Być może ci starsi fani całe życie czekali występ Genesis, a do Chorzowa, czy jeszcze dawniej do Katowic, się z różnych względów nie wybrali?

 

Bez zbędnej zwłoki – jedynie po żenującej zapowiedzi pewnego pana z Radia Łódź, który wygłaszał iście talmudyczne mądrości i aż dwukrotnie życzył zgromadzonym "dobrego odbioru" – na scenie zainstalował się Ray z zespołem. Obok rockowego składu: perkusja, dwie gitary, klawisze, akustyczny bas i Ray – śpiew, gitara, tamburyn i harmonijka – pojawił się kwartet smyczkowy. Właśnie co do tej "orkiestry" miałem obawy, lecz kiedy zobaczyłem, że to żadna pełnowymiarowa orkiestra odetchnąłem z ulgą.

 

Zaczęli dobrze, a potem było jeszcze lepiej. Trzy pierwsze kawałki to wielkie przeboje Genesis z okresu, gdy wokalistą był Collins Phil: "No Son Of Mine", "Land Of Confusion", "That’s All". Smyczki sprawdziły się przy "Land Of…", grając w kontrze do zespołu nadały temu przebojowi dodatkowej werwy i nerwu. Oczywiście cała sala robiła gromkie "oooooo!" tam gdzie trzeba i całkiem spontanicznie klaskała w rytm. Ray oddał hołd Philowi. Chwila wyciszenia i refleksji przyszła przy "Not About Us" oraz "Carpet Crawlers". Całości przedsięwzięcia ton nadaje zespół rockowy, a smyczki czasem udanie, czasem mniej wzbogacają aranż. Do ucha szczególnie wpadł mi przyjemnie tłusto brzmiący akustyczny bas. Wilson, jak zwykle zapowiada i opowiada… Oto już kolejny kawałek – "Another Cup Of Coffee"! Gdyż jak się okazuje występ to nie tylko "The Best Of Genesis”, ale również małe skoki w bok – zadowolony z przyjęcia Ray odhacza solowe dokonania kolegów… I sięga znów po megahit Phila. Oj, rzewnie się robi przy "Another Day In Paradise"… Tylko zapalniczek brak, ale epoka już nie ta. Parę łez i wzruszone oblicza jednak dostrzegłem. Ray choć stroi się w rockowe piórka, w głębi ducha jest chyba nieuleczalnym romantykiem oraz idealistą, a może i nawet ma skłonności do melancholii? Przed Collinsem w Genesis śpiewał jednak Peter Gabriel, a ten w swojej karierze miał tyle wspaniałych przebojów… Ray jednak zdecydował się na "Solsbury Hill" i wykonał go tak żywiołowo, że poderwał wszystkich. To było naprawdę dobre.

 

Na tym zakończyła się pierwsza część koncertu, a ja wspólnie z kolegą fotografem brzydkim słowem skomentowaliśmy pomysł dzielenia koncertu niczym mecz piłki nożnej oraz ponowne wpuszczanie na scenę gadającej głowy z Radia być może Łódź. Pan ten swoimi przemowami zbyt mi przypomina pewnego kultowego w pewnych kręgach radiowego prezentera związanego z niemniej kultową rozgłośnią wuwuwuradiooffkropapeel. Żenua, mega, global, total.

 

Pierwsza część składająca się z samych hitów, zmyślnie ułożona i przemyślana pozostawiła miły niedosyt. Pan sobie poszedł, publiczność wróciła, Ray również i znów sięgnęli po Genesis – "Follow You, Follow Me". Aranż bardzo zbliżony do "Solsbury…". A mnie się wydało, że jakby energia w zespole opadła. Następnie szybko po solowej karierze Wilsona – również przez wyjątkowo udaną ostatnią jak dotychczas płytę - "Propaganda Man" i znów Gabriel. Przez trzy utwory mogliśmy wysłuchać wokalisty w formule, w której sprawdza się bardzo udanie. Akustyczne, kameralne występy to znak firmowy Raya. Ale miało być o Gabrielu! Zespół – bez berlińskiego ansamblu - wykonał więc "Biko" (od dawna w repertuarze Raya), a zgromadzeni emeryci dzielnie wtórowali, choć nie dając się porwać emocjom stwierdzam, że Gabriel uczynił z tego utworu swój hymn i nie sposób go już wykonać lepiej. Gdy na scenie został tylko Ray oraz wiolonczelista, panowie wykonali "Shipwrecked". Pewnie miało być wzruszająco, ale zrobiło się zbyt rzewnie. Tak, to musiała być miłość… Potem rozbudowany, stosownie długi, prawdziwy "klasyk" z repertuaru Genesis – "Lamb Lies Down On Brodway". I po tej ambitniejszej części znów powrót do przebojów. Nikt nie usiedział przy "Jesus He Knows Me", wszyscy choćby pod nosem nucili "Turn It On Again". A przebiegły Ray na tym zakończył, podziękował, się ukłonił i zszedł ze sceny.

 

O bis nie dał się długo prosić. To nic, że mało kto umie dobrze tańczyć, przy "I Can’t Dance" każdy może dać upust swemu temperamentowi, bo tytuł mówi wszystko. Potem jeszcze jeden kawałek i ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu Ray sięga po prawdziwą petardę. "Inside" to jego pierwszy wielki hit, nagrany 150 lat temu jeszcze z zespołem Stilskin i jeśli mnie pamięć nie myli, piosenka ta była wykorzystana przez koncern odzieżowy na potrzeby wszetecznej reklamy. Ale tu w Wytwórni naprawdę dali niezłego ognia, momentami zalatywało (wyjątkowo trafne słowo) Nirvaną i "Smells Like Teen Spirit". To było naprawdę dobre, choć pewnie przytłaczające doświadczenie dla podtatusiałych fanów Genesis. Myślę sobie nawet, że część z nich myśli – co ten skurczybyk zagrał na koniec? Cover jakiejś Metalliki?!

 

Ray tymczasem zainstalował się przy stoisku z płytami i koszulkami. Każdy, kto miał ochotę mógł zamienić parę słów z muzykiem, pogratulować udanego występu oraz poprosić o autograf na płycie lub dowolnie wybranej części garderoby. Mimo, że ma takie postępowanie muzyków wymiar merkantylny chwalę go i chwalić będę, ponieważ uważam, że muzyk jest dla fanów. Więc lepiej dla niego, by łączyły ich jak najlepsze relacje oraz wspomnienia.

 

Podsumowując, czyli kończąc. Ray Wilson ma niezły głos, rockowo chrapliwy, dobrze panuje nad ekspresją. Ray ma niezłe pomysły i potrafi je muzycznie ogarnąć tudzież opracować i wcielić w życie na scenie. Wilson jest niezłym naśladowcą, ale nie epigonem. Znanym kawałkom nadaje swoje osobiste, frapujące piętno. Do Łodzi zawitał z koncertem o różnym zabarwieniu. Było rockowo, progresywnie, przebojowo, recitalowo i momentami dancingowo. Muzyczne uproszczenia – improwizacje czy partie solowe okrojone do minimum - można wybaczyć dzięki bogatym i pomysłowym aranżacjom.

 

Najlepsze piosenki, najbardziej melodyjne acz niebanalne przeboje o życiu, miłości i całej reszcie pisał jednak Phil Collins.

 

Tekst: Dawid Brykalski
Zdjęcia: Marcin Nowak

 


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Ray Wilson, Genesis Klassik

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews