musicnews musicnews

RICHIE KOTZEN - relacja z koncertu w Warszawie - 24.11.2009

Data: 2009-11-29
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Nie przypominam sobie, bym uczestniczył w koncercie, gdzie publiczność tak gorąco przyjmuje gwiazdę wieczoru, że ten wraca na scenę, by bisować… Pięć razy! A tak właśnie było podczas warszawskiego występu Richiego Kotzena w Progresji. Zanim jednak doszło do tych "ekscesów", trzeba było ścierpieć support. Od dawna mam alergię na suporty - jeden na sto sprawdza się w swojej roli - oraz na wypisywanie przed polskimi zespołami i wykonawcami różnorakich przymiotników tudzież dętych pochwał. Najczęściej jest tak, że dział marketingu ma tylko jeden pomysł na promocję - chwalimy pod niebiosa. Kiedy przeczytałem, że przed Kotzenem wystąpi genialny gitarzysta z Krakowa, byłem już prawie pewien, że będzie wiele powodów do ziewania.

Nie zawiodłem się. Support act w żadnym utworze nie był genialny, fenomenalny, porywający czy choćby odkrywczy. Przeciwnie - był sztywny, pozbawiony polotu, konferansjerka przypominała zapowiedzi wodzireja podczas wesela w remizie, o wizerunku scenicznym lepiej nie wspominać… Nie wychodzi się na scenę w stroju, w którym moi sąsiedzi psy na spacer wyprowadzają. I jeszcze się panowie na Hendriksa porwali. Wyzbyty jakichkolwiek cech własnych numer wzbudził mój rosnący niesmak. Nie rozumiem, czemu każdy "wirtuoz" myśli, że jak zagra kawałek Jimiego to jego wirtuozeria wzrośnie? Według mnie słynny mulat wirtuozem, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa wcale nie był. Jego wyjątkowość polegała na unikalnej interpretacji. Niepowtarzalnej i niepodrabialnej. Dzięki temu darowi niebios nawet błahe piosenki zamieniał w muzyczne perły. Kiedy tylko Pieculewicz i jego band zrozumie, że w grze na instrumentach strunowo-szarpanych ważniejsze są szczerość, emocje i choćby odrobina szaleństwa niż wtórność, bezbłędność i akademicka dosłowność, zrobi ogromny krok do przodu. Jestem skłonny wybaczyć każdy fałsz, potknięcie jeśli tylko usłyszę, że muzyk stara się, by mnie oraz innych słuchaczy do siebie i swojej muzyki przekonać. A podczas występu RPB nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że na scenie niewiele się dzieje, bo nikomu specjalnie na tym nie zależy.

Na szczęście nie trzeba było długo czekać i na scenę wyszedł Kotzen Richie - a towarzyszyło mu tradycyjnie tylko dwóch muzyków. Basista (Daniel Pearson) i perkusista (Demian Arriaga), którzy podobnie jak lider sprawiali wrażenie, jakby byli po tęgiej, długiej imprezie. Początkowe "lody" między zespołem a publicznością szybko zostały przełamane. Richie rozkręcał się coraz bardziej w miarę jak zdobywał sobie przychylność publiczności. Takie kameralne koncerty mają swoją atmosferę i wielką zaletę - przychodzą naprawdę zainteresowani i zaangażowani ludzie, często od lat śledzący karierę danego wykonawcy. Czym lepsza więc więź publiczność/artysta, tym lepsze w Progresji powstawało "sprzężenie zwrotne", a to sprawiło że Richie również się pozytywnie nakręcił. Z każdą kolejną piosenką coraz szerszym uśmiechem dawał wyraz swemu zadowoleniu, a solówki coraz bardziej zmuszały basistę i perkusistę do większego wysiłku.

Ku mojemu, i chyba nie tylko mojemu, zadowoleniu muzyk skupił się na starszym repertuarze. Do najlepiej przyjętych zaliczyłbym "High", "Faith", ważny dla Kotzena "Mother Head's Family Reunion" oraz wspaniale rozimprowizowany "Doin' What The Devil Says To Do". Najbardziej agresywnie wypadło "You Can't Save Me" oraz jeden kawałek z nowej płyty "Peace Sign" - bodajże "Paying Dues". Nie zabrakło bardzo ekstrawagancko potraktowanego "Fooled Again". Zdumiewa mnie tylko (a nie pierwszy raz byłem na koncercie Richiego), że nie sięga po utwory z rewelacyjnej płyty "Break It All Down" oraz projektu Wilson Hawk… Kotzen to jednak zupełnie inna jakość grania. Światowa ekstraklasa, która cierpi na… Brak skutecznej promocji? Lepsza klasa człowieka i muzyka. Widać było jak bawi się muzyką, graniem, cieszy z dobrego przyjęcia i jak wymusza na kolegach z zespołu podnoszenie muzycznej poprzeczki. A to wszystko lekko, finezyjnie, bardziej soulowo i bluesowo niż rockowo. Atuty Kotzena to perfekcyjnie opanowana i gitara, i śpiew, ale do tego dodać trzeba i te wyuzdane solówki i to, nawet jeśli mimowolne, uwodzenie dziewcząt zgromadzonych pod sceną. Bo zebrane panie bezkrytycznie i z uwielbieniem w oczach stały tak wpatrzone i zasłuchane, jakby prawie zakochane. Czekałem tylko kiedy części garderoby, w tym bielizna, polecą w stronę sceny. To zdumiewające, że stacje radiowe nie grają kotzenowskich melodyjnych, pełnych uroku i emocji ballad. Talentem kompozytorskim i wykonawczym Richie bije na głowę większość tych wszystkich tandetnych muzycznie, ale za to komercyjnych produkcji. Richie skracał więc dystans, uwodził grą, śpiewem, zachowaniem, ale to było wpisane w jego muzykę i emploi. Natomiast, co było naprawdę zabawne, w pozowaniu przodował basista, którego również trzeba docenić za zaangażowanie i umiejętność improwizowania, co przy niektórych pomysłach Kotzena nie było takie łatwe.

Czas niestety mijał i przy "Go Faster" dało się odczuć, że muzyka dopada zmęczenie, bo zamiast faster, szczególnie w śpiewie było trochę slower… Prawdopodobnie jednak mało kto na to zwrócił uwagę, ponieważ jak powiedziała mi jedna z rozgorączkowanych fanek: "koncerty w małych salach mają zwykle świetny klimat i chociaż występ np. Gary Moore na Torwarze był znakomity, to wielka sala, i to cholerne 'przywiązanie' do krzesła stawia mnie w sytuacji 'widza i słuchacza', a nie uczestnika. W klubie miałam bliski kontakt z muzykiem, mogłam się poruszać, podejść blisko, odejść na chwilę i czasem miałam wrażenie, że facet gra tylko dla mnie, a nie dla powiedzmy czterech tysięcy, wśród których byłabym kompletnie anonimowa".

Set podstawowy zamknął pełen fajerwerków "I'm Losing You". Przebój pochodzący z 1966 r. w oryginale zatytułowany "(I Know) I'm Losing You", a wykonywany przez zespół The Temptations. Czasem, mylnie, uznaje się, że pierwowzór należy do The Faces. A tekst? Łatwo zgadnąć czemu Richie wybrał ten kawałek - traktuje o relacjach i to raczej o trudniejszych momentach…

Your love is fading,
I can feel your love fading,
Woman it's fading away from me

Cause your personal touch has grown cold
As if someone else controls your very soul
I fooled myself long as I can
I can feel the presence of another man

It's there when you speak my name
It's just not the same
Oh honey I'm losing you

Can feel it in the air
It's there everywhere
Oh I'm losing you

Can feel it in my bones
Any day you'll be up and gone
Oh I'm losing you

It's all over your face,
Someone's taken my place,
Could it be, that I'm losing you

Na kolejne bisy otrzymaliśmy między innymi rewelacyjne wykonanie – "All Along The Watchtower" (wiadomo - skomponował Dylan, rozsławił Hendrix). Dyskretnie soulowy śpiew plus ostry riff i, co oczywista, wspaniała, ognista solówka, w której kawałek znalazł swoje muzyczne spełnienie. Nie koniec na tym, skoro fani nie szli do domów zadowolony Kotzen grał dalej. Wyszedł do fanów jeszcze trzy razy, by wreszcie zagrać "Remember". W finale wydajnie wsparła Kotzena cała sala. I na tym mógłby skończyć, ale gdzie tam, nikt nie chciał końca. Piąty bis i choć trójka muzyków była naprawdę w świetnych humorach (niechby spróbowali inaczej za takie przyjęcie!), ale i zmęczenie dało znać o sobie. Jak wspomniałem, nie przypominam sobie koncertu, który miałby takie finał – pięć bisów. Oczywiście, można też powiedzieć, że zabrakło "Stand" (hit napisany dla Poison) albo "Shine" (przebój dla Mr. Big). Lecz nie można mieć wszystkiego oraz okazało się, że dla wiernych fanów to wcale nie był koniec atrakcji. Bo potem wyszli wszyscy raz jeszcze, by podpisywać płyty (coraz częściej praktykowany, miły zwyczaj), porozmawiać. przybić piątki bądź żółwiki, i podrywać Polki. Bo tak na moje oko, to wszyscy w trójkę to niezłe psy na kobiety. Co prawda wcześniej było spotkanie z muzykiem w EMPiK-u, ale nie wszyscy zdążyli, więc w Progresji można było na spokojnie pogadać z Richiem, pogratulować mu udanego występu oraz zapytać kiedy znów do nas zajrzy.

Podczas koncertu doszło do jeszcze dwóch incydentów. Pierwszy - żenujący. W fosie dla fotografów pojawiła się zupełnie niewiadomo skąd, wyjątkowo nierozgarnięta blond kobiecina, która swoją cudowną lampą bez przerwy oślepiała muzyków! Gdy Richie przysiadł na brzegu sceny, by popisać się kolejną rewelacyjna solówką, zdolna młoda dama stanęła tak blisko, że zasłoniła muzyka tak, by czasem konkurencja zdjęć zrobić nie mogła, a do tego świeciła lampą w oczy Kotzenowi z odległości kilkudziesięciu centymetrów. Wielce cierpliwy to gwiazdor, bo gdyby to był Axl W. Rose skończyło by się przynajmniej na rozbiciu aparatu. Blondynka (!!!) nie zważała na uwagi kolegów po fachu, po prostu wyraźnie czuła się gwiazdą ważniejszą od tych, co na scenie. Ale jak wiemy głupota ludzka nie zna granic. Drugi incydent był o wiele zabawniejszy. Całkiem inna odważna, która wyraźnie wpadła w oko Richiemu oraz basiście, pani fotograf śmiało wtargnęła na scenę, co chwilę potem wymusiło na ochronie uprzejmą, acz stanowczą interwencję. Lecz to właśnie dzięki tej dzielnej postawie MusicNews.pl ma najlepsze zdjęcia z tego wyjątkowego wieczoru i jakże udanego koncertu.

Tekst: Dawid Brykalski
Zdjęcia: Anna Majewska














Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Ritchie Kotzen, Robert Pieculewicz

Dodaj komentarz

Komentarze

A na jakim instrumencie gra w zespole Pieculewicza MarekN?

(2009-12-18 | 21:02)

~ dawid brykalski

czy my byliśmy na tym samym koncercie? Na tym, który był w Progresji publika reagowała na Roberta bardzo pozytywnie, mi zresztą koncert również bardzo przypadł do gustu. Kawał solidnego, gitarowego grania, urozmaiconego i ciekawego. Jak ktoś nie lubi takiej muzyki, nie powinien się o niej wypowiadać, bo się ośmiesza.

(2009-12-11 | 19:05)

~ marekn

musicnews MusicNews