musicnews musicnews

RICHIE KOTZEN - wywiad

Data: 2010-01-30
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Adam Dobrzyński


Z Ritchiem spotkałem się blisko dwadzieścia cztery godziny przed jego warszawskim koncertem w Klubie Progresja. Tryskał doskonałym humorem, popijał drinka i z niekrytą radością odpowiadał na każde zadane pytanie. Bardzo dokładnie, szczegółowo i bez najmniejszego pośpiechu. Jak powiedział, gwiazdą się nigdy nie czuł ale swoją robotę zawsze stara się wykonać najlepiej jak potrafi. Udowodnił to zresztą niebawem na scenie.


Adam Dobrzyński: W 1991 roku mając 21 lat zaistniałeś jako członek bardzo popularnej  wówczas grupy Poison. Opowiedz jak do nich trafiłeś.
Richie Kotzen: Miałem już na swoim koncie dwie płyty. Zadebiutowałem albumem jeszcze w 1989 roku a następny wydałem rok później. Odbyłem krótką trasę koncertową i pojechałem do studia nagraniowego w Los Angeles by rozpocząć nagrywanie kolejnej płyty. W pewnym momencie okazało się, że zespół Poison potrzebuje gitarzysty i moja ówczesna wytwórnia zorganizowała coś na kształt przesłuchania. To był właściwy moment dla mnie. Zagrałem trzy covery, chłopakom się spodobało i tak zostałem członkiem Poison. Było to dla mnie wówczas bardzo nęcące i pociągające zarazem doświadczenie.

AD: Jak wspominasz współpracę z nimi?
Richie Kotzen: To było bardzo dawno temu. Mówimy o wspaniałych trzech latach mojej kariery. Od 1991 do 1993.  Poison był całkiem dobry. Byłem wtedy dwudziestolatkiem i zaraz, gdy wyszła moja trzecia płyta, już grałem z ważnym rockowym zespołem, który sprzedawał miliony albumów na całym świecie i dawał koncerty na wielkich stadionach. Nie potrafię wyszczególnić, czego się wtedy konkretnie nauczyłem, ale to było wielkie doświadczenie, zresztą bardzo fajne.

AD: Na twojej artystycznej drodze pojawiło się wiele muzycznych projektów, wiele zespołów. Kolejnym równie istotnym co znanym był Mr.Big.
Richie Kotzen: Dokładnie. Dobrze to ująłeś. Przenosimy się do 1999 roku. Byłem wtedy zupełnie innym człowiekiem. Muzykiem zresztą tez. Ale i Mr.Big było już innym zespołem. Zająłem miejsce po Paulu Gilbercie. Gra z nimi była trudniejsza niż z Poison, ponieważ klimat i morale zespołu były bardzo złe. Przypominało to sytuację, w której wszyscy byli szefami i każdy ciągnął w innym kierunku. W przeciwieństwie do Poison gdzie była jedność –a członkowie zespołu dorastali razem od dzieciństwa i przyjęli taką formułę, że pracowali wspólnie. W Mr. Big, Billy Sheehan był gwiazdą rocka i formując zespół, sam dobrał ekipę. Gdy tak robisz, w pokoju znajdą się świetni muzycy, ale niekoniecznie masz właściwą chemię w zespole. To były zatem zupełnie różne sytuacje.

AD: Czy dla Ciebie jako gitarzysty był to muzyczny awans, zmiana klimatu czy może kolejny ważny rozdział w biografii- czyli Mr.Big?
Richie Kotzen: Wszystko co dzieje się w Twoim życiu jest pewnego rodzaju rozdziałem. Nowi ludzie, koncerty, inna publiczność, wiele sytuacji, których wcześniej nie dało się ani przewidzieć ani zaplanować, to było ekscytujące. Poza tym wzbogaciło mnie jako muzyka i było niewątpliwie interesujące i pozwoliło ewoluować..
 
AD: Jednak dołączyłeś do nich już po tym, jak ich gwiazda nieco zbladła - na Waszej wówczas drodze stanęła Japonia- tam odnieśliście po 1999 roku spory sukces.
Richie Kotzen: Występy w Japonii rzeczywiście były bardzo interesujące. Pierwszy koncert jaki zagrałem z Mr. Big odbył się w hali Osaka Dome w Osace, w Japonii, przed ponad dwoma tysiącami ludzi. To jest niezłe wspomnienie. Dobrze się bawiłem grając w Kraju Kwitnącej Wiśni i grając z takimi muzykami. Wszyscy oni są wspaniali. Tak się złożyło, ze od 1994 roku moje płyty wydawałem w wytworni, która nie robiła w zasadzie żadnej promocji w Stanach Zjednoczonych ale miała za to mocne wejście w Japonii. To był fantastyczny czas, a publiczność mnie tam po prostu pamiętała z solowych tras. Poza tym okazało się, ze popularność w Japonii miała duży wpływ na moja popularność i promocje na świecie

AD: Hasło “Bigger Bang Tour”, jest Ci doskonale znane. Przed trzema laty występowałeś jako support The Rolling Stones właśnie w Japonii. Wróćmy pamięcią do tamtych chwil. Jak je wspominasz.
Richie Kotzen: To była wielka przyjemność oraz okazja pojawić się przed taka publicznością ale i u boku wspaniałego zespołu jakim jest The Rolling Stones. Wspólnie daliśmy pięć koncertów w trzy tygodnie. Wtedy nie zastanawiałem się jaki spotkał mnie przywilej i dziś tez nie podchodzę do tego w tych kategoriach. To było pięć niezwykłych występów.

AD: Dzięki za poświęcony czas
 


Źródło: Musicnews.pl

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews