Asymmetry 2011

musicnews musicnews

SONISPHERE FESTIVAL - relacja z festiwalu w czeskich Milovicach, 19.06.2010

Data: 2010-06-24
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Kirk Hammet i James Hetfield, fot. Kreepin Deth

Kilka miesięcy temu zelektryzowała mnie informacja, że po raz pierwszy w historii wielka czwórka thrash metalu pojawi się razem na jednej scenie. Czterej jeźdzcy metalowej apokalipsy mieli rozpętać burzę nad Europą w ramach objazdowego Sonisphere Festival. Gdy okazało się, że oko cyklonu skoncentruje się nad wschodnią częścią naszego kontynentu, wiedziałem, że takiej okazji odpuścić nie można.

 

Rozpoczęło się wielkie odliczanie. Ze względów logistycznych - sobota, lepsze połączenia drogowe - oraz artystycznych - dużo bogatszy od warszawskiego festiwalowy line-up - zdecydowałem się na czeskie Milovice. I choć ze względów oczywistych z rozpiski wypadł Heaven & Hell (R.I.P. Ronnie), to absolutnie nie żałuję. Opowieści kumpli, którzy postawili na stolicę naszego pięknego kraju i za sprawą kilkugodzinnych korków zafundowali sobie kilkukilometrowy spacer, tylko po to, by zobaczyć jak muzycy Anthrax schodzą ze sceny, tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że dokonałem właściwego wyboru.

 

Organizatorzy czeskiej edycji festiwalu zdecydowali się na zdecydowanie mniej wielkomiejską lokalizację. Opuszczone lotnisko, na którym w czasach słusznie minionych stacjonowały wojska zaprzyjaźnionego mocarstwa. Opuszczone hangary i bloki, w których onegdaj zamieszkiwała kadra oficerska stanowiły o nieco upiornym charakterze miejsca. Ale ci, którzy wychowali się na teledysku do "Hangar 18" z pewnością nie czuli się nieswojo.

 

Kolejnym atutem edycji zorganizowanej przez naszych południowych sąsiadów była umiarkowanie słoneczna aura, która z jednej strony sprzyjała degustacji tradycyjnych specjałów tamtejszego browarnictwa, a z drugiej nadmierna ekspozycja promieni nie doprowadziła konsumentów złocistego trunku do stanu, w którym nie byliby w stanie śledzić scenicznych zmagań. A te rozgrywały się na dwóch obiektach, co oczywiście doprowadziło co poniektórych do zgrzytania zębami przy podejmowaniu decyzji, czy postawić chociażby na Alice In Chains, czy też moze raczej Stone Sour, który produkował się w tym samym czasie. No ale nikt nie mówił, że będzie lekko.

 

Pierwszym, ale jakże miłym bonusem czeskiej edycji Sonisphere była możliwość obejrzenia w akcji duńskiego dynamitu z Volbeat. Michael Poulsen i kompani rosną w siłę i z koncertu na koncert potwierdzają, że heavy rock and roll w ich wykonaniu to znakomita propozycja odświeżająca co nieco skostniałą - jakby nie patrzeć - scenę ciężkiego grania. W czasie 45-minutowego występu Volbeat postawił na szlagiery z trzech wydanych dotąd płyt. Przywitali secikiem z "dwójki": "The Human Instrument", "Radio Girl", "Sad Man's Tongue". Nowy album reprezentowały "Hallelujah Goat", "Mary Ann's Place" i numer tytułowy. W ramach bonusu rozbujaliśmy się przy "I Only Want to Be With You" z repertuaru Dusty Springfield i na deser "Still Counting". I choć lekko kulało brzmienie wioseł, a i wokal mógłby być ciutkę głośniej, to nie dziwi fakt, że odziani w czerń - poza basistą, w t-shircie w duńskich barwach - muzycy schodzili ze sceny przy sporym aplauzie.

 

Szybki spacer pod dużą scenę i już zaczyna się jazda na thrashowej deskorolce z chłopakami z Anthrax. To był mój pierwszy koncert tej formacji, więc wiele po nim oczekiwałem. Tym bardziej, że z mikrofonem ganiał po scenie Joey Belladonna. Facet mimo upływu lat trzyma fason i wokalnie, i wizualnie. Wąglik zaczął z grubej rury: "Caught in a Mosh" i "Got the Time" - ach ten bas! - dały radę. W środkowej partii "Indians" zabrzmiały riffy "Heaven and Hell" i wszyscy wiedzieliśmy komu dedykowany jest ten fragment. Na moment zrobiło się podniośle. Ale już pierwsze takty "Antisocial" i klasycznego "Madhouse" całkowicie zmieniły nastrój. Jedyną niespodzianką było "Only", czyli utwór z epoki "Bushowskiej". Na koniec "I Am The Law" i Anthrax pozostawił po sobie naprawdę dobre wrażenie.

 

Chwila przerwy. Płachtę z obwolutą "Among The Living" zastąpił obrazek znany z "Rust In Peace" i przez chwilę miałem nadzieję, że usłyszymy ten album w całości. Rudy i spółka zaczęli bowiem od "Holy Wars... The Punishment Due" i "Hangar 18". To był strzał między oczy! Ale gdy rozbrzmiały pierwsze takty "Wake Up Dead" wiedziałem już, że set będzie przekrojowy. Nowy, bardzo fajny album "Endgame" reprezentował "Headcrusher", który w wersji koncertowej zabrzmiał mocniej niż w wersji studyjnej. "In My Darkest Hour" wybrzmiał niemal symbolicznie, w kontekście tego komu był dedykowany. Poza tą kompozycją Megadeth zaprezentował nieco łagodniejszą stronę swojej natury ("A Tout Le Monde", "Trust"), a na koniec odziany w białą koszulę Mustaine zaserwował "Symphony Of Destruction" oraz "Peace Sells". Bardzo solidny występ.

 

Między gigantów thrashu wciśnięta została legenda grunge'u. Następni w kolejce byli panowie z Alice In Chains. Na podstawie tego co zobaczyłem muszę przyznać, że ich twórczość mocniej przemawia do mnie w sterylnych warunkach domowych i więcej przyjemności czerpię odsłuchu z płyty niż w czasie konfrontacji w warunkach festiwalowych. Lekko narkotyczna i dołująca atmosfera kompozycji - w zestawie znalazły się m.in. "Check My Brain", "Rooster", "Rain When I Die" - raczej średnio pasuje do ludycznego festynu z pivem i kiełbasą w rolach głównych. Dało o sobie znać też zmęczenie materiału, oddelegowałem się więc w pobliże stoisk gastronomicznych, by zebrać siły przed głównymi atrakcjami wieczoru.

 

Muszę przyznać, że roszada w line-upie - pierwotnie Slayer miał grać przed AIC - okazała się strzałem w 10. Bo dzięki temu Tom i koledzy wyszli na scenę, gdy zaczęło się już ściemniać i oprawa świetlna zaczęła mieć jakiekolwiek znaczenie. Na dzień dobry "World Painted Blood". Potem wycieczka do czasu "Christ Illusion" ("Jihad") i już notuję pierwsze wrażenia. Tom ani razu nie machnął dyńką - zapewne efekt urazu kręgosłupa, Jeff z logotypem Hanneman na wiośle stylizowanym na logo znanego holenderskiego piwa i Kerry z łańcuchami u pasa i imponująca brodą splecioną w warkocz. Gdy dołożyli do pieca "War Ensemble", "Hate Worldwide" wiedziałem już, który z występów wieczoru uznam za najlepszy. Mimo upływu lat, mimo nienajlepszego soundu, Zabójca wciąż jest śmiertelnie groźny. Godzinny set, w którym znalazło się miejsce dla takich klasyków jak: "Seasons in the Abyss", "Hell Awaits", "Mandatory Suicide", "Chemical Warfare", "Raining Blood", "South of Heaven", "Silent Scream" i "Angel of Death", zakończył się zdecydowanie zbyt szybko.

 

Pół godziny przerwy i w końcu kilkanaście minut po 23. pryszedł czas na gwiazdę wieczoru. Zespół, którego pozycja - rozpatrywana w kategoriach komercyjnych - lokuje się kilka , czy nawet kilkanaście pięter wyżej od kompanów, z którymi tego wieczoru dzielił scenę. Ale w kontekście szacunku fanów cięzkiego brzmienia, zespół, który musi odbudować nadwątlone zaufanie. No i nie było niczego dziwnego w tym, że Metallica zapomniała o albumach "Load" i "Re-Load" i zafundowała fanom sentymentalną podróż przez klasyczne albumy z lat 80. "Creeping Death" jako opener. Trzeba przyznać - to był celny cios. Ząb czasu nie ima się tego utworu, podobnia jak kolejnych w zestawie: "For Whom The Bell Tolls", "The Disposable Heroes" i "Fade To Black". Hetfield - swoją drogą nie mogę oprzeć się wrażeniu, że facet zafundował sobie mały lifting, bo z irokezem a'la CR9 wyglądał na rześkiego 30-latka - szybko wręcił ludzi do wspólnego śpiewania. Zapanowała atmosfera metalowego święta. Metallica nie zapomniała o tym, że ma też nowy album: "That Was Just Your Life", "Cyanide" i "All Nightmare Long" dobrze sprawdziły się w wersji live. Wiem, że "Death Magnetic" to krok w tył. Ale jak dla mnie to oni mogą się cofnąć nawet do "Kill'em All". Imponujący pokaz fajerwerków i ognii uświetnił intro i galopadę w "One". Przy "Nothing Else Matters" Hetfield zaprezentował na wielkim telebimie kostkę z logotypami wielkiej czwórki. Zresztą kilka razy podkreślał jak bardzo on i jego koledzy są dumni z tego, że wszystkie kapele, które ją tworzą działają i mają się dobrze. Właściwą częśc setu zamknął "Enter Sandman", a bisy zwieńczył "Seek & Destroy". Były oczywiście obowiązkowe solówki Hammetta i "małpi" krok Trujillo. Był mlaskający Ulrich i spluwający James. Trudno się do czegoś przyczepić, jednak do pełni szaleństwa czegoś zabrakło. Bo bez względu na to jak wielki telebim zawiśnie za twoimi plecami, czy też jak wielka konstrukcja sceny towarzyszy twojemy występowi, kluczowa i tak pozostaje szczerość intencji. A ja - jakoś tak do końca - w przypadku tego zespołu w nią uwierzyć nie mogę.

 

Maciej Miskiewicz


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Metallica, Slayer, Alice In Chains, Megadeth, Anthrax, Stone Sour, Fear Factory, Volbeat, Sonisphere

Dodaj komentarz

Komentarze

Dla mnie osobiście gwiazdą był Slayer!Wielki szacun!Wielka ściana Marshalli za plecami i przejechali niczym Abrams prosto z fabryki-szybko i ciężko!Zero pajacowania i pokazywania"jaką mam fajną kostkę do gitary".Inna sprawa że czescy dźwiękowcy chyba za bardzo nie lubią Metallici i przydałaby im się wizyta robocza połączona ze szkoleniem na Przystanku Woodstock w Kostrzynie(u).Zobaczyliby-a raczej usłyszeli -jak się robi koncerty!Pozdrawki!

(2010-06-26 | 22:54)

~ Irish

musicnews MusicNews