Tin Pan Alley

musicnews musicnews

SOULFLY - relacja z koncertu we Wrocławiu, 11.06.2010

Data: 2010-06-21
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Max Cavalera, fot. K. Zatycki

Być może ktoś mógł mieć zagwozdkę i dylemat czy piątkowy, czerwcowy wieczór poświęcić na śledzenie zmagań zmęczonych życiem Trójkolorowych z Urugwajem w dniu otwarcia Mundialu w RPA, czy też wysupłać - trzeba przyznać całkiem pokaźną - sumkę i udać się do popularnej "wuzetki", by w akcji obejrzeć żywą legendę sceny z kraju Canarinhos - Maxa Cavalerę w towarzystwie kompanów z Soulfly. Ja ani przez chwilę nie miałem. I wiem, ze ci, którzy postawili na telewizyjną transmisję raczej nie dokonali właściwego wyboru.

 

Nie wiem, czy było tak w przypadku decyzji o odpuszczeniu sobie występu supportujących gwiazdę wieczoru Los Pierdols. Nazwa zespołu niczego dobrego nie wróżyła. Zdecydowałem więc, że nie warto przedwcześnie przemieszczać się w okolice klubu. Być może kiedyś to odszczekam, ale krótki YouTube'owy research potwierdził, że nic wielkopomnego mnie nie ominęło. Gdy w - trzeba przyznać nie nazbyt szczelnie wypełnionym, na moje oko jakieś na koncert pofatygowało się jakieś 350 duszyczek - klubie rozbrzmiał wstęp do otwierającego przedostatni studyjny album gwiazdy wieczoru "Blood, Fire, War, Hate" temperatura momentalnie poszła w górę o kilka stopni, a rytmiczne skandowanie publiczności wywołało na scenę muzyków. Na centralnej pozycji znalazł się oraz bardziej pokaźnych rozmiarów Max - z wielkimi dreado-kołtunami, w bojówkach i kamuflażu. Po prawicy usytuował się wycinający gitarowe hołubce Marc Rizzo - ze względu na brak miejsca musiał zrezygnować ze słynnych kopniaków z półobrotu - a po lewej ręce frontmana umiejscowił się zafarbowany na blond Bobby Burns maltretujący nisko zawieszoną basówkę.

 

 

90 minut w towarzystwie wyżej wymienionych jegomościów upłynęło pod znakiem thrashowego łomotu z plemiennym posmakiem. Co oczywiste nie zabrakło klasyków gatunku z repertuaru macierzystej formacji Cavalery. No i nie było specjalnym zaskoczeniem dla nikogo to, że to właśnie na kompozycje z "Chaos A.D." ("Refuse/Resist), "Beneath The Remains" ("Inner Self") czy nawet "Morbid Visions" ("Troops of Doom") publiczność reagowała wyjątkowo spontanicznie. Apogeum ekstazy miało jednak miejsce przy wplecionym między bisy "Roots Bloody Roots". Co ciekawe Cavalera nie rozpoczął występu - tak jak to się utarło - od szlagierów z najnowszej, być może najcięższej w dorobku Soulfly, płyty "Omen". Zamiast tego w tłum rzucono wiązankę hitów z: "Prophecy", "Back to the Primitive", "Seek N Strike", "I And I" na czele. Dopiero walcowaty "Kingdom" i zagrane mniej więcej w 2/3 trwania seta "Bloodbath & Beyond" oraz niemal zamykające właściwą jego część "Rise of the Fallen" dały znać, że grupa promuje też nowy krążek.

 

Końcówka seta, zwieńczonego zmasowanym atakiem za sprawą "Unleash", "Jumpdafuckup" czy "Eye for an Eye" potwierdziła, że Soulfly w wersji live to gwarancja solidnego wygrzewu. I choć do ekstazy trochę zabrakło - może większego zaangażowania muzyków w nawiązanie więzi z publicznością - to i tak występ Soulfly mógł się podobać.

 

Tekst:Maciej Miskiewicz
Zdjęcia: Krzysztof Zatycki / www.z-studio.com.pl

 


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Soulfly, Los Pierdols

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews