Suzanne Vega

musicnews musicnews

SZCZECIN ROCK FESTIVAL - relacja z imprezy

Data: 2009-06-30
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Na polskiej mapie festiwalowej zaistniał w końcu Szczecin. I bardzo dobrze, czas najwyższy. Wszak niewiele pozostało miast, które nie pokusiły się jeszcze o zorganizowanie dużej, plenerowej imprezy. W przypadku pierwszej edycji Szczecin Rock Festiwal udało się to ze silnym wsparciem reprezentantów amerykańskiej i wyspiarskiej sceny muzycznej.

Zanim jednak na scenie rozlokowali się wykonawcy zagraniczni, publiczność rozgrzewali rodzimi wykonawcy i przyznać trzeba, że taki wybór był strzałem w 10. Każdy z nich jest w Szczecinie popularny, każdy ma swoją oddaną publiczność i każdy jest w stanie wyprzedać koncert. Tak też było i tym razem.

Happysad mimo wczesnej pory zmobilizował widzów, szczególnie tych wiekowo młodszych, którzy zaznaczyli swoją obecność pod sceną, bawiąc się w najlepsze w rytm ich piosenek, które pasowały do słonecznej pogody, jaka tego dnia miała miejsce.

Po krótkim przegrupowaniu sił na scenie pojawiła się Coma. I niestety w tym przypadku stwierdzenie o przeroście formy nad treścią jest jak najbardziej na miejscu. Za dużo w tym wszystkim teatralnej pozy, zbyt wiele pompatyczności i nadęcia. Piotr Rogucki modulował głosem, stękał do mikrofonu, ale tak naprawdę nie można było zrozumieć o czym śpiewa i w jakim języku... Co przeszkadzało niektórym, oczywiście nie przeszkadzało fanom, którzy wybijali się z tłumu charakterystycznymi koszulkami i bluzami z ostatniej płyty "Hipertrofia".

Polską reprezentację zamykał występ Hey i w tym wypadku nie można formułować zarzutów do nikogo. Powitany ciepło zespół w składzie poszerzonym o grającego na klawiszach Marcina Macuka zaprezentował to, co w Hey najlepsze, czyli dobre piosenki z przekroju kariery. Od "Teksańskiego" i "Zazdrości" zaprezentowanych na końcu, przez "Cisza, ja i czas" w środku po "Luli Lali" zagranego gdzieś na początku koncertu oraz coveru PJ Harvey "Angeline". Katarzyna, jak zwykle w jednym punkcie, niesamowicie onieśmielona, ale i zadowolona, iż miasto doczekało się rockowego festiwalu z prawdziwego zdarzenia.

Chwila przerwy i na scenie zainstalował się Kaiser Chiefs. Zespół, którego występu byłem ciekaw, ciekaw również konfrontacji innych piosenek tego kwintetu z największym przebojem "Ruby", bezwzględnie katowanym swego czasu przez rozgłośnie komercyjne. I uczciwie należy przyznać, że wyszli z niej obronną ręką. Dostałem to, czego oczekiwałem, czyli dobrego show. Cały zespół żywiołowy, ze wskazaniem na wokalistę Ricky'ego Wilsona, który nie mógł ustać w miejscu, a to wskakiwał na stolik umiejscowiony obok klawiszy, a to wchodził na rusztowanie i stamtąd śpiewał, a to przebiegał przez fosę, by usiąść na wieży nagłośnieniowej, a to namawiał do skandowania nazwy zespołu, dzięki czemu występ nabierał dodatkowej energii, która udzieliła się i zgromadzonym pod sceną, którzy rytmicznie klaskali, śpiewali, skakali, tańczyli oraz na zawołanie wokalisty wywoływali Limp Bizkit.

Główna gwiazda pierwszego dnia wyszła na scenę punktualnie i było widać, dla kogo przyszli tu ludzie, pod sceną zrobiło się gęsto i nastąpiło oczekiwanie, przerwane przez Dj Lethala, do którego dołączyli po chwili pozostali członkowie zespołu, ze szczególnym wskazaniem na Freda Dursta oczywiście i "My Generation" na początek. Po lewej stronie sceny Sam Rivers, którego basowe doły przeszywały powietrze, obok niego trochę z tyłu DJ Lethal, z zawieszoną na jednej ze skrzyń polską flagę i mający po prawie każdym utworze swoje pięć minut, zapełniając przestrzeń między utworami dźwiękami, z przodu Durst, niekwestionowany lider, któremu ludzie jedli z ręki od początku występu, po jego prawicy punktujący mocno i solidnie John Otto oraz drugi filar Limp Bizkit, Wes Borland. Pomalowany tym razem na czarno-biało-czarno z czerwonymi ustami, wyglądał niczym daleki krewny Jokera, ciął powietrze swoimi riffami, uciekając przed nu-metalowymi zagrywkami ku bardziej jazgotliwym i rozbudowanym dźwiękom. Zabawa trwała w najlepsze, gdzie nie spojrzeć pulsujący tłum, Durst prowokował do jeszcze większej aktywności, a to przez podziękowania dla Kaiser Chiefs, a to przez intonowanie "Ruby, Ruby, Ruby, Ruby". Koncert dedykowany został zmarłemu dzień wcześniej przyjacielowi Dursta Mike'owi Geigerowi i może dlatego w połowie setu zrobiło się spokojniej, choć wciąż niepokojąco, aż do momentu, w którym Durst wypalił "oh s**t, can't wait for nookie" i zbiorowe szaleństwo przybrało jeszcze na sile. Po nim "Rollin'" i po 70 minutach zeszli ze sceny, by powrócić po kolejnych pięciu na bis. I tu nasuwa się refleksja, iż trochę szkoda, że najbardziej znaną kompozycją Limp Bizkit jest łzawa ballada "Behind blue eyes"... ale później już tak słodko nie było "Faith" z debiutanckiej "Three Dollar Bill Y'all", a po nim kończący "Take A Look Around". Durst z niedowierzaniem przez większość koncertu informował, że nareszcie dotarli do Polski, w końcu się im udało. I chwała za to, oby częściej!

Drugi dzień Szczecin Rock Festiwal minął pod znakiem bardziej rockowych dźwięków, ale też i mniejszej publiczności. Niestety nie dane było mi zdążyć na koncert Izraela, ale udało się dotrzeć na Lipali, który przywitał zgromadzoną, acz jeszcze niezbyt ruchliwą publiczność "Nożem", dzięki czemu i ilość widzów się zwiększyła i stała się ona bardziej aktywna. Zespół zaś zafundował podróż przez swoje płyty, od "Pi" do "Trio", była więc i "Kantata", "Barykady", "Bloo" oraz kower Republiki "Biała Flaga". Po wcześniejszych koncertach klubowych byłem ciekaw, jak Lipali zaprezentuje się na deskach festiwalowych i się nie zawiodłem, sądząc po reakcjach nie zawiedli się również widzowie.

Wraz z kolejnym wykonawcą, zwiększył się również tłumek pod sceną. Nic dziwnego, wszak muzycy Myslovitz wracają do koncertowej aktywności po rocznej przerwie. Zaczęli spokojnie, od piosenek znanych, tych trochę bardziej, i tych trochę mniej. Jednak z czasem pokazali pazura. Zwiększało się napięcie na scenie, zwiększała się ilość dźwięków nerwowych, ale i coraz bardziej transowych. Artur Rojek zamiast śpiewać krzyczał i sprzęgał gitarę. Przemysław Myszor coraz bardziej niegrzecznie zaczął traktować klawisze, a Wojciech Powaga rozpoczął na dobre zabawę z elektronicznymi gadżetami, używając do wydobywania z nich dźwięków np. nosa. Myslovitz zakończył występ w momencie największego napięcia, a skonfundowana publiczność jakby nie dowierzała temu, co się działo przez ostatnie kilkadziesiąt minut. Bisu nie było, bis nie miał już racji bytu. Bardzo dobry koncert i mój numer jeden, jeśli chodzi o polskich wykonawców na Szczecin Rock Festival.

Bez bicia przyznam się, że fanem Manic Street Preachers nie byłem i po szczecińskim koncercie pewnie nim nie zostanę. Zawieszona za muzykami niezbyt dla oka przyjemna okładka najnowszej płyty kontrastowała z ustrojonym w kolorowe boa statywem Nicky’ego Wire’a. Kaznodzieje zaserwowali podróż od "Generation Terrorists" po tegoroczny "Journal For Plague Lovers". Jednak ponadgodzinna dawka z muzyką Manic Street Preachers zamiast pobudzać i coraz bardziej wciągać, powodowała znużenie. Sorry chłopaki, może następnym razem…

Podobnie, jak Limp Bizkit dnia pierwszego, tak i na koncert Chrisa Cornella czekałem z zaciekawieniem, ale i obawą. Cztery lata temu z Audioslave jego forma wokalna pozostawiała sporo do życzenia. Rozpoczęło się od smyczkowej wersji "Black Hole Sun" Soundgarden, po której pojawił się na scenie długowłosy Cornell z zespołem i efektami współpracy z Timbalandem w postaci trzyutworowej pigułki z "Part of me" na czele, gdzieś w połowie koncertu zabrzmiał też tytułowy "Scream". W wersjach na gitary, bas i żywą perkusję obroniły się one bardziej, niż na płycie, choć dopiero powroty do przeszłości okazały się ciekawsze, rozwiewając przy okazji wątpliwości natury wokalnej. Bez skrępowania używał swojej charakterystycznej maniery, która od lat stanowi jego znak rozpoznawczy. A owe powroty były intrygujące, wróciliśmy do roku 1991 i reprezentacji jedynej w dorobku płyty Temple Of The Dog, z której usłyszeliśmy "Hunger Strike", odwiedziliśmy rok 1994 w postaci "Spoonman" i "Black Hole Sun" z "Superunknown" Soungarden, jak i rok 2005 dzięki "Be Yourself" z repertuaru Audioslave. O ile jednak w tym ostatnim utworze zespół spisał się dobrze, o tyle w "Spoonman" zabrakło tej mocy i brudu... Po koncercie nie zawiedzeni byli ani fani starego, rockowego wcielenia Chrisa Cornella, ani entuzjaści nowego, popowego (tak, są tacy!). Nie zawiedli się również oczekujący na soundgardenowy klasyk "Rusty Cage", który zwieńczył koncert i całą imprezę.

O północy było po wszystkim, fani rozeszli się do domów, i należy im tylko życzyć by w przyszłym roku spotkali się na drugiej edycji Szczecin Rock Festiwal, gdyż jak mawiał klasyk: ziarno zostało zasiane.

Tomek Mądry

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews