musicnews musicnews

VOLBEAT - relacja z koncertu w Krakowie - 27.02.2010

Data: 2010-03-02
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Volbeat, The Bulletmonks

 

To była prawdziwa gorączka sobotniej nocy. Koncert, z którego żaden szanujący się fan hard'n'heavy'n'punk'n'metal rolla nie miał prawa wyjść z uczuciem niedosytu. I gdy tak patrzyłem na usmiechnięte facjaty fanów hałasu, którzy opuszczali gościnne mury krakowskiego klubu Studio, wiedziałem, że w swoich odczuciach nie byłem odosobniony. Ale od początku. W chłodny, lutowy wieczór w dawnej stolicy Polski zameldowało się - jak na moje oko - dobre 700-800 zbłąkanych duszyczek spragnionych muzycznej uczty z duńskim dynamitem w roli głównej. Zanim jednak na scenie pojawili się Guitar Gangsters, zaserwowano nam przystawkę w postaci dania kuchni niemieckiej czyli 40-minutowy set The Bulletmonks.

 

Twórczość supportującego Volbeat zespołu była mi do tej pory całkowicie nieznana, ale ten stan zeczy musi się zmienić. Energetyczny mix hard rocka i rock'n'rolla, w którym pobrzmiewały echa takich tuzów jak: Motorhead, Velvet Revolver, The Answer, AC/DC, The Heallacopters, ZZ Top, Aerosmith czy Led Zesppelin przypadł do gustu krakowskiej publice. Młodzi, ale czerpiący słuszne wzorce, rockandrollowcy z Nuremberg wypadli co najmniej przyzwoicie i wkręcili do wspólnej zabawy całkiem sporawy tłumek, który kłębił się pod sceną. 

 

Gdy Niemcy zeszli ze sceny, pojawiły się za nią płachty z obrazkami znanymi z wkładki dołączonej do trzeciego albumu ekipy Michaela Poulsena. Gdy po dłuższej chwili zgasły światła i rozbrzmiały dźwięki "End of The Road" fani raczący się browarem w kuluarach tłumnie ruszyli pod scenę. A na tej pojawili się odziani w obowiązkową czerń muzycy i na dzień dobry zaserwowali nam "Hallelujah Goat" oraz tytułowy utwór ze swojego ostatniego krążka. Wyluzowany Poulsen pociagał Jacka Danielsa z butelczyny i zachęcał ludzi do wspólnej zabawy przy kolejnych szlagierach ("Mary Ann's Place" zaśpiewany solo przez Poulsena, "Caroline #1" czy "Pool of Booze, Booze, Booza"). Basista i obsługujący wiosło Thomas Bredahl śmigali z jednego końca sceny na drugi - wokalista zresztą nie odstawał w tym względzie - i wkręcali publikę. Gdy techniczny ustawił na scenie gitarę akustyczną, a Poulsen zapowiedział "Sad Man's Tongue" nie wytrzymałem, choć walory rubensowskiej figury absolutnie nie usprawiedliwiają takiego zachowania, w górę poszła koszulka z Facetem w Czerni i pomknąłem w stronę pierwszych rzędów. Ogień krzesany z wioseł przy takich volbeatowych klasykach - brzmi pompatycznie, ale to całkowicie usprawiedliwione twierdzenie - jak: "Mr. and Mrs. Ness" czy "Radio Girl" szybko zmusił ludzi do nieskoordynowanych podrygów.

 

Swoją drogą nagłośnienie seta Volbeat było bardzo rzetelne, może jedynie wokal ginął nieco w ścianie hałasu, gdy Poulsen korzystał z ustawionego po lewej stronie sceny jednego z trzech mikrofonów. W ramach ciekawostek mieliśmy okazję wysłuchać coveru Misfits i nowej piosenki, która lekko klimatem gitarowego wstępu skojarzyła mi się z The Clash. A w ramach dodatkowych bonusów Poulsen zafundował nam pokaz czesania grzywki, raczył fanów Danielsem i wręczył jednemu z nich 50 zł - swoją drogą bardzo przyjazna cena - na zakup koszulki Volbeat. Nie zrozumcie mnie jednak źle. Nie było mowy o nachalnym wciskaniu merchu. Wszystko odbywało się w bardzo wyluzowanej i naturalnej atomsferze. Kontakt muzyków z publiką był zresztą znakomity przez cały czas trwania koncertu. Wokalista podkreślał to mówiąc, że choć grali trasę z Metallicą, to koncerty takie jak ten w Studiu są dla nich nie mniejszym przeżyciem.

 

Właściwy set zakończyły "A Moment Forever" i "The Garden's Tale", w którym wokalne obowiązki w duńskiej partii przejął Bredahl. Bis był czymś oczywistym. "The Human Instrument", "I Only Wanna Be With You" i "Still Counting" - z wplecionymi patentami z "Raining Blood" i "Dead Skin Mask" - zwieńczyły ten świetny występ. Pieniądze wydane na spędzenie wieczoru z Volbeat były - bez dwóch zdań - dobrą inwestycją. Miejmy nadzieję, że Duńczycy nie zapomną o naszym pięknym kraju przy okazji kolejnych wojaży po Starym Kontynencie.

 

Maciej Miskiewicz


Źródło: MusicNews.pl

Tagi:
Volbeat, The Bulletmonks

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews