Bipolar Bears

musicnews musicnews

WITH FULL FORCE - relacja z festiwalu - 03-05.07.2009

Data: 2009-07-15
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Maciej MiskiewiczMOTORHEAD, DOWN, HATEBREED, SOULFLY, SUICIDAL TENDENCIES, CARCASS, MASTODON, AMON AMARTH, DIMMY BORGIR, SEPULTURA, PESTILENCE, VADER, ASPHYX, CRO-MAGS, TERROR, SOCIAL DISTORTION, MUCKY PUP i wielu innych

Niewykluczone, że to lato okaże się przełomowe. I w końcu Polska przestanie być białą plamą na festiwalowej mapie Europy. Coraz większa liczba imprez. Coraz bardziej okazałe zestawy prezentujących się na nich artystów. To z pewnością zwiastun tego, że zmierzamy ku normalności.
Fani ciężkich brzmień w końcu nie są skazani na zagraniczne wojaże, w czasie których mogli z zapartym tchem obserwować jak na letnich spędach bawią się chociażby nasi sąsiedzi zza zachodniej i południowej granicy.
Póki co jednak - przy całym szacunku dla rodzimych organizatorów - imprezom odbywającym się nad Wisłą daleko jeszcze do rozmachu z jakim mamy do czynienia przy okazji tak renomowanych festów jak: WACKEN OPEN AIR, GRASPOP, HELLFEST, DOWNLOAD czy WITH FULL FORCE.
Ten ostatni festiwal ze względu na geograficzną bliskość - podróż z Wrocławia trwa ok. 5 godzin - zawsze wydawał się najbardziej kuszącą - obok licznie odwiedzanych przez polskich fanów imprez w Czechach - opcją, pozwalającą przekonać się jak powinien wyglądać pierwszoligowy Open Air. Ale jeszcze trzy, cztery lata temu niewielu rodzimych miłośników hałasu decydowało się na taki wyjazd.





Jednak z roku na rok to się zmienia. Dobra marka, jaką wśród fanów - których zawsze jest ok. 30-35 tysięcy, a kto wie czy w tym roku nie było ich nawet ze 40 tysięcy - cieszy się WFF, dbałość o zapewnienie atrakcyjnego zestawu artystów z metalowego, hard core'owego, punk rock'owego i rock'n'roll'owego topu oraz rosnąca - wiem, że zbyt wolno, ale jednak - zamożność naszego społeczeństwa, przekładają się na to, że usłyszenie polskiej mowy w czasie spacerów po rozległym campingu nie jest już wydarzeniem na miarę lądowania człowieka na księżycu.
O tym, że rośnie popularność festiwalu można przekonać się już na pierwszy rzut oka. Z roku na rok rozrasta się potężne pole namiotowe - które w pierwszy lipcowy weekend zamienia się w najbardziej hałaśliwy piknik Europy. Fani wiedząc o tym, że późniejszy przyjazd może skazać ich na konieczność rozbicia obozu w odległości nawet ok. 3 km od sceny zjeżdżają tłumnie już w czwartek. Oznacza to niestety konieczność odstania kilku godzin w kilkukilometrowej kolejce. Nie ma jednak tego złego. Party zaczyna się już w drodze do odprawy, w czasie której ochrona przeczesuje zawartość bagażników. Tanie browary z Aldika idą w ruch, samochodowe zestawy hi-fi zapodają odpowiedni podkład, a podchmieleni festiwalowicze głośno dają wyraz swojej ekscytacji.










W tym roku Roitzschjora przywitała naszą wyjątkowo liczną wrocławsko-trójmiejsko-nowojorską ekipę piękną, ciepłą, letnią pogodą. I o ile w czwartkowy wieczór był to ewidentny plus. To wczesnym piątkowym popołudniem zaczęliśmy mieć co do tego poważne wątpliwości. Niemiłosierny skwar - który towarzyszył nam aż do końca imprezy - przez większą część dnia skazywał na totalną apatię. Ratunkiem - oprócz kontenerów z prysznicami (1,5 euro za możliwość powrotu do życia to, uwierzcie, naprawdę niewiele) - były wyprawy nad pobliskie, zalane wyrobisko. Takich tłumów na plażach jeszcze w historii moich wyjazdów na WFF nie widziałem. Każdy chciał choć na chwilę zanurzyć się w wodzie i zrzucić z siebie jarzmo bezlitosnego upału. Słońce przeklinaliśmy też dlatego, że przywiezione w hurtowych ilościach piwo, które o poranku było wspaniale orzeźwiającym napojem, w okolicach południa stawało się ciepłą zupą, której walory smakowe zdecydowanie odbiegały od unijnych norm.
Gdy w końcu udaliśmy się na mały rekonesans ogrodzonego terenu, którego centralnymi punktami są dwie festiwalowe sceny, nie potrafiłem ukryć rozczarowania. Powód? Brak charakterystycznego namiotu znanego jako Metal Markt. WFF to - oprócz okazji do zobaczenia w jednym miejscu i jednym czasie zespołów z absolutnego topu - także miejsce, w którym każdy kolekcjoner jest w stanie wpaść w depresję. Oferta straganów, sklepików i bud była tam bowiem zawsze co najmniej solidna. Tym razem jednak sekcja handlowa prezentowała się dużo skromniej. Nie było znanych z ubiegłych lat z szerokiej oferty i atrakcyjnych cen stoisk takich tuzów jak NUCLEAR BLAST. A ci sprzedawcy, którzy mimo wszystko zdecydowali się na przyjazd nie zaprezentowali oszałamiającej oferty. Przynajmniej jeżeli chodzi o płyty CD i winylowe. W kwestii odzieży i akcesoriów było trochę lepiej. Ale zostawmy otoczkę i zajmijmy się tym co najważniejsze. I bynajmniej nie chodzi mi tu o atrakcyjne fanki, których akurat na WFF nie brakuje, a o wyczyny artystów produkujących się na scenie.

Piątek: Ścierwo, Fidel i Knuppelnacht
Pierwszym zespołem, który dane mi było obejrzeć w piątkowe popołudnie był GOD FORBID. Muzyka amerykańskich metalcore'owców niespecjalnie do mnie przemawia już w wersji studyjnej. Dlatego też nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego. I choć czarnoskóry Byron Davis miotał się z mikrofonem po scenie, to jakoś nie potrafiłem oszaleć przy utworach pochodzących m.in. z najnowszego dzieła podopiecznych CENTURY MEDIA ("Earthsblood"). I choć koncert był nienajgorzej nagłośniony to jednak wszystko nie zgadzało się na tyle, by można było mówić o czymś szczególnym. Brak nadmiernego podekscytowania oraz zew alkoholu wywiały mnie więc spod sceny na kolejnych kilka godzin. Świadomie odpuściłem wykonawców, których twórczość jest mi co najwyżej obojętna i postanowiłem wrócić pod areną festiwalowych zmagań przed występem LEGION OF THE DAMNED. Tu niestety muszę przyznać się zwyciężyły koleżeńskie zobowiązania i potrzeba pilotowania tych członków ekipy, którzy dopiero w piątek dołączyli do wesołej gromadki. Udało mi się więc zameldować pod sceną w czasie występu MASTODON.
Kiedyś już widziałem ten zespół na festiwalu. To był gig na DOWNLOAD w 2007 roku. Wrażenia niestety nie były zbyt porywające. Głównie za sprawą nagłośnienia. Na szczęście tym razem niemiecki ordnung wziął górę nad oporną materią i brodacze z Atlanty zaprezentowali się znakomicie. Nie zamierzam ukrywać, że "Crack the Skye" jest wysoko w moim prywatnym rankingu najlepszych albumów ostatnich miesięcy. Więc odegrane na żywo "Oblivion" - z Osbourne'owatym wokalem Brenta Hindsa, "Divinations" czy przepięknie melancholijny "The Czar" zahipnotyzowały mnie magią swoich melodii. Muzycy MASTODON potwierdzili reputację znakomitych instrumentalistów i jednego z najbardziej oryginalnych aktów na całej metalowej scenie. Odegrali swoje kompozycje ze sporą swobodą, ale przy okazji bardzo precyzyjnie. Potężnie grzmiące bębny podkreślały moc starszych kompozycji, po które sięgnął zespół. Nie mogło przecież zabraknąć chociażby "Blood and Thunder" czy "Iron Tusk". Zaiste miażdżący zestaw.
Gdy MASTODON odmeldował się po wykonaniu zadania, przyszedł czas na konfrontację z legendą, która legła u podstaw mojej fascynacji melodyjnym death metalem. Oczywiście mam świadomość wagi jaką dla tworzenia się kanonu sceny grind core'owej i death metalowej miały takie klasyki jak "Reek Of Putrefaction" czy "Symphonies of Sickness". Ale nie będę ściemniał, że "Heartwork" i "Necroticism" to mniej istotne albumy dla mojej muzycznej edukacji.









Koncert na WFF był drugą - po ubiegłorocznym BRUTAL ASSAULT - okazją do konfrontacji z ekshumowanym Ścierwem - stąd też trudno unikać porównań. Na szczęście większość z nich można podsumować krótkim stwierdzeniem - było lepiej. Pod względem wykonawczym, brzmieniowym - kulały jedynie wiosła w tych bardziej grindowych fragmentach, gdy zlewały się w homogeniczny hałas - i scenicznej swobody. Anglicy zaprezentowali się lepiej niż z Czechach. I choć wąsaty Walker niemal odpuścił sobie żarciki z młodocianej publiki - nie żeby były żałosne czy niewybredne, ale chyba na BA zaserwował ich trochę zbyt wiele - nie było mowy o tym, by interakcja z publiką ucierpiała z tego powodu. Sam zestaw kompozycji był bardzo podobny do tego z ubiegłorocznego koncertu. Zaczęli od znanego z "Necroticism" intro "Inpropagation", w czasie którego pojawili się na scenie wyluzowani i uśmiechnięci. W jeansach, t-shirtach, trampkach. Bez napinania rzucili w publikę takimi klasykami melodyjnej rzeźni jak: "Buried Dreams", niezapomniany "Corporal Jigsore Quandary", "No Love Lost", "This Mortal Coil", rock'n'rollowy "Keep on Rotting in the Free World", "Genital Grinder". Amott czarował solówkami. Steer skupił się na zapewnieniu solidnej rytmicznej bazy. A Erlandsson napędzał zespołową machinę tak, że efekt w postaci gorącej reakcji publiczności wydawał się czymś oczywistym. Nie zabrakło elementu sentymentalno-przyjacielskiego. Tak jak w Jaromerze na scenie pojawił się Ken Owen, który przygrabiony lekko niczym Ozy wykrzyczał do mikrofonu kilka sylab i wystukał rytm we wstępie do finalnego ultra przebojowego "Heartwork". Ktoś mógłby pomyśleć, że to tani chwyt. Ale ja myślę, że to po prostu przyjaźń i lojalność wobec ciężko doświadczonego przez los kumpla każą chłopakom z CARCASS zabierać go z sobą na koncertowe wojaże.
Gdy bezlitosny skwar nieco zelżał i nad lotniskiem - na którym organizowany jest festiwal - zaczął zapadać zmrok w takt symfonicznej introdukcji na scenę wkroczyli odziany w bojowy rynsztunek norwescy black metalowcy z DIMMU BORGIR.









Wiem, że wciąż są jeszcze ortodoksi, którzy na dźwięk tej nazwy dostają wysypki. Ale pewnych rzeczy chyba nie da się przeskoczyć. Fakty są bezlitosne. Komercyjny sukces DIMMU katapultował ten band do grona najgorętszych nazw na scenie metalowej. I nie ma żadnych wątpliwości co do tego, ze sceniczna prezencja DB to efekt przemyślanej i w pełni profesjonalnej strategii, za którą stoją spore pieniądze. Wystrój sceny, dużo pirotechniki, kostiumy i makijaż muzyków to wszystko zostało spięte w ramach jednej spójnej koncepcji. W efekcie Norwegowie - od jakiegoś czasu wspomagani przez Daraya (ex-Vader) prezentują się jako sześciogłowe monstrum, wypluwające z siebie wersy pełne nienawiści do wszystkiego co dobre i piękne. Oczywiście kluczowe są tu umiejętności muzyków, a te są naprawdę solidne. To, że Darek jest znakomitym perkusistą, my tu nad Wisłą wiemy już od dawna. Gitarowy tandem Galder/Silenoz stawia ścianę monolitycznego dźwięku, nad która góruje skrzek Shagratha (częściej) lub wikiński zaśpiew Simena (niestety rzadziej). W czasie godzinnego show publika podjudzana była m.in. za sprawą iście diabelskich:" Progenies of the Great Apocalypse", "The Serpentine Offering", "Spellbound (By The Devil)" i zawsze wywołującej ciarki na plecach "Puritania".
Mroczny, choć ilustrowany bogatą grą świateł show na pewno nie zawiódł miłośników czarnej polewki. Hamburgery zabrzmiały bardzo mocno i selektywnie, co przy tak ekstremalnej muzyce nie jest wcale takie proste do osiągnięcia.
Choć występy CARCASS i DIMMU BORGIR w dużej mierze zaspokoiły mój głód dobrej muzyki nie mogłem odpuścić kolejnej okazji do konfrontacji z Maxem Cavalerą i jego ziomalami z SOULFLY.




Marcowy koncert na METALMANIA FEST pozostawił bowiem pewien niedosyt. A to za sprawą wokalnej niedyspozycji, Maxa, który coraz bardziej upodabnia się do Fidela Castro. Może te skołtunione dredy sugerują coś innego. Ale cos w tym jest. Broda i militarny uniform ewidentnie kojarzą się z El Commendante.
Na szczęście zamiast sześciogodzinnych nudnych przemówień w stylu wodza, Max woli serwować nam ultraenergetyczne koncerty, po których mało osób może rościć sobie prawo do mówienia o niedosycie.
Tak jak w Warszawie SOULFLY rozpoczął od "Blood Fire War Hate" i tłum kupił od razu stało się jasne, że lipy nie będzie. Szybkie, proste, przebojowe i surowe kompozycje z ostatniej płyty - "Enemy Ghost", "Doom" i "Unleash" - w wersji koncertowej nabierają pierwotnej, trybalnej mocy, dzięki której publika je z ręki charyzmatycznemu liderowi SOULFLY.
Jak to juz tradycyjnie ma miejsce w przypadku występów SOULFLY Max nie zapomniał o dziedzictwie SEPULTURY. Gorąco przyjęte "Refuse/Resist", "Propaganda" czy "Roots Bloody Roots" dodatkowo podgrzały i tak już mocno zgęszczoną atmosferę.
By było zabawniej muzycy bawili się z nami w metalową zgadywankę. Pojawiły się więc riffy z "Corporeal Jigsore Quandary", Master of Puppets" i "Rainin 'Blood ". Wszystkie wplecione w autorskie kompozycje zespołu.
Soulflajowe klasyki - "Primitive", "Jumpdafuckup", "I & I ", "Prophecy" i "Eye For an Eye" - oczywiście też zostały uwzględnione w setliście. W efekcie była ona niemal identyczna jak w czasie wiosennej wizyty w Polsce. Jednak jako całość koncert wywarł na mnie zdecydowanie większe wrażenie niż gig w Stodole. Noc. Duża scena. Potężne brzmienie. To wszystko złożyło się na imponujący efekt końcowy. Headliner głównej sceny mógł więc zejść z niej w glorii i chwale.
Dla tych, którzy nie znają specyfiki WFF należy się w tym miejscu wyjaśnienie, że koniec zmagań na największej arenie bynajmniej nie oznacza wyczerpania zestawu atrakcji. Taka na przykład piątkowa noc to smakowity, krwisty kąsek dla fanów death i black metalu. Pod szyldem Knuppelnacht zaprezentowali się tym razem tacy ekstremiści jak: PESTILENCE, GOD SEED, ASPHYX, HELHEIM i VADER. Niestety zmęczenie materiału dało znać o sobie i zdołałem jedynie obejrzeć solidny występ reaktywowanych Holendrów, którzy otwierali noc hałasu. Dowodzeni przez misiowatego Patricka Mammelego z Peterem Wildoerem z DARKANE za bębnami i Tony Choyem (CYNIC) z sześciostrunowym basem PESTILENCE uderzyli w zgromadzony pod namiotem tłum za pomocą takich killerów, jak: "Devouring Frenzy", "Horror Detox", "The Process of Suffocation", "Hate Suicide", "The Secrecies of Horror", "Land of Tears" i "Out of the Body". Wszystko odegrane precyzyjnie i mocno. Do zachwytów czegoś jednak zabrakło. Może większej różnorodności. Zabrakło utworów ze "Spheres". Cały koncertowy zestaw był dość jednorodny. I może dlatego mając w głowie wrażenia z całego dnia - i poprzedniej nocy - pomimo zachwytu "Death... the Brutal Way" i wrodzonego patriotyzmu, nie byłem w stanie dotrwać do występów ASPHYX i VADER. Trudno, co zrobić.

Sobota: Samobójcy i wikingowie
Dzień nr 2 zaczął się tak samo jak ten, który go poprzedzał. Czyli od niemiłosiernego skwaru. Konieczność oszczędzania sił oraz tzw. syndrom the day after spowodowały, że pod sceną zameldowaliśmy dopiero tuż przed występem SUICIDAL TENDENCIES.




Sentyment jakim darzę twórców "Lights, Camera... Revolution" nakazał mi pokonanie marazmu. Gdy przy dźwiękach do introdukcji "You Can't Bring Me Down" na scenę wskoczył Mike Muir gęba sama mi się uśmiechnęła. Przydomek Cyco Miko wydaje się bowiem jak najbardziej uzasadniony. Muir w imię zasady PZU (Pier***ty zawsze uśmiechnięty) wyglądał jakby zaaplikowano mu pokaźną dawkę rozweselaczy.
Cyco Miko w obowiązkowej bandanie na głowie i długich białych podkolanówkach hasał po scenie w najlepsze przy akompaniamencie największych hitów z repertuaru S.T. Publiczność była zachęcana do podskoków przy dźwiękach m.in. "War Inside My Head", "Send Me Your Money", "Trip At The Brain", "Possessed To Skate" i "How Will I Laugh Tommorow". Od strony wykonawczej i brzmieniowej wszystko trzymało się kupy. Choć trzeba przyznać, że nie mówimy tu o jakimś spektakularnym wydarzeniu.
Być może pewnym minusem, rzutującym na odbiór koncertu, jest zapewne fakt, że oprócz wokalisty w składzie S.T. jest tylko jeden człowiek, który pamięta czasy sprzed reunion z 1996 roku jest gitarzysta Mike Clark. Ale chyba nie mogło być inaczej. Co do Trujillo to sytuacja jest oczywista. Rock George zasilił FISHBONE. A R.J. Herrera chyba na dobre zniknął ze sceny. W efekcie trudno mi mówić, o jakimś szczególnie mocnym, emocjonalnym doznaniu. Fajnie było móc zobaczyć ten gig., Ale nic więcej.
Po krótkiej przerwie przyszedł czas na drugą rundę jednego z najbardziej oczekiwanych przeze mnie festiwalowych pojedynków. SOULFLY poprzeczkę zawiesił wysoko. Ale pomny występu na METALMANII 2007 wiedziałem, że SEPA nawet bez Cavalerów jest w stanie zagrać znakomicie.




Tym razem jednak tak dobrze nie było. Przez cały czas trwania występu brazylijskiej legendy nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zespół nie jest w szczytowej formie. Być może było tak za sprawą kiepsko dobranej setlisty. Zamiast walnąć nas między oczy którymś z legendarnych hiciorów, panowie zaczęli od zestawu piosenek z najnowszej, koncepcyjnej płyty "A-Lex". Sam album nie jest najgorszy. Ale może okoliczności - występ w środku dnia przy palącym słońcu - sprawiły, że "Moloko Mesto", "Filthy Rot" i "What I Do!" zamiast porywać, sprawiały wrażenie nużących. Nagłośnienie nie należało do idealnych. Derrick Green także wydawał się lekko wyzuty z entuzjazmu. Paulo Jr - tak jak może sugerować jego wygląd - niczym stateczny pan przechadzał się po scenie. Tylko Andreas Kisser ze sporym zaangażowaniem machał dyńką. Co oczywiste publika ożywiła się, gdy zapodano nam zestaw klasyków: "Troops of Doom", "Refuse/Resist", "Escape to the Void", "Arise", "Roots Bloody Roots" i "Territory". Te utwory nawet odegrane na pół gwizdka zmiatają z powierzchni ziemi wszystko co SEPULTURA stworzyła po rozstaniu z Maxem. Końcowa ocena nie może więc być tak jednoznacznie krytyczna. Ale z korespondencyjnego boju SOULFLY wyszedł z podniesioną przyłbicą.
W mgnieniu oka przenieśliśmy się w czasie i przestrzeni. Z amazońskiej dżungli - za sprawą wikingów z AMON AMARTH - przenieśliśmy się na zamglone skandynawskie fiordy, skąd drakkary ruszały na kolejna łupieżcze wyprawy.




AMON AMARTH to - jak przekonałem się już na WFF dwa lata temu - nazwa, która elektryzuje naszych zachodnich sąsiadów. Well... im też nieobce w końcu grabieżcze zapędy. Stosunkowo prosta, motoryczna muzyka szwedzkiej ekipy znakomicie sprawdza się jako soundtrack do machania dynią i wznoszenia kolejnych, piwnych toastów. A to akurat nasi zachodni sąsiedzi cenią sobie w stopniu znaczącym.
Przy dźwiękach bitewnej zawieruchy rozpętanej przez "Twilight of The Thunder God", "Free Will Sacrifice" i "Versus The World" blondwłosi brodacze dowodzeni przez Johanna Hegga zaserwowali nam iście ognistą ofensywę. Obok DIMMU występ AA był chyba najbardziej dopracowanym pod względem wizualnym koncertem WFF. Ognie buchały z przodu, tyłu i boków sceny.
Rześkie i żwawe numery przeplatały te bardziej rytmiczne i marszowe. Dzięki temu zespół umiejętnie dawkował napięcie. O ile pamięć mnie nie myli w setliście znalazły się takie hiciory jak "Varyags of Miklagaard", "Guardians of Asgaard"", "Fate of Norns", "Ride for Vengeance" i nieśmiertelne hymny "Death in Fire" oraz "Victorious March". Szlifowane na wielomiesięcznych trasach i podlany morzem alkoholu metalowo-wojenny image i sceniczna charyzma po raz kolejny pozwoliły Szwedom chwycić publikę za grdyki i w żelaznym uścisku trzymać przez bite 60 minut występu.
W końcu przyszedł czas na headlinera drugiego dnia tegorocznej edycji WFF. Metalcore'owcy z New Haven cieszą się po zachodniej stronie Odry statusem zespołu, który bez problemu jest w stanie dźwignąć oczekiwania jakie stawia się kapeli występującej jako główna gwiazda koncertu, na który zjeżdża ponad 30 tys. fanów. Z jednej strony to nie dziwi. Lata scenicznych wojaży, dzięki której HB zbudował pokaźną bazę fanów. A przede wszystkim walory inspirowanej tym co najlepsze w thrash, death i groove metalu oraz spuścizną sceny HC muzyki. Z czym wiąże się dobra sprzedaż albumów. To wszystko przekłada się na niewątpliwy sukces. Ale z drugiej muzyka HB nie jest niczym na tyle wyjątkowym, by zmuszać do bicia czołobitnych pokłonów. Taki chociażby MASTODON jest zespołem o mile świetlne bardziej innowacyjnym i progresywnym. Ale do roli głównej gwiazdy wieczoru wciąż mu daleko. Zapewne duże znaczenie ma fakt, że Jamey Jasta to facet, który - podobnie jak Nergal w BEHEMOTH - trzyma w garści wszystkie sznurki i w odpowiednich momentach pociąga za te właściwe. Dzięki słusznym decyzjom kariera HB nabrała takiego rozmachu, że dziś mogę się zastanawiać dlaczego zespół grający muzę pasującą idealnie do zadymionego i spoconego klubu, prezentuje się na scenie rozświetlonej niczym w czasie koncertu zdecydowanie mainstreamowych actów w rodzaju np. fińskich rozrabiaków z CHILDREN OF BODOM. To pytanie w dalszym ciągu kołacze się po łepetynie. Ale w obliczu konfrontacji z takimi metalcore'woymi ciosami jak: "Defeatist", "To the Threshhold", "Destroy Everything", "As Diehards as They Come", "Live for This", "Doomsayer", "This is Now" i "Beholder of Justice" czy reprezentującego najnowszy krążek z coverami "Thirsty and Miserable" z repertuaru BLACK FLAG straciło nieco na znaczeniu. Żywiołowa sceniczna prezencja zrekompensowała brak niespodzianek. Na nowy studyjny materiał HATEBREED czekamy już od 2006 roku.
Zew Żołądkowej Gorzkiej okazał się na tyle mocny, że odpuściliśmy uczestnictwo w Saturday Night Fever. Druga festiwalowa noc upływa zawsze w rytmie rock'n'rolla i jego pochodnych. Ale nasze plany nie uwzględniały już konfrontacji z występami m.in.: THE CARBURETORS i D.A.D.
Usprawiedliwi mnie też to, że musiałem też w pełni dojść do siebie po jeszcze jednym - mało przyjemnym - wydarzeniu. W drodze pod scenę - przed koncertem AMONAMARTH padłem ofiarą przypadkowego wypadku. Ciągnięty po ziemi przez nierozgarniętego Niemca - przywiązany żyłką - pręt rozciął mi łydkę. Musiałem więc skorzystać z pomocy wykwalifikowanych służb medycznych. Na szczęście nie zostałem przetransportowany do pobliskiego szpitala - jak kilku innych delikwentów, których miałem okazję zobaczyć w namiocie oznaczonym czerwonym krzyżem - ale i tak musiałem być już bardziej ostrożny.

Niedziela: New Orlean Orgasmatron
Wszystko co dobre zbyt szybko się kończy. Ta myśl przywitała mnie tuż po przebudzeniu w niedzielny poranek. Druga była jednak zdecydowanie bardziej porażająca: Gdzie jest mój portfel? Co z telefonem? Dokładne przeszukanie wszelkich podejrzanych miejsc - w tym okolic namiotu przypadkowo poznanych dzień wcześniej Niemców - polnische vodka gut! - oraz wizyta w biurze rzeczy znalezionych - możecie wierzyć lub nie w kartonach leżało tam ze 100 sztuk zagubionych portfeli - nie dały rezultatu. Szybkie telefony do kraju. Blokada kart płatniczych. Solidny opieprz od małżonki i już nie trzeba było niczego więcej, by tendencje samobójcze wzięły górę nad chęcią kontynuowania imprezy. Na szczęście w myśl zasady wszystko dobre, co się dobrze kończy, sprawy przybrały zupełnie inny obrót po przebudzeniu Górala, który z porażającą szczerością poinformował, że wieczorem cały mój dobytek został przecież zdeponowany w jego bagażu. 16-tonowy odważnik spadł mi z serca i mogłem oddać się oczekiwaniu na atrakcje trzeciego dnia WFF.
Pod główną scenę dotarłem gdy zdemontowała się już młodzieżowa ekipa post IN FLAMES-owskich klonów: RAUNCHY, DEADLOCK, PARKWAY DRIVE. Montowali się na niej społecznicy z IGNITE. Melodyjny, skoczny i lajtowy punkujący hc z Kalifornii akurat nie męczył na tyle, by skłonić do rejterady w inne rejony. Pozytywny przekaz muzyki i tekstów zespołu z Orange County w słoneczne popołudnie wydawał się jak najbardziej na miejscu. Ckliwiej zrobiło się, gdy wokalista Zoli - z pochodzenia Węgier - oświadczył, że zdiagnozowano u niego raka. Ale pomimo tego nie zamierza się poddawać. I chce, by wszyscy, którzy znajdą się w podobnej sytuacji także nie poddawali się. Za taką postawę można naprawdę podziwiać faceta. Ale oczywiście nie tylko dlatego gig IGNITE mógł się podobać. W końcu to core'owo-rockowo-metalowy festiwal a nie żerujący na najniższych instynktach telewizyjny show w stylu "Momentu prawdy". IGNITE po prostu zagrali bardzo solidny gig.
Nie da się jednak ukryć, że wrażenia musiały przyblaknąć już po chwili. Bo po scenie zaczęli kręcić się brodaci techniczni. Jeden z nich odziany w dżinsowe ogrodniczki wyglądał jakby wyjęto go z filmu drogi, gdzie głównemu bohaterowi w samym środku nigdzie psuje się samochód i na warsztat bierze go podejrzany typ, który oświadcza, że na części trzeba będzie poczekać co najmniej tydzień.
Kamerzyści podgrzewali atmosferę - gdy na telebimie pojawiły się kadry z backstage'u gdzie Phil Anselmo i jego kompanii szykowali się do koncertu.









Publika nie wykazała się wstrzemięźliwością i głośno dawała wyraz zniecierpliwieniu. W końcu pojawili się i spuścili nam taki łomot, że grzechem byłoby prosić o więcej. Sceniczny luz. Rewelacyjny southern'owy sound. Potęga riffu. I charyzma Phila - który chyba był pod lekkim wpływem - którego wokal po prostu ciął powietrze na kawałki. To wszystko oraz morderczy zestaw: "Eyes of the South
", "New Orleans is a Dying Whore", "Lysergic Funeral Procession", "Lifer", "NOD", Hail the Leaf" Ghost Along the Mississippi", "Stone the Crow" i "Bury me in Smoke" - zakończony przez ekipę techniczną, która przejęła od muzyków instrumenty - złożyło się na koncert, który w tamtej chwili był dla mnie zdecydowanie najlepszym występem całego festu. DOWN przybył, zagrał i zniszczył.
Występ legendy punk rock'a z Kalifornii czyli SOCIAL DISTORTION był okazją do wzięcia oddechu przed koncertem, na który czekałem od lat. Tak się złożyło, że oto po raz pierwszy w życiu miałem mieć okazję, obejrzeć w akcji legendę o bezdyskusyjnej wielkości - MOTORHEAD.









Gdy na scenę wkroczyli: Lemmy z nieśmiertelnym petem i Phil Campbell w nieodłącznej czapie, zgromadzony przed nią tłum ryknął, usłyszeliśmy nieśmiertelne "Good evening... We are Motörhead... and we play rock 'n' roll", a z głośników buchnęły pierwsze takty "Iron Fist" wiedziałem, że będzie dobrze. Znakomite brzmienie. Świetne światła. Od pierwszych chwil wszystko funkcjonowało niczym mechanizm szwajcarskiego zegarka. Lemmy i spółka dokładali do pieca "Stay Clean", "Be My Baby" i reprezentujący najnowsze dzieło ("Motorizer") "Rock Out" solidnie schłostały ludożerkę potęgą rock'n'roll'owegodrive'u.
Kolejne w zestawie: "Metropolis", "Over The Top", "One Night Stand" z mojego ulubionego w ostatnich latach "Kiss of Death"' "The Thousand Names Of God", Another Perfect Day" i "In The Name Of Tragedy" przpelatane były gitarowym solem Campbella i perkusyjnym popisem Mikeya Dee. Na mój gust mogli sobie odpuścić te wszystkie ozdobniki i dorzucić do zestawu chociażby "No Voices In The Sky". Ale na szczęście pamiętny "1916" był reprezentowany przez "Going To Brazil". Lemmy bardzo oszczędnie prowadził konferansjerkę. Dłuższy wywód zapodał jedynie przy okazji "Just 'Cos You Got The Power", gdzie dał wyraz swojej niechęci do polityków. Podstawowy set zwieńczył "Killed By Death" odśpiewany przez Kilmistera wspólnie z biuściastą brunetkę. Na szczęście widzieliśmy, że to nie koniec "Jak będziecie głośno krzyczeć, wrócimy" - zapowiedział Lemmy tuż przed zejściem ze sceny.
I faktycznie wrócili "Ace of Spades" i "Over Kill" zakończyły ten fe-no-me-nal-ny występ. Jak na swoje lata Lemmy wciąż jest w rewelacyjnej formie. Jego kompanii ani na trochę nie odstają. W efekcie MOTORHEAD poraża witalnością i rock'n'roll'owym czujem, którego mogą Anglikom - wiem, że Dee to Szwed - którego wielu może im tylko pozazdrościć. MOTORHEAD zdetronizował DOWN w rankingu na najlepszy zespół tegorocznej edycji, ale to akurat nie ma większego znaczenia. Ważne jest to, że koncert był godnym zwieńczeniem tej znakomitej imprezy. I choć w ramach THE LAST SUPPER, ci którzy nie mieli dość mogli zregenerować siły przy smutnych dźwiękach ANATHEMY i MY DYING BRIDE, my wiedzieliśmy, że nic lepszego nas już tutaj nie spotka. Wyruszyliśmy więc w drogę powrotną, w której o dodatkowe atrakcje zadbało ustrojstwo zwane Psem. Ale to już zupełnie inna historia...

Tekst i zdjęcia: Maciej Miskiewicz

Tagi:
MOTORHEAD, DOWN, HATEBREED, SOULFLY, SUICIDAL TENDENCIES, CARCASS, MASTODON, AMON AMARTH, DIMMY BORGIR, SEPULTURA, PESTILENCE, VADER, ASPHYX, CRO-MAGS, TERROR, SOCIAL DISTORTION, MUCKY PUP

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews