XV BRUTAL ASSAULT FESTIVAL - relacja z festiwalu w Josefovie, 12-14.08.2010

Nie będę specjalnie odkrywczy, ale trzeba przyznać, że w dziedzinie tzw. metalowych open airów nasi południowi sąsiedzi mają rozmach. Nic więc dziwnego, że zadbali o to, by jubileuszowa, piętnasta edycja Brutal Assault obsadzona była wyjątkowo mocno. Obok klasyków wielu podgatunków muzycznej ekstremy na dwóch scenach, przez trzy sierpniowe dni zaprezentowali się także ci, którzy są dziś w awangardzie gatunku i wyznaczają nowe standardy w dziedzinie metalowego hałasu.
Po raz trzeci gościny uczestnikom metalowego spędu udzieliły mury wojskowej twierdzy Josefov, położonej koło miejscowości Jaromer. Niewielka odległość od polskiej granicy i atrakcyjna cena skłoniły już tradycyjnie liczną rzeszę nadwiślańskich maniaków do wyprawy do kraju piwa i knedlików. Mowę ojczystą można było usłyszeć dosłownie na każdym kroku.
Od strony organizacyjnej niewiele zmieniło się w porównaniu z ubiegłoroczną edycją. Znów na głównym dziedzińcu, obok siebie stanęły dwie sceny. Dzięki specyficznej konwencji - zespoły grają naprzemiennie na obu festiwalowych arenach - można uniknąć problemów z nakładaniem się na siebie występów artystów, których chcielibyśmy obejrzeć. Vis a vis sceny urządzono trybunę widokową. Trawiasty dziedziniec na tyłach twierdzy zaanektowany został przez właścicieli stoisk z wszelkiej maści muzycznym asortymentem: płytami, koszulkami, biżuterią, etc. Tam też rozłożyło się Horror Cinema, gdzie zmęczeni oglądaniem scenicznych bojów zawodnicy, mogli zregenerować siły w towarzystwie bohaterów kultowych produkcji kina grozy. A w namiocie meet'n'greet muzycy rozdawali autografy i pozowali do wspólnych fotek.
Oczywiście nie zabrakło stoisk gastronomicznych, na których nieodmiennie królowały: klobasy, langose i inne przysmaki mało wyszukanej fast foodowni. No i namiotów, w których rozlewano tym razem aż pięć rodzajów złocistego płynu. Nowością w dziedzinie zaopatrzenia w trunki był bar oferujący wina. Nieco bolesnym był jedynie fakt, że cena żetonu znów poszła w górę i w efekcie przetrwanie festiwalu w dobrej formie lub znieczulenie się za pomocą halucynogenów w płynie kosztowało kilka koron więcej niż w latach ubiegłyvh.
Na festiwalu najważniejsza jednak jest oczywiście - poza pogodą, która tym razem poza jednym wybrykiem dopisała - muzyka. Przejdźmy więc do meritum. Czwartkowe zmagania zaczęliśmy obserwować tuż przed 16. Ku naszemu zaskoczeniu na scenie nie pojawili się jednak neo-thtrashersi z Bonded By Blood - jak się okazało, nie była to jedyna pomyłka w tegorocznej rozpisce - postanowiliśmy więc przywitać się z zaprzyjaźnioną ekipą z Opavy (hello Rostik! hello Oskar!) i powrócić pod scenę, gdy produkowali się na niej fińscy grindcore'owcy z Rotten Sound. Wbrew nazwie dźwięk nie był tragiczny. Wręcz przeciwnie kwartet z Vaasa dołożył do pieca mięsistym wygrzewem i schodził ze sceny w całkiem dobrym nastroju. A że Czesi lubią grindcorowe wyziewy, to i publika też nie narzekała.
Odpuszczamy sobie "klimatologów" z Trail of Tears i wracamy, gdy na scenie pojawili się greccy thrashersi z Suicidal Angels. Czarne t-shirty, obowiązkowe długie baty i groźne miny. Od razu powiału oldskulem. Muzycznie też. Komplikacja utworów z dwóch wydanych już albumów i premierowy kawałek z nowego, niewydanego jeszcze materiału daje się streścić hasłem: death thrash. Było dzybko, rześko i dośc bluźnierczo, tak można w trzech słowach podsumowac show ekipy Nicka Melissourgosa i jego kompanów. W tłumek poleciały takie tracki jak: "Pestilence of Saints", "Bloodthirsty", "Vomit On The Cross" czy "Inquisition". Solidny show.
Następni w zestawie byli Amerykanie z The Black Dahlia Murder. Panowie pojawili się na scenie około godziny 18 i bawili się znakomicie. Zaczęli od "Everything Went Black", później usłyszeliśmy jeszcze: "Elder Misantrophy", "Statutory Ape", "Necropolis", "What A Horrible Night To Have A Curse", "Funeral Thirst", "Miasma", "Deathmask Divine" i na koniec "I Will Return". Zespół na scenie dawał z siebie wszystko, koncert był bardzo energetyczny, niestety jest jedno ale... Rozumiem, że nie każda deathmetalowa kapela musi stroić groźne miny, że nie wszyscy muszą mieć czarne koszulki i bojówki, tudzież tak bardzo ostatnio modne quasi militarne uniformy. Jednak hawajskie spodenki w modne palemki u frontmana takiego combo, to chyba lekkie faux pas. Trevor Strnad, ze swym wydatnym brzuszkiem i z rzeczonymi szortami bardziej nadawał się na plażę z niemieckimi emerytami, niż na deski sceny BA. Rozumiem jednak konwencję, w której poruszają się Dalie, jestem więc wyrozumiały. Zresztą, każdy kto widział ich ostatnie DVD był chyba przygotowany na coś takiego.
Serce zabiło mocniej, gdy na scenę wkroczyli: brodaty właściciel najbardziej chyba charakterystycznych worów pod oczami w świecie death metalu Trevor Peres, znany z Six Feet Under Terry Butler i gitarowy obieżyświat Ralph Santolla. Za perkusją zameldował się Donald Tardy i 4/5 aktualnego składu Obituary zaczęło od "Redneck Stomp". Od razu przed oczami stanęły kultowe kasety firm Takt i MG i czasy, w których charakterystycznego logo zespołu zdobiło niemal każdą ostatnią stronę w szkolnym zeszycie. Po chwili pojawił się sam John Tardy. Mimo upływu lat dysponujący równie bujną czupryną jak na koncertowym teledysku do "Turned inside Out", którym epatował swego czasu Headbangers' Ball. Co jednak ważniejsze Tardy nie stracił niczego z mocy swojego, jakże charaterystycznego wokalu - czy też raczej wyziewu - który bez dwóch zdań jest trade markiem klasyków z Florydy. Upiększone wyryczanymi przez wokalistę partiami wspomniane już wcześniej "Turned Inside Out" i inne evergreeny z "dwójki" ("Chopped In Half", "Dying", "Find The Arise") zabrzmiały tak jak powinny. Staroświecko i klasycznie. Santolla wyciągał zawodzące solówki. Butler i Tardy zapewnili solidny rytmiczny kościec, na którym oparły się konstrukcje takich szlagierów jak "Evil Ways" czy zagranego na koniec "Slowly We Rot". Obituary są żywą skamieliną death metalu, ale jako tacy są potrzebni, by młodzież mogła na własne uszy przekonać się, jakie znaczenie dla sceny miała fala, która wyniosła Florydę na metalowy piedestał wczesnych lat 90.
Zdaję sobie sprawę z pozycji jaką w światku folk metalowym zajmują Finowie z Ensiferum. Przyznaję jednak otwarcie, że metal z malowanej skrzyni to nie moja para kaloszy. Tym niemniej z dziennikarskiego obowiązku postanowiłem rzucić okiem i uchem na występ facetów - i jednej niewiasty - w spódniczkach. Entuzjazmu starczyło mi na niespełna kwadrans. Banalne melodyjki, wioskowo-biesiadne refreny i ogólnie rustykalny klimat, sprawiły, że pozbawiony entuzjazmu odmeldowałem się na z góry upatrzone pozycje.
Francuskie monstrum Gojira potwierdziło swoją reputację jednego z najbardziej oryginalnych i wartościowych aktów na scenie ekstremalnego grania. Około godziny 20 rozbrzmiał charakterystyczny riff i zespół "Oroborusem" rozpoczął jeden z najlepszych koncertów tegorocznej edycji BA. Perfekcyjne odegranie kawałków, a przy tym spontaniczność i żywiołowość. Mario Duplantier wyczyniał cuda na swym zestawie, Jean Michael Labadie grał na basie w swój charakterystyczny sposób, Christian Andreu to moshowanie non stop, no i mistrz ceremonii, Joe Duplantier, który raz czystym, raz growlującym wokalem wyrzucał z siebie niebanalne teksty. Tego wieczora mogliśmy usłyszeć jeszcze: "Backbone" (ten motyw w drugiej połowie utworu na żywo po prostu wbijał w ziemię!!), "Flying Whales" (podczas którego była ściana śmierci), "Toxic Garbage Island", "The Art Of Dying" oraz "Vacuity". W zestawie zabrakło mi chociażby "To Sirius", no ale cóż, nie tylko ja miałem przeświadczenie, że koncert był za krótki.
Następni w rozkładzie jazdy widnieli herosi z Lock Up, ale zamiast nich pojawili się panowie z Sepultury. Na centralkach naciągi z trybalną "eską" i napisem odnotowującym 25-lecie istnienia grupy. I faktycznie mocno przekrojowy set zdawał się być skonstruowany z myślą o podsumowaniu bogatej kariery brazylijskiej formacji. I choć Andreas Kisser i jego kompanii zaczęli od "Moloko Mesto" z najnowszego albumu "A-lex", ale później było już baardzo klasycznie. Huraganowy atak "Arise". Rytmiczna moc "Refuse/Resist" i pierwotna energia "Troops of Doom" porwały publikę. Znakomite nagłośnienie - jeden z lepszych pod tym względem koncertów wieczoru, do tego dosżły fajnie pracujące światła - pozwoliło publiczności delektować się takimi klasykami thrashu jak "Escape To The Void", "Territory", "Inner Self" czy "Ratamahatta". Derrick Green choć nie jest postacią na miarę Maxa rzetelnie wypełnia obowiązki wokalne i gdy set zwieńczył hymn "Roots Bloody Roots", Sepa schodziła ze sceny w glorii i chwale. Aż strach pomyśleć, co by było gdyby wrócili w najsłynniejszym składzie.
Piewców industrializacji miałem okazję oglądać po raz drugi w ciągu sześciu tygodni. Fear Factory w gwiazdorskim składzie - sekcja rytmiczna Hoglan - Stroud musi robić wrażenie - mimo wszystko nie jest tak zabójczo precyzyjna jak w wersji studyjnej. Na pierwszy ogień odpalono "Mechanize". Później przyszedł czas na kolejne mechaniczne przeboje: "Shock", "Edgecrusher", "Acres of Skin". Więcej niż rzetelne bębnienie Hoglana napędziło kolejne petardy z nowego krążka "Powershifter", "Fear Campaign" i "Christploitation". Nie da się jednak ukryć, że Bell trochę niedomagał i partie czystego śpiewu nie zabrzmiały odpowiednio. Na deser dostaliśmy zestaw przebojów z pierwszych dwóch albumów "Martyr", "Demanufacture", "Self Bias Resistor" i "Replica". Nacisk na "dwójkę" nie dziwi. To do dziś najlepszy materiał w dorobku FF.
Gwiazdami pierwszego festiwalowego wieczoru były - nie takie już znowu młode - dzieciaki znad jeziora Bodom. Bodajże ze dwa lata temu miałem już raczej średnią przyjemność obserwować Children Of Bodom w roli headlinera jednego z wieczorów na With Full Force - i niestety moje mało entuzjastyczne ówczesne obserwacje w większośći potwierdziły się i tym razem. Bo choć od strony wykonawczej trudno się do czegokolwiek przyczepić, to juz od emocjonalnej już tak. Te wszystkie "motherfuckery" i "fucki" obficie rzucane przez Aleksiego nie są w stanie przesłonić wrażenia, że to taki sztuczny bunt, chłopców z parapetem na pierwszej linii frontu. Nie mam nic do COB, ale tak jak w czasie odsłuchu z płyt czerpię z obcowania z melodyjnym death metalem w wykonaniu Finów całkiem sporo przyjemności, tak w czasie koncertów pozostaję obojętny. I nawet zestaw hiciorów z "Follow The Reaper". "Hate Crew Deathroll", "Needled 24/7", "Every Time I Die", "Living Dead Beat", "Sixpounder", "Blooddrunk ", Angels Don't Kill ". "Hate Me!" i "Downfall" nie jest w stanie tego zmienić. Statyczne zachowanie muzyków niweluje sporą część przyjemności z oglądania takiego występu. Brak ognia i jazdy po bandzie. To refleksje, które naszły mnie po obejrzeniu występu Finów.
Około 23.30 pojawił się Gorgoroth. Po skandalu, jaki wywołali koncertem w Krakowie przed kilku laty, oczekiwałem równie mocnego show na BA. Niestety panowie zaprezentowali się w klasycznie blackowym rynsztunku i dość statycznie odgrywali swoje utwory. Zahaczyłem wiec w międzyczasie o namiot piwny i powoli czekałem na kolejnego wykonawcę - Candlemass.
Szwedzi zaczęli od "March Funebre", Robet Lowe co chwila zachęcał publikę do wykrzesania z siebie jeszcze trochę sił (jesteście tu od rana? Mieliście więc czas poćwiczyć, dajcie z siebie wszystko). Usłyszeliśmy zatem "Dark Are The Veils Of Death", "Mirror Mirror", "Samarithan", "If I Ever Die", "Hammer Of Doom", "Emperor Of The Void", "At The Gallows End", a na zakończenie "Solitude". To jeszcze nie był koniec. Zaraz po nich na deskach pojawili się Kanadyjczycy z Despised Icon, którzy na otwarcie zaprezentowali "All For Nothing". Niestety, zmęczenie dawało już o sobie znać i musiałem ewakuować się w stronę namiotu. Z kronikarskiego obowiązku nadmienię tylko, że ostatnim bandem, który prezentował się tego dnia był GWAR. Z tego co słyszałem od kumpla, na scenie działy się ciekawe rzeczy, a ci którzy znaleźli się zaraz pod nią, następnego dnia mieli niezły zgryz, bo farba, którą polewali artyści nie dawała się tak łatwo usunąć. Stąd podczas porannej toalety drugiego dnia festiwalu przy kranikach dało się słyszeć swojskie: k***, co to jest? jak to cholerstwo zmyć?
Piątek: Żywioły Townsenda i krawy anioł z Japonii
Piątkowe zmagania rozpoczęły się dla nas wraz z występem Proghma C. Zespół pokazał, że można grać trudne dźwięki nie tylko ze skupieniem na twarzy, ale i z masą uczuć. Proghma-C cały czas promuje swoją debiutancką płytę "Bar-do Travel", no i to właśnie kompozycje z niej składały się na program występu, zakończonego, podobnie jak płyta, coverem Bjork "Army of Me". Pomimo wczesnej pory tłum pod sceną dał się czarować i hipnotyzować dźwiękom generowanym przez muzyków i można tylko sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby kapela grała po zmroku, przy odpowiedniej grze świateł i z pełno wymiarowym setem.
Kolejny etap batalii to Monstrosity. Ekipa z Florydy zawiodła. A bardziej precyzyjnie rzecz określając, zawiodła ekipa techniczna Amerykanów. Nawiasem mówiąc polskojęzyczna w dużej części. Techniczni kręcili się po scenie tak długo, że występ zespołu został skrócony o mniej więcej kwadrans. Gdy weźmiemy pod uwagę, że set miał pierwotnie trwać minut 40, widać, że zmagania z oporną materią sporo uszczknęły. Do tego doszło jeszcze około dwuminutowe intro i dopiero, gdy ono wybrzmiało zespół zabrał się do rzeczy. Efekty okazały się mocno przeciętne. Umiarkowany entuzjazm muzyków, chyba lekko zniesmaczonych całym zamieszaniem, dołożył swoją cegiełkę. W efekcie kilka utworów, które usłyszeliśmy - m.in. "Firestorm" - dysponowało mocą daleką od nokautującej.
Prawdziwie powalający był za to występ jakże egzotycznej atrakcji. Japońska bestia Sigh to jedno z najoryginalniejszych zjawisk na scenie post-blackmetalowej. Atrakcją był już sam image zespołu. Uwagę męskiej części publiczności przyciągała przede wszystkim, odziana w - kojarzący się nieco z imidżem Dody - zakrwawiony anielski strój Dr. Mikannibal, Wokalistka skrzeczała równie eksperesyjnie co jej kompan Mirai Kawashima - ten dla odmiany w samurajskim mundurku i od czasu do czasu sięgała po saksofon. Z innych atrakcji odnotować można jeszcze podpalenie księgi - Biblii ? - przez wokalistkę. Sigh to zespół z upodobaniem łamiący gatunkowe konwenanse, ale szanujący klasykę. Być móże dlatego zestaw pokręconych utworów zwieńczył cover Venom "Black Metal".
Przerwa piwna przedłużyła się na tyle, że pod scenę powróciłem w czasie koncertu Ill Nino. Ekipa z New Jersey poczęstowała publikę ekspresyjną mieszanką: nu metalu i latynoskich rytmów. Christian Machado robił użytek z imponującego owłosienia, a jego koledzy z zapałem dorzucali do pieca kolejne mocno soulflajowe w klimacie kompozycje. Tych kilkanaście minut przekonało mnie, że w wersji live oparta na pierwotnej rytmice muzyka grupy niesie w sobie spory ładunek energii.
Kolejni w zestawie ojcowie ekstremalnego hard core’a Converge – koncert aż kipiał energią, wokalista Jacob Bannon biegał po całej scenie, basista Nat Newton odprawiał jakiś chaotyczny taniec, a każdy utwór to była istna petarda. Równie energetyczny był występ Lock Up, w którego wchodzą Tomas Lindberg, Shane Embury, Nicholas Barker oraz Anton Reisenegger, nazwiska, które nie są obce żadnemu miłośnikowi ciężkich brzmień. Wiele sobie po tym występie obiecywałem i nie zawiodłem się. Widać, że Tompie brakuje chyba regularnych tras, bo dawał z siebie wszystko, no i dobrze się przy tym bawił, Embury także się nie oszczędzał, a przecież za kilka godzin miał jeszcze grać pełen set z Napalm Death.
Bez dwóch zdań najbardziej oczekiwanym koncertem tegorocznej edycji BA był dla mnie występ Devina Townsenda. Odziany w elegancką marynarkę kanadyjski muzykoholik osobiście pilnował przygotowań sprzętu na scenie i z uśmiechem zapewniał niecierpliwiącą się publikę, że lada moment show ruszy. A gdy już ruszył, rozpętało się prawdziwe piekło. Ulewa w 10 minut zmieniła twierdzę Josefov w port. Kompletnie przemoczony musiałem udać się do namiotu, by wymienić odzież wierzchnią na suchą. Trochę straciłem. Ale i tak to, co zobaczyłem pozwala mi autorytatywnie stwierdzić, że występ formacji Devina był jednym z absolutnych highlightów festiwalu. Łysy jak kolano Townsend stroił groźno-śmieszne miny i dorzucał do pieca kolejne kawałki "Addcited", "Supercrush", "Kingdom", "OM" Deadhead" czy też "Life". HewiDewi w wyśmienitym humorze opuszczał scenę i zapewniał, że niedługo powróci. Miejmy nadzieję, że nie rzucał słów na wiatr.
Chwila przerwy i totalna zmiana klimatu. Godzina z Cannibal Corpse to doświadczenie porównywalne chyba jedynie do zmiażdżenia twarzy młotem połączonego z podduszaniem i nacinaniem powłoki skórnej pordzewiałym narzędziem. Ekipa z Florydy to bez dwóch zdań jedna z najskuteczniejszych deathmetalowych koncertowych machin na świecie. Fisher zdzierający gardło w wyżyłowanym growlingu i nadwyrężający kark w szalonym haedbangingu wygląda niczym rasowy psychopata. Wokalista wspierany jest przez gitarowy tandem Barrett - O'Brien. Zwłaszcza ten drugi wiosłowy także nie oszczędza kręgów szyjnych. Właściwy puls w żyłach tego pięciogłowego zombie zapewnia prof. Webster, który jest szarą eminencją zespołu. Zestaw "szlagierów" otworzył "Scalding Hail" z najnowszego krążka. Po czym nastąpił morderczy rajd przez dyskografię weteranów z Florydy: "Unleashing the Bloodthirsty", Sentenced to Burn", "I Will Kill You", "I Cum Blood", "Evisceration Plague", Death Walking Terror", "Make Them Suffer", "Priests Of Sodom", "Staring Through The Eyes Of The Dead", "Hammer Smashed", "Stripped, Raped And Strangled". Zespół zabrzmiał mocno i potężnie. Muzycy uwijali się jak w ukropie i w efekcie był to chyba najlepszy deathmetalowy akt tegorocznej edycji festiwalu.
Rollercoaster muzycznych emocji nie zwalniał, bo kolejny w zestawie Ihsahn zafundował jakże odmienne dźwięki. Człowiek odpowiedzialny za artystowskie ambicje Emperor już dawno na swej muzycznej drodze odrzucił konwenanse i ruszył drogą progmetalowej awangardy. Wsparty młodymi muzykami z Leprous Vegard Sverre Tveitan zaprezentował zestaw kompozycji ze swych trzech solowych krązków. "The Barren Lands", "A Grave Inversed", "Scarab", "Emancipation", "Invocation", "Called by the Fire", "Unhealer" i "Frozen Lakes on Mars". Kosmiczne pejzaże mieszały się w wybuchami wściekłości. Partie czystego wokalu zabrzmiały wyjątkowo dobitnie i czysto. Pod nocnym niebem - minęła już północ - dźwięki ansamblu z Norwegii brzmiały niemal magicznie i występ ex-lidera zespołu na E. był kolejnym, po którym musiałem z zazdrością wzdychać. Bo skoro można w Czechach, to dlaczego nie u nas?
Ostatnim aktem sobotniej nocy był występ legendy grind core'a. Napalm Death to zespół-instytucja. Ale instytucja, która bynajmniej nie odwołuje się jedynie do zasług z coraz bardziej odległej przeszłości, ale też dba o to, by nie stać się żywą skamieliną. Szkoda, że od czasu odejście Jesse Pintado - R.I.P. - Brytyjczycy występują w czterosobowym składzie. Druga gitara na pewno wzmocniłaby siłę koncertowej prezencji. Tak czy siak zachowujący się niczym dzieciak z ADHD Mark "Barney" Greenway i jego kompanii dali radę. I zarówno za sprawą nowszych utworów - m.in. "Strong-Arm", poprzedzony antyreligijną tyradą wokalisty "When All is Said And Done" i "On the Brink of Extinction" - jak i odegranych często dużo szybciej niż w oryginałach klasyków - "Unchallenged Hate", "Suffer the Children", "From Enslavement to Obliteration", "Scum", "Life", "Deceiver", dwusekundowy "You Suffer"- sprawili, że klimat starej, dobrej szkoły zagościł na dobre w murach twierdzy. Na dobranoc usłyszeliśmy cover "Nazi Punks Fuck Off" i "Siege of Power". To było jak najbardziej adekwatne ukoronowanie jakże udanego, festiwalowego dnia.
Sobota: Atak zombie w Roswell
Sobotnie zmagania rozpoczęły się dla nas już o godz. 10 rano. Nie przypuszczałem, że Cock And Ball Torture cieszy się taką atencją u naszych południowych sąsiadów. Zaraz po nich prezentowali się Norwedzy z Ragnarok i mimo szczerych chęci potwierdzili tylko, że blackmetalowy koncert w środku dnia wygląda co najmniej dziwnie.
Chwilę po nich na scenie pojawił się drugi w tym roku reprezentant polskiej sceny metalowej na BA, Lost Soul. Pomijając mały problem z intrem na początku koncertu, występ był bardzo dobry. Wrocławianie skoncentrowali się na promocji swojego opus magnum, "Immerse In Infinity", to właśnie z tego krążka grano utwory (jedyny song spoza, to "Godstate"). Usłyszeliśmy więc: "Revival", "216", "If The Dead Can Speak". Perfekcyjne wykonanie niełatwego przecież materiału, dowcipna konferansjerka lidera (jest tu Polska? gdzie jest Polska? – tam gdzie krzyż) - widać, że band ma duży potencjał, trzymam kciuki za dalsze sukcesy. Po Lost Soul na deskach zaprezentowali się Włosi z Sadist. W nawiązaniu do okładki ich ostatniej płyty, "Season In Silence", podczas koncertu na widownię sypany był sztuczny śnieg. Największe wrażenie robił gitarzysta Tommy, który momentami równocześnie gra na gitarze i klawiszach. Muzykom w grze skutecznie starał się przeszkadzać wokalista, łapiąc za instrument, chwytając za szyję, szarpiąc za ręce – komicznie to wyglądało, ale panowie mają chyba taki styl, dwa lata temu gdy ich widziałem działy się podobne rzeczy. Nie przeszkadzało im to jednak zagrać dobrego koncertu, podczas którego każdy z muzyków miał okazję popisać się swoją biegłością.
Kolejny koncert na który wróciłem pod scenę to Madder Mortem. Zespół wydał niedawno EP-kę "Where Dream And Day Collide", nastąpiła także zmiana na stanowisku gitarzysty, w miejsce Odda Ebesena przyszedł Patrick Scantlebury. Roszady personalne nie wpłynęły jednak na kondycję sceniczną kapeli. Centralną postacią była oczywiście wokalistka Agnete, która okazała się bardzo pogodną osobą, doskonale potrafiła nawiązać kontakt z publicznością i nakłonić ją do zabawy. Muzycznie dostaliśmy miks utworów z "Eight Ways" i "Desiderata", z większym naciskiem na ostatnią płytę.
Przyszedł czas na akcent humorystyczny. Za taki bowiem wypada uznać show piewców dokonań seryjnych morderców z Illinois. Macabre w trzyosobowym składzie wprawiła mnie w znakomity nastrój swoim prościutkim death metalem. Corporate Death, czyli Lance Lencioni stroił psychopatyczne miny, a w przerwach między utworami obficie klarował ich ideę przewodnią. Zestaw wypełniły m.in. "Zodiak", "Vampire from Dusseldorf", "Hitchhiker", "You're Dying To Be With Me" ikultowa balladka "Mary Bell". Zaiste wesołkowaty był to występ.
Kanadyjscy weterani z Voivod nie tylko nie zawiedli. Zagrali jeden z najlepszych festiwalowych koncertów. Set, na który złożyły się: "Voivod", "The Unknown Knows", "Ripping Headaches", "Tribal Convictions", "Global Warning", "Overreaction", zadedykowany Piggiemu "Astronomy Domine" i "Nuclear War". Snake wyraźnie zadowolony przechadzał się po scenie. Wspierający gitarowo Daniel Mongrain zamaszyście zamiatał scenę obfitą koafiurą. A Away z zapamiętaniem okładał zestaw perkusyjny. Widać było luz. Czuć było ewidentną radość grania. Szkoda, że koniec nastąpił tak szybko.
Kolejni w kolejce weterani piwnego metalu z Tankard od razu z impetem ruszyli do boju. Piwosze z Frankfurtu uraczyli zestawem, w którym nie mogło zabraknąć takich alkoklasyków, jak: "The Morning After", "Zombie Attack" czy "Chemical Invasion". Gerre - wyraźnie chudszy niż to drzewiej bywało - z werwą biegał w te i wewte, zachęcając publikę do wspólnej zabawy. Gdy zabrzmiały dźwięki wieńczącego występ "(Empty) Tankard" zespół zebrał - całkowicie zasłużoną - sporą owację. Kolejny reprezentant starej gwardii potwierdził, że trzyma się mocno.
Amerykańscy deathstersi z Dying Fetus w trzyosobowym składzie wypadli zdecydowanie mniej przekonywująco niż dwa lata temu. Jakoś bez ikry i ognia. W efekcie po trzech utworach oddaliłem się w pobliże sektora gastronomicznego. Szwedzi z Meshuggah zapodali set, na który złożyły się m.in. "Rational Gaze", "Bleed", "Electric Red", "Pravus", "Combustion", "Lethargica" i "Straws Pulled At Random". Nie zawiedli, ale jak na mój lekko już zmęczony festiwalowym szaleństwem ogląd było w tym zbyt wiele łamania koścca rytmicznego, a za mało momentów do potupania.
Gwiazdą ostatniego wieczoru była dowodzona przez niezmordowanego Petera Tagtrena deathmetalowa machina Hypocrisy. Set Szwedów zyskał wiele za sprawą niemal perfekcyjnej oprawy świetlnej. Widać było, że za heblami zasiadł cżłowiek znający się na swoim fachu, bo światła idealnie współgrały z muzyką. Nieco gorzej radził sobie dźwiękowiec. Brzmienie zespołu dość dalekie było od selektywności. Na dobry wieczór ultramelodyjny "Fractured Millenium", po czym od razu ładunek z nowej płyty "Weed Out The Weak". Wokal Tagtrena, choć chwilami ginął w gitarowym zgiełku, to gdy udawało się okiełznać chaos, brzmiał wyjątkowo mocno. Nie zabrakło sentymentalnej podróży do czasów jedynki i dwójki: "Pleasure of Molestation", "Osculum Obscenum" i "Penetralia". Drugą połowę seta wypełniły m.in. "A Coming Race", "Adjusting The Sun", "Let The Knife Do The Talking" i "Killing Art". A w ramach uderzenia końcowego wybrzmiały "Fire In The Sky", "Warpath" i nieśmiertelny "Roswell 47". Bardzo solidny zestaw, który pozostawił jednak niewielki niedosyt.
Maciej Miskiewicz, Łukasz Maćkowski
Źródło: MusicNews.pl
Tagi:
Brutal Assault 2010
Komentarze
"Nie było żenującej konferansjerki" Ale sęk w tym, że gadki między kawałkami nie muszą być żenujące, a pomagają nawiązać kontakt z publiką. Mi tego kontaktu ze strony Muse zdecydowanie zabrakło. Muzycznie - super.
~ cvana
- ELECTRIC WIZARD, THE SECRET - relacja z drugiego dnia wrocławskiego festiwalu Asymmetry
- CRIPPLED BLACK PHOENIX - wywiad
- NO AGE, DIE! DIE! DIE! - relacja z koncertu w Krakowie, 16.04.2011
- MZ.412, SKULLFLOWER - relacja z koncertu w Londynie, 05.03.2011
- RAFAŁ IWAŃSKI (HATI, X-NAVI:ET) - wywiad
- JACEK LACHOWICZ o 'Wersji 2011'
- I BLAME COCO - relacja z koncertu w Warszawie, 20.03.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Krakowie, 27.02.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Warszawie, 22.02.2011
- ACCEPT - relacja z koncertu we Wrocławiu, 06.02.2011














Favourite State of Mind
Spiritus Movens
Agharthi Live 10-09
S1
Hard Working Classes
Blood Pressures
02
Hillbilly Joker
Jason... The Dragon
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
CoCArt 2011 - Toruń, 25-26.03...
MZ.412, SKULLFLOWER, IRON FIST...
COLISEUM - Kraków, 28.03.2011