XVII WITH FULL FORCE - relacja z festiwalu w Niemczech, 2-4.07.2010

Siedemnasta edycja WFF już za nami. Powoli odsypiamy krótkie i zakłócane wszechobecnym hałasem noce. Regenerujemy nadwątlone upałem - i nie tylko - siły i wracamy do szarej rzeczywistości. A to oznacza także to, że najwyższa już pora na podzielenie się wrażeniami z jakże udanego wypadu na ten jedyny w swoim rodzaju festiwal.
ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z FESTIWALU
Na czym polega wyjątkowość WFF? Tradycyjnie już w pierwszy lipcowy weekend lotnisko w niewielkiej wiosce Roitzchjora pod Lipskiem na trzy dni zamieniło się w mekkę maniaków wszelkiej maści muzycznego hałasu: metalu we wszelkich odmianach, hard core'a, metalcore, punk rocka i ciężkiego rock and rolla. Dzięki temu właśnie na tym festiwalu wspólnie bawią się fani róźnych gatunków - oczywiście nie ma mowy o jakiejkolwiek agresji, choć alkohol leje się strumieniami.
Co nie mniej ważne, wypad na WFF może mieć też dzięki temu walory edukacyjne. Fani death metalu, w innej sytuacji być może nie przekonaliby się jak znakomitą koncertową maszyną jest Mustasch, a załoganci ceniący The Exploited nie doceniliby mechanicznego łomotu Fear Factory. No i co także nie bez znaczenia - ci, którzy nie mają ochoty na poszerzanie horyzontów mogą śmiało udać się na małe co nieco, czy też po prostu ulokować się z możliwie ustronnym miejscu, bo całkowicie ustronnych oczywiście tam nie uświadczymy - i odpocząć przed kolejnym interesującym ich występem.
Tym razem swoje namioty na potężnym polu rozbiło około 25 tysięcy festiwalowiczów. To wynik gorszy niż przed rokiem. Z informacji, które udało się nam uzyskać w wiarygodnych źródłach wynika, że nienajlepsza koniunktura gospodarcza, która odbiła się na kondycji finansowej mieszkańców wschodniej części Niemiec i mistrzostwa świata w piłce nożnej to przyczyny nieco słabszej frekwencji. Na pewno nie ma mowy o tym, by do lekkiego dołka przyczyniła się gorsza jakość festiwalowego zestawu. Jak zawsze organizatorzy zadbali o to, by line-up porażał bogactwem wyboru i obecnością największych legend ciężkiego grania. W przeważającej większości na miejscu stawili się zawodnicy gospodarzy. Ale trafiali się i goście z zagranicy. W tym m.in. skromna ekipa Musicnews.pl, która - tocząc nierówną walkę z upałem i nadmiarem piwa - starała się skrzętnie obserwować wszystko co godne zainteresowania. Czy nam się udało? To już niech ocenią szanowni czytelnicy naszego serwisu.
Fabryka strachu i noc Szatana
Wizytę na WFF tradycyjnie zaczęliśmy od małego rekonesansu. Główne elementy bez zmian. Dwie sceny: duża i namiot. Stoiska z merchem w tych samych miejscach. Te pierwsze mogą przyprawić o lekki zawrót głowy. I sprawić, że zaskórniaki szybko okażą się niewystarczające. Swoje standy wystawiły m.in. Nuclear Blast - tradycyjne buszowanie po pudłach z płytami za 3 euro - i Earache - EP-ki Entombed po 5 euro - oraz cała rzesza producentów i dystrybutorów wszelkiej maści rockowych gadżetów.
Wybór koszulek - m.in. na oficjalnym stoisku z towarem przywożonym przez zespoły - rockowej odzieży (bluzy, kurtki, spodnie, czapki, kapelusze), okularów, butów, biżuterii, flag, posterów, zapalniczek, breloczków i wszystkiego, czego rogata dusza może zapragnąć był wprost porażający. Nic więc dziwnego, że co roku wyjazdom na WFF towarzyszy refleksja na temat tego, jak uboga jest oferta polskiego rynku.
Zmęczonym i spragnionym festiwalowiczom swoje usługi oferowały stoiska z tradycyjnym wurstem, pizzą, kebabem i fast foodem we wszelkich odmianach. Piwo za 2,4 euro pozwalało na chwilę zapomnieć o skwarze i nic dziwnego, że najdłuższe kolejki ustawiały się przed budką z lodami i różnego rodzaju shake'ami.
Oczywiście najważniejsza jest i tak muzyka. Ale nieprzypadkowo poświęcamy kilka słów kwestiom organizacyjnym. Bo to wszystko z jednej strony przekłada się na komfort przebywania na festiwalu, a z drugiej może stanowić wzór - ten niemiecki ordnung - do naśladowania dla organizatorów podobnych imprez w naszym kraju.
Obserwację zmagań scenicznych rozpoczęliśmy około godz. 19. Wtedy na scenie pojawili się zjednoczeni ponownie w misji krzewienia industrialno-metalowej apokalipsy Burton C. Bell i Dino Cazares, wspierani przez znamienitych kompanów: Byrona Strouda i Gene'a Hoglana. Czyli w dwóch słowach: Fear Factory złożone w 1/2 z sekcji rytmicznej Strapping Young Lad. Ubrani na czarno. Za sceną czarna flaga z białym logiem. Zaczęli od tytułowego utworu z "Mechanize". Efekt uprzemysłowienia atmosfery na WFF wzmocniły m.in. "Shock", "Edgecrusher", "Powershifter" i "Fear Campaign". Dino w przykrótkawej koszulce, odsłaniającej rubensowskie kształty, krzesał ze swojej gitary odhumanizowane riffy oparte na kośćcu ultraprecyzyjnej gry Hoglana. Burton sprawnie dawał sobie radę z partiami, w których śpiewa wysokim czystym głosem. Nie częstował zbyt obfitą konferansjerką. Nie szalał w te i we wte na scenie. Skupił się na tym, by dobrze odtworzyć swoje partie, a to było chyba najważniejsze. Końcówka 40-minutowego setu to uderzenie w podbrzusze szlagierami z chyba najlepszego albumu, tytułowy "Demanufacture" i "Replica" godnie zwieńczyły ten całkiem solidny występ.
Kolejni w zestawie artystów produkujących się na dużej scenie byli metalcore'owcy z Caliban. Zwolennikiem młodzieżowego grania w wykonaniu farbowanych na czarno chłopaków z przydługimi grzywkami nie jestem. Ostatni album Caliban uważam co najwyżej za mocno przeciętny. Dlatego też odpuszczamy sobie występ, w którym nie zabrakło m.in. "My Time Has Come", "I've Sold Myself", "No One Is Safe" czy też "Love Song", "I Will Never Let You Down" oraz "24 Years" z wydanego w ubiegłym roku "Say Hello To The Tragedy" i zaczynamy główkować jak wybrnąć z najbardziej bolesnej chyba w tym roku kolizji. Z jednej strony na dużej scenie zaczyna się montować legenda nowojorskiej sceny HC czyli Sick Of It All, a z drugiej na małej trwają przygotowania do show weteranów punk rocka z The Exploited.
Szybka decyzja. Zaczynamy od SOIA. Na scenie standy z charakterystycznym, stylizowanym na chińskiego, smokiem. Z tyłu wielka szamata z logiem grupy. Lou w koszulce z kamuflażem od pierwszych sekund niemal eksploduje sceniczną energią. Wszędzie go pełno. Także gitarzysta wygląda jakby cierpiał na ciężki przypadek ADHD. Szybkie ataki "Death or Jail", "Built To Last", "scratch The Surface" , "Step Down", "Uprising Nation", "Waiting For The Day", "Dominated" "Us vs Them" od razu poruszają tłum. Przy niektórych utworach w circle pit ugania się grubo ponad setka maniaków. Wspaniały widok. co chwilę ochroniarze, którzy muszą uwijać się jak w ukropie, wyciągają z tłumu kolejnych surfujących na rękach tłumu śmiałków. Oczywiście przy takiej ekwilibrystyce łatwo o zgubę. W efekcie w fosie leżą zgubione portfele, klucze, dokumenty. Wszystkie są zbierane i odnoszone do biura rzeczy znalezionych, gdzie mogą zgłosić się pechowcy. Gdybym tego nie zobaczył na własne oczy, chyba nie uwierzyłbym.
The Exploited niedawno odwiedzili Polskę, ale i na germańskiej ziemi potwierdzili, że mimo upływu lat wciąż są bardzo solidnym koncertowym bandem. Absolutne klasyki "Beat The Bastards", "Sex and Violence", "Barmy Army", "Fuck The System" odegrane zostały z werwą godną młodzieniaszków. Ciężkie, praktycznie metalowo brzmięce gitary, wściekły wokal hiperaktywnego Wattiego - znów z czerwonym irokezem, zamiast warkoczyków - to wszystko idealnie z sobą współgrało i złożyło się na znakomity efekt finalny. Show The Exploited był wręcz modelowym przykładem tego jak z godnością mogą starzeć się - choć to słowo wydaje się wyjątkowo nie na miejscu - rockandrollowe załogi.
Gdy na dobre zrobiło się już ciemno przyszedł czas na headlinera głównej sceny. Wisząca nad perkusyjnym podestem flaga z napisem Killswitch Engage wyjaśniała wszystko. To miał być wieczór gigantów metalcore'a z USA. Muzycy z impetem wpadli na spowitą dymem scenę i rozpętali niezłe piekiełko. Dynamiczne zachowanie ekipy KSE połączone było z wysokoenergetycznym charakterem serwowanej muzyki. Tłum bardzo pozytywnie zareagował m.in. na "This is Absolution", "Life to the Lifeless", "Fixation On The Darkness", "Take This Oath", "My Curse", "A Bid Farewell", "The End of Heartache" i "My Last Serenade". Był też zadedykowany pamięci wiadomo czyjej "Holy Diver". W świetnej nu-metalowej wersji.
Killswitch pokazali, że nie przypadkiem są jedną z najgorętszych nazw na współczesnej scenie. Adam Dutkiewicz to bez wątpienia charyzmatyczny muzyk, który potrafi przykuwać uwagę swoim scenicznym zachowaniem. A gdy do tego dodamy bardzo solidny sound, za sprawą którego utwory zabrzmiały z odpowiednią mocą i znakomitą oprawę świetlną, to nie wypada narzekać na występ gwiazdy pierwszego wieczoru 17. edycji WFF.
To nie był jednak koniec piątkowych atrakcji. Stali bywalcy festiwalu wiedzą bowiem o tym, że na WFF czekają ich nieprzespane noce. Każda z nich bowiem to okazja do oglądania koncertów na małej scenie. Piątek to Knuppelnacht. Dedykowana death- i blackmetalowej ekstremie. W tym roku morderczy zestaw otworzyli piewcy egipskich plag. Nile to zabójca koncertowa maszyna i nie inaczej było i tym razem. Masakrujące tłum "Kafir!", "Serpent Headed Mask","Ithyphallic" i utwór opatrzony bodajże najdłuższym tytułem współczesnego death metalu, czyli "Papyrus Containing the Spell to Preserve Its Possessor Against Attacks From He Who Is In The Water" zrobiły swoje. Monumentalne i wściekłe kompozycje Nile zostały więc niemal owacyjnie przyjęte przez tych, którzy wytrwali do tak późnej pory. Na okrasę "Black Seeds of vengenance". Prawdziwa masakra.
Kolejny w zestawie - i ostatni obejrzany przeze mnie tej nocy - band to wikingowie z Unleashed. Wielgachny Johnny Hedlund i jego kompani cieszą się niesłabnącą popularnością w kraju naszych zachodnich sąsiadów. I to było widać, słychać i czuć. Entuzjazm jaki wywoływały: "Hammer Batallion", "Blood of Lies", "Shadows In The Deep" "Wir Kapitulieren Niemals" czy też dedykowany Peterowi Steeleowi i Ronniemu Jamesowi Dio "Into Glory Ride" były widoczne od pierwszych dźwięków tych żwawych numerów. Proste i rytmiczne kompozycje Szwedów świetnie sprawdzają się w festiwalowym boju. Nie inaczej było i tym razem. Bitwa została wygrana. Ostateczny cios zadano za sprawą "Death Metal Victory", który tradycyjnie został rezegrany między publiką a zespołem. Pozostała nam już tylko ewakuacja na z góry upatrzone pozycje. Dla porządku dodam jedynie, że oznaczało to, że nie obejrzymy koncertów: Marduk, Darkened Nocturn Slaughterhouse, Keep of Kalessin i Lay Down Rotten.
Argentyna pokonana. Nocne party z Mambo Kurtem
Drugi dzień festiwalowych zmagań rozpoczął się od nierównej walki z upałem. Mimo tego trzeba było stosunkowo wcześnie - oczywiście jak na festiwalowe standardy - pofatygować się pod scenę, bo tuż po 14 pojawili się na niej holendrzy z Born From Pain. Wbrew medialnej nomenklaturze to własnie ten zespół, a nie wypacykowani emo młodzieńcy, gra dla mnie coś, co powinno określać się mianem metal core. No bo z jednej strony mamy tu prawdziwie metalowe wpływy: Bolt Thrower, Slayera czy też Gorefest, a z drugiej inspiracje sceną HC, gdzie mamy z kolei wpływy starej szkoły Agnostic Front, Cro Mags czy też Sick Of It All. Może odrobinę zbyt statycznie zaprezentowali się panowie z BFP, a może nazbyt doskwierał upał, by występ ten oceniać w kategoriach wielkopomnego wydarzenia. Dla porządku nadmienię, że usłyszeliśmy m.in. "State Of Mind", "Sons Of A Dying World", "Behind Enemy Lines", "Final Collapse" i"Stop At Nothing"
Kolejni w zestawie szwedzcy podopieczni Roadrunnera z Grand Magus przenieśli publikę mniej więcej w lata 70. minionego stulecia. Klasyczny hard rock z elementami epickiego heavy i doom na bardzo przyzwoitym poziomie był czymś odmiennym od dźwięków, które z reguły dominują na scenach WFF. Taka chwila oddechu od ekstremy przydała się z pewnością, tym bardziej, że trio zaprezentowało się naprawdę solidnie i nikt nie miał prawa narzekać na umieszczenie zespołu w festiwalowej rozpisce. Po tej wycieczce w krainę metalowej historii do współczeności przywrócić miała nas niejaka Candice i jej kompanii z Walls of Jericho. Stało się jednak inaczej. Na blisko dwie godziny występy na obu scenach zostały wstrzymane. Ale tłum jaki się pod nimi zebrał byłby godny występu głównej gwiazdy wieczoru. Tym razem jednak koszulki reprezentacji Niemiec, wuwuzele i barwy wojenne na twarzach od razu rozwiewały wątpliwości. Nie o muzykę tu chodziło. Na telebimach odpalona została transmisja ćwierćfinałowego pojedynku Niemcy - Argentyna. To co działo się przez 90 minut można określić krótkim słowem - fiesta. Huraganowe okrzyki radości po zdobytych, kolejnych bramkach wstrząsały festiwalowym terenem. Gdyby tak nasi bili się o półfinał World Cup 2010. Ech pozazdrościć i pomarzyć można...
Kilka minut po meczu na dużej scenie pojawili się weterani thrash metalu z Exodus i trudno dziwić się owacyjnemu przyjęciu, bo Dukes wymachiwał niemiecką flagą i kilka razy powtarzał: Fuck Argentina! Tani chwyt, ale skuteczny. Kolejne trzy kwadranse upłynęły w towarzystwie takich hiciorów jak "The Ballad of Leonard And Charles", "Beyond The Pale", "Blacklist", "Funeral Hymn" czy "Toxic Waltz". Precyzyjne cięcia riffów duetu Holt i Altus okazały się skutecznym orężem i ekipa z Bay Area ze sceny zeszła z tarczą. I choć brzmienie dalekie było od ideału (słyszałem dużo lepiej brzmiące występy Iksodas), a światło dnia nie sprzyjało kontemplacji oprawy wizualnej, to i tak kalifornijska ekipa pokazała na czym polega thrashowa młócka.
Węgierska Sepultura czyli Ektomorf to zespół, którego dokonania są dla mnie strawne jedynie w mniej obfitych dawkach. Jakoś tak się składa, że dość homogeniczna - "jumpdafakup" - propozycja naszych bratanków od szabli i szklanki szybko nudzi mnie i zniechęca. Nie inaczej było i tym razem. Fajnie odpalili wraz z "Rat War", ale im dalej w las, tym mniej ekscytująco. Więc zdezerterowałem.
Miałem nadzieję, że zrobi się tak w czasie występu Yuppicide na małej scenie. A to chociażby za sprawą tego, że jako młodzieniec porwałem się z kolegami z liceum na organizację gigu w rodzinnej mieścinie. Traf chciał, że wystąpiły wówczas dwa zespoły, z którymi los zetknął mnie w różnych okolicznościach po latach. Kill The Thrill z Francji i właśnie hardcorowcy z NY. Stosunkowo proste, melodyjne i dość szybkie kawałki robiły jednak dużo większe wrażenie na osiemnastolatku, niż na stetryczałym i zblazowanym redaktorzynie. Mówiąc wprost: łezka w oku zakręciła się tylko na widok charakterystycznych ruchów scenicznych wokalisty. Bo na dźwięk kompozycji już niestety nie.
Entuzjazmu nie odzyskałem też w czasie gigu Cannibal Corpse. Legenda death metalu z Florydy zafundowała bardzo solidny set okraszony krwawymi ochłapami: "Scalding Hail", "Unleashing The Bloodthirsty", "I Will Kill You" i "The Wretched Spawn". Corpsegrinder dziękował fanom za to, że to oni są siłą, która pozwala trwać scenie. "Hammer Smashed Face" czy "Staring Through The Eyes of The Dead" mocno przetrzebiły szeregi niedowiarków. Ale zabrakło czegoś, co pozwoliłoby katapultować występ CC do grona najlepszych na XVII edycji WFF. Owszem miło jest zobaczyć, że Webster wciąż macha dynią jak za dawnych lat. Usłyszeć, że Fischer wydobywa ze swojego gardła absolutnie chore dźwięki, ale to wszystko. Magii nie było.
Na szczęście kolejni w kolejce do zabijania byli panowie z Heaven Shall Burn. Niemcy są jednymi z nielicznych reprezentantów nowej fali metalcorowego łomotu, których twórczość podchodzi mi bez zapitki. Odziani w czerwone koszule, z solidnymi intalacjami z tyłu - wyświetlały m.in. litery HSB - od samego początku ruszyli z kopyta. Takie killery jak "Voice of the Voiceless", "Endzeit", "Awoken", "Combat", "The Weapon They Fear", "Return To Sanity", "Counterweight", którym towarzyszyły m.in. dodatkowe atrakcje pirotechniczne, czy tez żywiołowo odegrany cover Edge of Sanity "Black Tears" porwały publikę i narobiły sporo zamieszania pod sceną. Bez dwóch zdań HSB to koncertowa petarda, której odpalenie wiąże się z uwolnieniem potężnej dawki energii. Trzeba było więc udać się na camping, by się zregenerować przed występem gwiazdy wieczoru. Wstyd się publicznie przyznać, ale regeneracja w międzynarodowym gronie na VIP-owskim campingu szła tak dobrze, że pod scenę dotarliśmy mniej więcej w tym samym momencie, w którym Cronos i jego kompanii z niej schodzili. Z oddali słyszałem dźwięki "Black Metal", "Antichrist", "Countess bathory" Wyłowiłem dźwięki "Warhead"oraz "In League With Satan" i "Witching Hour" Ale to już był koniec.
Gdy skończył się tradycyjnie imponujący pokaz fajerwerków, przegrupowałem się w okolice namiotu, gdzie sceną zawładnęli szwedzcy rockandrollowcy z The Bones. Tak jak - bodajże - dwa lata temu na dużej scenie, tak i tym razem w nieco bardziej kameralnych warunkach chłopaki porządnie rozbujali towarszystwo. Była w tym punkowa zadziorność, chwytliwa melodyke i gitarowy ogień charakterystyczne dla szwedzkich zawadiaków.
I gdy już naładowany pozytywną energią miałem ewakuować się w okolice campingu, okazało się, że namiotem VIP zawładnął artysta, którego twórczość mało kogo pozostawią obojętnym. Nocny show Mambo Kurta był jedyny w swoim rodzaju. Facet o aparycji enerdowskiego playboya, uzbrojony w organki i Commodore 64 masakruje klasyki rocka i szlagiery z dyskotekowych parkietów. Nigdy wcześniej nie słyszałem "Ace of Spades" i "Thunderstruck" w równie abstrakcyjnych i pozbawionych typowego dla oryginałów ognia wersjach. Kurt podkręcał atmosferę, każąc publice wybierać między Rage Against The Machine a Scooterem czy też ABBĄ i Slayerem. Pojawili się nawet stagediverzy - hello Biker ;) - co świadczyło tylko i wyłącznie o znakomitej atmosferze dwugodzinnej imprezy.
Slayer na pół gwizdka i wąsy na full
Zasypialiśmy z prymitywnymi dźwiękami keyboardów w uszach i takie też nas obudziły. Trzeci dzień zmagań na scenie miał bowiem rozpocząć się od występu bohatera nocy w namiocie VIP. Smażeniu jajecznicy na turystycznej kuchence towarzyszyły więc dźwięki "South of Heaven" zagranego tak bezpłciowo, że nie było wyjścia trzeba było pofatygować się pod scenę. A tam zgromadził się już dość pokaźny, choć ewidentnie zmęczony trudami festiwalu tłumek. Kurtowi towarzyszyły dwie panie lekkich obyczajów, które wiły się - teoretycznie ponętnie, w praktyce dość smętnie - w rytm kolejnych szlagierów. W setliście znalazły się m.in. "Killing In The Name Of" oraz "Ace of Spades". Czyli powtórka z rozrywki. Niemcom w to graj. Po chwili już w tłumie ruszył znany ze swojskich wesel pociąg. I Kurt schodził ze sceny zadowolony, także ze swoich Rock Bitches, które młotkami zmiażdzyły organki. - Każdy instrument zasługuje na to, by pójść do rockandrollowego nieba - podsumował Mambo Kurt.
Niezła rozgrzewka przed Mustasch. Gdy zabrzmiały dźwięki "Tritonus" a chwilę później Ralf Gyllenhammar zaintonował "Hey Satan, here I Am" i z głośników buchnęło "Heresy Blasphemy" wiedziałem, że będzie dobrze. Mustasch znakomicie sprawdził się w roli rockandrollowej bestii. "Mine", "Damn It's dark", "Parasite" czy "Black City" zabrzmiały znakomicie i mięsiście. Żywiołowe bębnienie Dane'a, basowy silnik Matsa i soczyste solówki Davida, a przede wszystkim idealnie odśpiewane partie Ralfa - to wszystko złożyło się na to, że uwieńczony "Double Nature" występ Mustasch przebił w moim osobistym rankingu wszystkie dotychczasowe atrakcje festiwalu.
Weterani z Sodom też nie zawiedli. Angelripper, Bernemann i Bobby przywitali się z publiką "The Saw is The Law", a potem było tylko lepiej: "Agent Orange", "Der Wachturm", "Outbreak of Evil" . "Remember The Fallen" - to tylko niektóre z klasyków, które zaserwowali Niemcy. Tom był może odrobinkę statyczny. Nadrabiał za to Bernemann, który ganiał po scenie, stroił śmieszne miny i generalnie sprawiał wrażenie bardzo wyluzowanego kolesia. Cały 40-minutowy show - choć akurat obyło się bez jakichkolwiek pozamucznych atrakcji - bez dwóch zdań był świadectwem dobrej formy w jakiej obecnie są thrashersi z Zagłębia Ruhry.
Szwedzi z Dark Tranquillity wydali nie tak dawno temu bardzo dobre koncertowe DVD. Oczekiwania były więc sporawe i ekipa z Goeteborga spokojnie im sprostała. Rudowłosy wulkan energii jakim jest Mikael Stanne eksplodował już na początku i uwalniał kolejne pokłady energii przy: "At the Point of Ignition" . 'The Fatalist", "The Wonders At Your Feet", "The Grandest Accusation", "Misery's Crown", "Final Resistance" i kilku innych szlagierach z repertuaru zespołu. Niezłe brzmienie i zaangażowanie instrumentalistów przełożyły się na naprawdę dobry występ DT. Schodzili ze sceny z tarczą.
As I Lay Dying mają w zanadrzu nowy album i zaatakowali słuchaczy swoim death corem. Ale ja udałem się na ostatni rekonesans stoisk, bo tak się składa, że handlarze, którzy nie chca wracać z pudłami towaru w ostatnich godzinach festiwalu są bardziej skorzy do negocjacji.
Gdy zapadły ciemności rozległo się intro do "World Painted Blood" i wiadomo było, że trudno o lepszą oprawę i atmosferę dla koncertu Zabójcy niż noc i rola headlinera na WFF. Gdy uderzyli tytułowym kawałkiem z nowego albumu, spodziewałem się czegoś wielkiego. Niestety szybko okazało się, że Tom ma ewidentne problemy z gardłem i by uniknąć całkowitej klapy omija pokaźne fragmenty tekstów, a między utworami milczy jak zaklęty.
I choć moc takich klasyków jak: "Jihad", "Dead Skin Mask", "Seasons In The Abyss", "Mandatory Suicide", "Hell Awaits" i "Raining Blood" czy też nowych tracków: "Hate Worldwide", "Beauty Through order" była absolutnie niepodważalna, niedyspozycja wokalisty kładła się cieniem na jakości występu. Ani Kerry objuczony łańcuchami. Ani Jeff z gitarą opatrzoną logotypem Hannemann stylizowanym na znak firmowy słynnego holenderskiego piwa. Ani Dave, który ukryty za swoja baterią szalonym bębnieniem napędzał Slayera nie byli w stanie sprawić, bym odczuł, że obcuję z czymś więcej niż z solidnym gigiem legendarnego zespołu z wokalistą, który tego wieczora nie powinien stawać za mikrofonem. Kwintesencją i smutnym podsumowaniem był moment, gdy po zakończeniu ostatniego utworu Tom podszedł do mikrofonu, by jeden jedyny raz podziękować fanom. Ale nie był w stanie tego zrobić, bo załamał mu się głos. I tak jak przed rokiem Lemmy triumfalnie z kompanamii opuszczał scenę w niedzielny wieczór, tak tym razem miałem wrażenie, że muzycy Slayera chcieliby się z niej chyłkiem wymsknąć. Szkoda. Na szczęście nie zmienia to w niczym faktu, że po raz kolejny WFF okazał się organizacyjnym i artystycznym sukcesem. Znakomita atmosfera. Świetne koncerty. Miłe towrzystwo. Czego chcieć więcej? Do zobaczenia za rok Rotzschjora.
Maciej Miskiewicz, Dariusz Oleksyszyn
Źródło: MusicNews.pl
Tagi:
With Full Force, Throwdown, Paradise Lost, Sodom, Mambo Kurt
Komentarze
Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.
- ELECTRIC WIZARD, THE SECRET - relacja z drugiego dnia wrocławskiego festiwalu Asymmetry
- CRIPPLED BLACK PHOENIX - wywiad
- NO AGE, DIE! DIE! DIE! - relacja z koncertu w Krakowie, 16.04.2011
- MZ.412, SKULLFLOWER - relacja z koncertu w Londynie, 05.03.2011
- RAFAŁ IWAŃSKI (HATI, X-NAVI:ET) - wywiad
- JACEK LACHOWICZ o 'Wersji 2011'
- I BLAME COCO - relacja z koncertu w Warszawie, 20.03.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Krakowie, 27.02.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Warszawie, 22.02.2011
- ACCEPT - relacja z koncertu we Wrocławiu, 06.02.2011














Favourite State of Mind
Spiritus Movens
Agharthi Live 10-09
S1
Hard Working Classes
Blood Pressures
02
Hillbilly Joker
Jason... The Dragon
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
CoCArt 2011 - Toruń, 25-26.03...
MZ.412, SKULLFLOWER, IRON FIST...
COLISEUM - Kraków, 28.03.2011