musicnews musicnews

DREAM THEATER - Black Clouds & Silver Linings

Data: 2009-06-23
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Dream Theater to dla gatunku zwanego progresywnym metalem, czy skrótowo "progmetalem", już od lat muzyczny wzorzec z Sèvres. I choć formacja, która dorobiła się pokaźnego grona fanów i rzeszy epigonów, miewała w swojej karierze gorsze chwile - a do tych z pewnością zaliczam poprzednią płytę, "Systematic Chaos" - to jednak z nowym albumem nie tylko powraca na muzyczny piedestał, ale także odkrywa nowe dla siebie rejony, a stare i dobrze już poznane pokazuje czasem od zaskakującej strony.

"Black Clouds & Silver Linings" trafia właśnie do sklepów w trzech wersjach. Podstawowa zajmuje pojedynczą płytę CD, ale liczy (bagatela dla jedynie sześciu ścieżek) ponad 75 minut. Druga opcja to wersja trójpłytowa, o której poniżej. Trzeci wariant to boks, którego cenę, wynoszącą w sprzedaży detalicznej ponad 600 złotych polskich, mają usprawiedliwiać takie atrakcje jak limitowane wydanie winylowe, dostępne "luzem" ścieżki audio do samodzielnego miksowania, szansa "trafienia" jednej ze 100 limitowanych, numerowanych litografii autorstwa Hugh Syme'a, odpowiedzialnego za okładkę albumu i inne cuda. Cóż, aby bardzo dogłębnie zapoznać się z nową propozycją Dream Theater, podstawowa lub rozszerzona wersja albumu powinny jednak okazać się wystarczające.

Zasadnicza część albumu to tylko sześć utworów. Ale za to jakich! Dość koszmarna płyta "Systematic Chaos" zawierała dwa ładunki solidnej jazdy w postaci "Constant Motion" oraz "The Dark Eternal Night". Te utwory wyznaczyły kierunek, w którym zespół podążył na nowym albumie. A przynajmniej w jego obszernych fragmentach. Już otwierające płytę szesnastominutowe "A Nightmare To Remember" przyjemnie zaskakuje mocno thrashowymi fragmentami, rasową partią solową Petrucciego już po pierwszej zwrotce, a także bardzo mrocznym jak na Dream Theater klimatem całości. O niemal blackmetalowych blastach w finale wspominam tylko z obowiązku, bo choć to kolejna fajna niespodzianka, to jednak trwa zaledwie paręnaście sekund. Równie mocnym akcentem jest "The Shattered Fortress" (tu prawie 13 minut) - tekstowo jest to ostatnia część zapoczątkowanej przez "The Glass Prison" suity o walce z uzależnieniem alkoholowym. Muzycznie - ponownie solidny metalowy cios. Chwilami aż się człowiek zastanawia, czy to aby na pewno Dream Theater...

W ten sposób, dzięki konkretnemu metalowemu graniu, mamy "załatwione" już prawie pół godziny muzyki. Jakie dźwięki wypełniają pozostałe trzy kwadranse krążka? Bardzo zróżnicowane, ale - z drobnymi wyjątkami - na wysokim poziomie. Mój faworyt to "The Best Of Times". Choć rzewny wstęp może nie rokować najlepiej, to już sam początek właściwego utworu przywołuje jak najbardziej mile widziane skojarzenia ze starszymi dokonaniami Rush. Skojarzenia takie nie ustępują przez większość kawałka, aż do finału, który oparty został na bardzo klasycznych harmoniach, okraszonych perfekcyjną, estetyczną do bólu, ale niepozbawioną szczerych emocji solówką gitarową. Co jeszcze? Singlowe "A Rite Of Passage" - piosenka melodyjna i przystępna, w warstwie tekstowej poruszająca tematykę lóż masońskich. "The Count Of Tuscany" - kompozycja najdłuższa na albumie (niemal 20 minut) i właściwie typowo progmetalowa. No i wreszcie "Wither" - stadionowa ballada, której... mogłoby nie być bez specjalnej szkody dla płyty. Banalna melodia, oklepane schematy i skojarzenia z dość koszmarnym utworem "Forsaken" z poprzedniego albumu. I tyle. Nie w tej właśnie kolejności, ale w takim składzie mija zasadnicza część albumu.

Pozostają jeszcze dwa dyski bonusowe. Nie ma co kryć - atrakcyjne. Pierwszy z nich to sympatyczna wiązanka coverów. Lepszych i gorszych, ale przeważnie lepszych. Zdecydowanie na plus wypada wersja "Larks' Tongues In Aspic" z repertuaru King Crimson. Zagrana z szacunkiem dla ponadczasowego oryginału, ale brzmiąca bardzo nowocześnie. Niegłupi jest też "Stargazer" (oryginalnie - Rainbow na płycie "Rising") choć jeśli ktoś zna wersję Jorna Lande i Mundanus Imperium, to wykonanie Dream Theater raczej go nie zaskoczy. Mamy też przeróbki Dixie Dregs, bliżej mi nieznanej grupy Zebra, no i wreszcie Iron Maiden oraz Queen - tu problemem dla niektórych zagorzałych fanów mogą być wokale LaBrie. Ale od strony instrumentalnej są to bardzo zacne wersje.

Trzecia płyta stanowi bez wątpienia ukłon. Pytanie tylko czy w stronę domorosłych wokalistów (lub śpiewających imprezowiczów), którzy chcieliby poczuć się jak James LaBrie, czy też w kierunku osób, które wokalu tego pana nie trawią. Zawiera bowiem z grubsza ten sam materiał (różnice edycyjne są kosmetyczne) co krążek pierwszy, ale... pozbawiony partii wokalnych. Niezależnie od oceny takiego zabiegu, "Black Clouds..." w wersji czysto instrumentalnej słucha się naprawdę dobrze. Choć z bliżej nieznanych przyczyn oprócz śpiewu zniknęła także solówka gitarowa z "The Best Of Times", a to już niestety gruby nietakt.

Adam "kalisz" Kaliszewski

Tagi:
Dream Theater, Queen, King Crimson, Iron Maiden, Zebra, Dixie Dregs, Rainbow

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews