THE KILLS - Blood Pressures

Od lat kibicuję The Kills za muzykę, postawę i urok Alison Mosshart. Jak można nie lubić babki, która ma w papierach bójkę z Jackiem Whitem i pali jak smok? Smoki też zresztą lubię, więc siłą rzeczy... Najważniejsza jednak jest muzyka, bowiem bez tego co stworzyli, zapewne nigdy o duecie The Kills nie miałbym okazji wspomnieć. W czasach kiedy nie przychodziło mi do głowy, że na scenie mogą stanąć dwie osoby i odegrać pełen emocji szczery koncert, pojawili się The White Stripes i chwilę potem The Kills, przecierając szlak dla kolejnych grup, bez których dzisiejsza muzyka rockowa byłaby dużo uboższa.
The Kills kazali nam czekać na "Blood Pressures" trzy lata, ale i wcześniej zachowywali podobne odstępy. Przy zmienności mód i popularności co na pstrym koniu jeździ, oznacza to dla mnie tylko jedno: tutaj grupa dyktuje swoje warunki. Wywiadów udzielają zresztą niemal równie często co nagrywają. Tacy konsekwentni. Zostawmy jednak w spokoju tę postawę, bo z niej nijak wyżyć się nie da, natomiast z materiału zebranego na płytach i granego koncertowo już tak. Przy poprzednim wydawnictwie grupy, "Midnight Boom", pojawiły się u mnie pewne wątpliwości co do kierunku, który obrał zespół. Zabrakło mi takich wymiataczy jak "Fuck the People", "Kissy Kissy", "No Wow" czy "The Good Ones". Zacząłem się zastanawiać nad wyczerpaniem formuły i brakiem pomysłów. Alison Mosshart dołączyła do składu The Dead Weather, z którymi nagrała dwie świetne płyty i odświeżona powróciła do macierzystej formacji. Jamie Hince też najwyraźniej odpoczął, bowiem wydany właśnie "Blood Pressures", mimo iż nie chwycił mnie za gardło i nie kazał pisać na kolanach tych słów, z każdym kolejny przesłuchaniem zyskuje.
Na początek wybrali "Future Start Slow". Gdy usłyszałem rozpoczynające bębny wpadłem w przerażenie, że postanowili podkraść patent The Ting Tings na przebój. Na szczęście wrażenie prysło gdy pojawiła się prosta, cięta gitara, a utwór nabrał plemiennego wymiaru. Zaśpiewali wspólnie i tak jest w większości kawałków na płycie. W tle doszło trochę generowania dziwnych dźwięków sprawiając, że bliżej zrobiło się transowi Velvet Underground niż wspomnianego na wstępie duetu. Buszujący w ramach promocji kawałek "Satellite" podoba mi się jeszcze bardziej. Równe tempo i znów pogański trans połączony z fantastycznymi zaśpiewami. Barbarzyńcy w garażu! Nic nie poradzę, że "Nail In My Coffin" stawia mi przed oczyma dokonania The Dead Weather. Może to i dobrze, w końcu śpiewa ta sama osoba, a jazgoty i sprzęgi dodają dynamiki i pazura. Zupełnie nie wiem natomiast jak potraktować króciutki "Wild Charms" zaśpiewany przez Hince'a. Żart, czy bardzo dosłowny hołd dla Johna Lennona? Wybija mnie ten utwór za każdym razem z rytmu płyty, mimo iż nie można odmówić mu swoistego uroku. W "DNA" wraca już The Kills z ich post punkową zadziornością, bluesem i gamą generowanych przy pomocy zabawek wszelakich, dźwięków. "Baby Says" to przy całej surowości ładna piosenka. Kto pamięta melodie wygrywane przez Jesus and Mary Chain lub My Bloody Valentine i obedrze je z połowy gitarowej ściany jazgotu, dostanie wykonanie The Kills. Jest jeszcze plumkające, fortepianowo - orkiestrowe "The Last Goodbye", jak bajka z zadymionego lokalu i Velvetowe, świetne, "Damned If She Do" i "You Don't Own The Road". Zamyka wydawnictwo fantastycznie zachwaszczony "Pots And Pans".
Jak wspomniałem wcześniej, po pierwszym słuchaniu wcale nie byłem tak entuzjastycznie nastawiony do tej płyty. Notowania szły w górę z każdym kolejnym, a do absolutnej pewności doprowadziły mnie słuchawki. Wiele dźwięków po prostu ginie w codziennym, otaczającym nas szumie. Całe wydawnictwo utrzymane jest w bardzo równym tempie, co również nie ułatwia sprawy. Nie ma numerów pędzących. Ot, równo jazgoczące w swoim lo-fi The Kills. Moje obawy o formę grupy poszły precz. Jestem pewny, że spędzę niejeden wieczór przy kuflu i orzeszkach z dźwiękami stworzonymi i wyśpiewanymi przez The Kills. Od bankietu i mdłego tortu wolę tłuczone szkło i kilka skrzynek na których można przycupnąć w garażu, a oni zagrają tylko dla mnie. Alison, u mnie można palić!
Darek Wajszczak
Tagi:
The Kills, Blood Pressures, Alison Mosshart
Komentarze
Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.
- ELECTRIC WIZARD, THE SECRET - relacja z drugiego dnia wrocławskiego festiwalu Asymmetry
- CRIPPLED BLACK PHOENIX - wywiad
- NO AGE, DIE! DIE! DIE! - relacja z koncertu w Krakowie, 16.04.2011
- MZ.412, SKULLFLOWER - relacja z koncertu w Londynie, 05.03.2011
- RAFAŁ IWAŃSKI (HATI, X-NAVI:ET) - wywiad
- JACEK LACHOWICZ o 'Wersji 2011'
- I BLAME COCO - relacja z koncertu w Warszawie, 20.03.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Krakowie, 27.02.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Warszawie, 22.02.2011
- ACCEPT - relacja z koncertu we Wrocławiu, 06.02.2011














Favourite State of Mind
Spiritus Movens
Agharthi Live 10-09
S1
Hard Working Classes
Blood Pressures
02
Hillbilly Joker
Jason... The Dragon
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
CoCArt 2011 - Toruń, 25-26.03...
MZ.412, SKULLFLOWER, IRON FIST...
COLISEUM - Kraków, 28.03.2011