musicnews musicnews

RACHID TAHA - Bonjour

Data: 2010-02-06
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Z majtkowego różu okładki wyłania się otoczony kiczowatą bollywoodzką aureolą Rachid Taha i przez zaciśnięte zęby mówi "bonjour". Przyjmuję zaproszenie i wkładam płytę do odtwarzacza. Niemal 40 minut i dziesięć piosenek później, walcząc z dotkliwym bólem głowy, odpowiadam: "au revoir".

 

Taha nie jest pierwszym lepszym francuskim pieśniarzem. To postać, z której jego rodzinna Algieria powinna być dumna w podobnym stopniu jak z pisarza Mohammeda Diba i piłkarza Zinedine Zidane'a. To między innymi dzięki jego albumom ("Diwan" i "Diwan 2") Europa docenia piękno bliskowschodniej muzyki. Nie bał się głośno krzyczeć o niesprawiedliwościach, jakie dotykały arabskich imigrantów na Starym Kontynencie, zwracał uwagę na nietolerancję, ksenofobię i inne problemy współczesnego świata. Ponoć to nagrania jego grupy Carte de Séjour stały się inspiracją dla "Rock The Casbah" The Clash. Teraz, po prawie 30 latach kariery, postanowił zostać gwiazdą pop. Byłbym w stanie zaakceptować taką decyzję, gdyby towarzyszyła jej dobra muzyka. Tak niestety nie jest.

 

"Bonjour", piętnasty krążek sygnowany nazwiskiem wokalisty, był nagrywany w Paryżu i Nowym Jorku. Rachida tym razem wspomogli m. in. Mark Plati (producent mający na koncie współpracę z Davidem Bowiem i The Cure), kompozytor Gaëtan Roussel (odpowiedzialny za przeboje Vanessy Paradis) i wokalista Bruno Maman. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda ładnie, ale ich wspólne dzieło najzwyczajniej w świecie męczy. Niepotrzebną i kiczowatą elektroniką, nachalnymi ozdobnikami i w końcu niedoborem dobrych piosenek. Brzmi to tak, jakby Taha nagle zapragnął podbić serca młodych emigrantów z przedmieść Paryża nie zdając sobie sprawy z tego, że ci bardziej od popu wolą agresywny rap. Jedynymi odbiorcami, których może przekonać jego nowa propozycja będą zapewne sprzedawcy warzyw na targu. Nie zrażą ich mocno przeterminowane beaty w "Mine Jai" i "Ila Liqa", straganowy folklor "Selu" i "Mabrouk Aalik", czy stylistyczny miszmasz utworu tytułowego, który przy okazji będą mogli puścić swoim dzieciom. Słowa "Hello Kitty bonjour!" raczej nie wymagają komentarza. Szkoda tego buntownika, który swoim chropowatym głosem nie bał się poruszać trudnych tematów, który bez problemów potrafił zachwycić zachodnią publiczność orientalnymi melodiami ozdobionymi rockowym pazurem, i który – przede wszystkim – nie próbował być kimś, kim tak naprawdę nie jest. Czekam z niecierpliwością na trzecią część "Diwan". Bo nie mam wątpliwości, że taka płyta powstanie.

 

Maciek Stankiewicz

Dodaj komentarz

Komentarze

nie pszekonało mię to. Kiedt będzie wreszcie coś dla kobiet?

(2010-09-04 | 11:09)

~ pigwa

musicnews MusicNews