musicnews musicnews

DEFTONES - Diamond Eyes

Data: 2010-04-30
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Rzeczy miały się potoczyć inaczej, a płyta miała ukazać się wcześniej i pod innym tytułem. Wszystko uległo zmianie 4 listopada 2008 r. po wypadku Chi Chenga. Zamiast "Eros" pojawia się "Diamond Eyes", zamiast przebywającego w śpiączce Chenga znany z Quicksand Sergio Vega.

 

Zmienił się tytuł, trochę zmieniła muzyka, ale spokojnie, wciąż słychać, że to Deftones. Na "Diamond Eyes" trudno szukać zapowiadanych na "Eros" erupcji agresji i atmosferycznego grania. Mamy za to kolejny krok w ewolucji. Moreno i spółka nigdy nie rzucali się na głębokie eksperymentalne wody. Bardziej wydaje się, iż jedna płyta była odpowiedzią na poprzedniczkę, zachowując przy tym wszystkie elementy dla zespołu charakterystyczne. W tym wypadku, co prawda, łańcuch został przerwany, lecz nie ma powodów do obaw.

 

"Diamond Eyes" już na starcie nazwany został powrotem do stylistyki rodem z "Around The Fur". Nie podejmuję się odpowiedzi, czy jest tak rzeczywiście, gdyż okoliczności tworzenia i nagrywania były inne, a i obydwie płyty dzieli 13 lat, podczas których zespół doznał zarówno spektakularnych sukcesów, jak i poczuł biczowanie ze strony krytyki i fanów, szczególnie na "Deftones" oraz jego następcy "Saturday Night Wrist". Elementem łączącym oba wydawnictwa może być natomiast sposób tworzenia, bez użycia Pro-Tools, za to z muzykami przerzucającymi się pomysłami w jednym pomieszczeniu. W rezultacie trafia do słuchacza płyta energetyczna i równa. Przyznaję jednak, iż byłem trochę skonfudowany po zapoznaniu się z kompozycjami promującymi (piosenka tytułowa oraz "Rocket Skates"). Brakowało elementu, spajającego muzykę z głosem, lepiej słucha się ich wkomponowanych w całość. Otwierający "Diamond Eyes" dużo zyskuje łącząc się z płynąco-rozhisteryzowanym "Royal", tworząc z nich spójną całość. Szkoda tylko, że patentu z płynnym przechodzeniem utworu w utwór nie zastosowano na całym kążku. Dzięki temu mielibyśmy wrażenie obcowania nie ze zbiorem kompozycji, ale zamkniętą całością.

 

Deftones nigdy nie uciekał przed chwytliwymi piosenkami o komercyjnym charakterze, a te dominują. Pomijając single, zaliczyć do tego grona można m.in. "You've Seen The Butcher", "Beauty School", "Sextape", "976-Evil", będące najzwyczajniej w świecie ładnymi, w specyficzny sposób rozmarzonymi, wpadającymi w ucho melodiami, w czym prym wiedzie Moreno, który do perfekcji opanował sposób przekazywania emocji. Rozczarowani mogą być ci, którzy szukają strzałów w rodzaju "Rats! Rats! Rats!" lub elektronicznego oblicza, zaprezentowanego na "Saturday Night Wrist" (z ukłonem w stronę "Pink Cellphone"). Pierwszego nie uświadczą w ogóle, a drugie jest podane na zasadzie wysmakowanych dodatków.

 

Parę linijek warto poświęcić Stephenowi Carpenterowi, któremu trudno zarzucić jakąkolwiek wirtuozerię, nie można jednak braku rozwoju. Słychać, że stara się uciec od prosty, której pokaz dał na "Deftones". Miesza, kontrastuje, sprzęga, wrzuca krótkie solo, choć mało prawdopodobne wydaje się wykroczenie poza przyjętą stylistykę, co pewnie dla fanów zespołu problemu stanowić nie będzie.

 

Niewątpliwie jest "Diamond Eyes" pozycją udaną i zwartą, całość trwa niewiele ponad 41 minut, acz z przeznaczoniem dla fanów twórczości Kalifornijczyków, niż nastawioniem na zdobycie rzeszy nowych. Można by zaryzykować stwierdzenie, iż typowy Deftones z nowymi dla siebie rozwiązaniami. I trzymam kciuki, by jak najszybciej przy tytule "Eros" zamiast formułki TBD pojawiły się konkretne cyfry.

 

Tomek Mądry


Tagi:
Deftones, Diamond Eyes

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews