CREED - Full Circle

Na fali wielkich i nieustających powrotów postanowił przypomnieć o sobie zespół Creed. Scott Stapp solowej kariery do nazbyt udanych zaliczyć nie może, trochę lepiej było z powołanym przez pozostałą trójkę muzyków Alter Bridge, a skończyło się jak zawsze. Woń pieniędzy roznosząca się w powietrzu jest w stanie pokonać wszelkie konflikty i te artystyczne, i te personalne.
Do tej pory twórczość Amerykanów można było scharakteryzować krótko: zbyt miękcy dla chłopaków, a w sam raz dla dziewcząt.. Jak pohałasowali, to z odpowiednią dawką wygładzonej produkcji, jak rzucili się na ballady, to było odpowiednio ckliwie. Czy zasadzie tej przeczy powrotna płyta "Full Circle"? Jak można się domyślać, nie za bardzo. Pierwsze, co się rzuca w uszy, to świetna produkcja. Album brzmi ciężko, selektywnie, naturalnie, ale zarazem tak charakterystycznie, iż łypnąłem okiem na "Satellite" P.O.D. by się przekonać, czy producent tamtej płyty Howard Benson nie wziął pod swoje skrzydła brzmienia na "Full Circle". Zdziwienia nie było. W warstwie artystycznej takowego też nie zanotowałem. Na początek odpalamy petardy w postaci "Overcome" oraz "Bread Of Shame", które w swojej roli sprawdzają się idealnie - jest przebojowo, melodyjnie, odpowiednio rytmicznie, z charakterystycznymi riffami Marka Tremontiego. Niestety, później już nie można zastosować starej hitchcockowej zasady rosnącego napięcia. Raczej mamy do czynienia z surfowaniem na niespokojnej wodzie ("A Thousand Faces"), która czasem daje wytchnienie ("Rain"), by za chwilę przybrać na gwałtowności ("Suddenly", "Fear"). Aż prosi się, by tych niespokojnych wód w środkowej części płyty było więcej. Na nieszczęście, zespół brnie w kierunku mielizn, w które wpadł na dobre na poprzednich produkcjach. Pojawiają się kurioza w stylu "On My Sleeve", którego zamieszczenie po "Fear" zaliczyć należy do słabej jakości dowcipu. Z tej mielizny ballad i pół-ballad wyłania się jeszcze bluesowy motyw przewodni w utworze tytułowym. Co jednak z tego, skoro w kolejce czekają na słuchacza kolejne słodycze, od których już solidnie mdli.
"Full Circle" nie wydaje się krążkiem, który zdominuje mój odtwarzacz w tym roku. Za dużo w tym wszystkim kalkulacji, za mało spontaniczności, naturalności i przede wszystkim świeżości. Po prostu: zbyt miękcy dla chłopaków, w sam raz dla dziewcząt. A chłopaki podobno nie płaczą.
Tomek Mądry
Tagi:
Creed, Full Circle
Komentarze
Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.
- ELECTRIC WIZARD, THE SECRET - relacja z drugiego dnia wrocławskiego festiwalu Asymmetry
- CRIPPLED BLACK PHOENIX - wywiad
- NO AGE, DIE! DIE! DIE! - relacja z koncertu w Krakowie, 16.04.2011
- MZ.412, SKULLFLOWER - relacja z koncertu w Londynie, 05.03.2011
- RAFAŁ IWAŃSKI (HATI, X-NAVI:ET) - wywiad
- JACEK LACHOWICZ o 'Wersji 2011'
- I BLAME COCO - relacja z koncertu w Warszawie, 20.03.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Krakowie, 27.02.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Warszawie, 22.02.2011
- ACCEPT - relacja z koncertu we Wrocławiu, 06.02.2011














Favourite State of Mind
Spiritus Movens
Agharthi Live 10-09
S1
Hard Working Classes
Blood Pressures
02
Hillbilly Joker
Jason... The Dragon
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
CoCArt 2011 - Toruń, 25-26.03...
MZ.412, SKULLFLOWER, IRON FIST...
COLISEUM - Kraków, 28.03.2011