Bipolar Bears

musicnews musicnews

CRADLE OF FILTH - Godspeed on the Devil's Thunder

Data: 2009-01-10
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Jak przystało na album koncepcyjny, całość otwiera bardzo filmowe, klimatyczne intro z niskim męskim narracyjnym głosem i chórami anielskimi. Motyw wyświechtany, ale odpowiednio wprowadza w tematykę krążka, czyli historię średniowiecznego zbrodniarza Gillesa De Rais, seryjnego mordercy, domniemanego sługi Szatana i seksualnego zboczeńca. Wydawca określa tę płytę jako najbardziej złowieszczą w historii sztuki Daniego Filtha i jego spółki. Można powiedzieć, że marketingowe teksty umieszczane na naklejkach przytwierdzonych do opakowania płyty są zawsze pisane na wyrost, ale w tym przypadku jestem zmuszony zgodzić się z tym określeniem. Cradle of Filth, niegdyś szczycący się mianem najlepszego eksportowego towaru metalowego Wielkiej Brytanii, nagrywał już przecież bardzo złe i bluźniercze płyty. To prawda, ale w tym przypadku sięgnęli po rzeczywiście kontrowersyjną postać, która jest uosobieniem zarówno nieludzkiego okrucieństwa, jak i diabelskiej przewrotności; jest jednocześnie salonowym playboyem, jak i bezwzględnym mordercą. A wszystko to podlane śmiałym i obrazoburczym sosem. Prawie śmierdzi smołą i siarką. W przypadku "Godspeed on the Devil's Thunder" to ZŁO ma wymiar dużo bardziej inteligentny, przemyślany, dopracowany, świadomy i pozwalający na otwartość interpretacji. Bez zbędnych litrów krwi, przerysowanych wampirów i gołych bab. I bardzo dobrze.

Muzyczna warstwa nowej płyty Cradle of Filth nie zaskakuje, chociaż jest szybko, miejscami ostro. Częste zwolnienia tempa, nieraz do kompletnego wyhamowania, łagodne klawisze i powracający narrator spełniają swoją rolę i faktycznie układają cały materiał w jedną opowieść. Szkoda tylko, że ataki muzycznej furii i momenty, w których sekcja rytmiczna powinna rozdzierać głośniki, a wokal rozcinać bębenki w uszach, są tak naprawdę wygładzone i okropnie melodyjne. Aż się prosi, żeby przy muzycznym portrecie takiego człowieka, blackmetalowa agresja wylewała się z tego albumu i pluła piekielnym ogniem. Z drugiej strony, nie zapominajmy jednak, że to jest Cradle of Filth, który z metalowym podziemiem rozstał się już dawno temu i dość znacznie spiłował swoje rogi. Zatem materiał na najnowszym albumie jest melodyjny i przyswajalny, ale i monotonny. No właśnie, to chyba największy zarzut pod adresem tej płyty – twórcom trochę zabrakło inwencji i świeżego podejścia aranżacyjnego do niektórych elementów tej misternej mozaiki. Mniej więcej w połowie materiału, ta muzyka zaczyna nie tyle nudzić, co męczyć. Jeśli już się wychodzi poza te, umówmy się, skostniałe (black)metalowe ramy, to powinno się bardziej urozmaicić formę, a nie złapać się jednego schematu i tłuc go przez większość utworów.

Reasumując, pomysł bardzo udany, stylistyka na plus, muzycznie przeciętnie. Niech mi jeszcze tylko ktoś powie, dlaczego zdecydowano się na tak obrzydliwie beznadziejną okładkę? Nie można było wybrać tak stylowej jak ta z wersji limitowanej?

Arek Młyniec

Tagi:

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews