Asymmetry 2011

musicnews musicnews

LAURIE ANDERSON - Homeland

Data: 2010-08-24
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

"Homeland" to jeden z nielicznych ostatnimi czasy przypadków, kiedy jestem pewien, że mam do czynienia ze sztuką. Nie z przypadkową rzeźbą w gównie mającą na celu wyłącznie prowokację, ale z dokładnie przemyślanym i perfekcyjnie skrojonym dziełem, na które warto było czekać prawie dekadę.

 

Wystarczająco daleko od dzikich improwizacji u boku Johna Zorna i Lou Reeda, "Homeland" może sprawiać wrażenie albumu zbyt wyciszonego, ale pod tymi kontemplacyjnymi kompozycjami kryje się inrygująca opowieść o współczesnej Ameryce, przy pomocy której Anderson rozlicza się z własnym życiem. Towarzyszy jej muzyka, która onieśmiela bogactwem brzmień i rozmachem aranżacji. Bez taniego efekciarstwa i wszechobecnej sztuczności. Jest to o tyle ciekawe, że płyta jest patchworkiem misternie skleconym z dziesiątek tysięcy ścieżek zarejestrowanych podczas występów, jakie Anderson dała od 2008 roku, kiedy rozpoczęła się jej światowa trasa koncertowa. O problemach, z jakimi artystka borykała się podczas składania tych fragmentów, można dowiedzieć się z dołączonego do płyty krążka DVD. Istotniejszy jednak jest fakt, że ta benedyktyńska praca zaowocowała najbardziej angażującą uwagę muzyką, jaka została wydana w tym roku. Zwinnie wymykając się wszelkim próbom szufladkowania, Anderson z gracją przemyka się między współczesną improwizacją, subtelną elektroniką, a czymś na kształt neo-romantycznych kompozycji, nienachalnie demonstrując maestrię w każdym dźwięku. To nie przypadek, bo towarzyszą jej takie postaci, jak Antony Hegarthy, Kieran Hebden (Four Tet), wspomniani Zorn i Reed, nagrywający dla Tzadik Eyvind Kang oraz... pieśniarze z Tuwy. Lepiej być już nie może.

 

Zachodnia prasa często podkreśla, że najważniejsze albumy o Stanach Zjednoczonych powstają kiedy u władzy są Republikanie. Jest w tym trochę prawdy, a analogii można poszukać nawet w dyskografii Anderson. Kiedy w 1981 roku nagrała piosenkę "O Superman", Zimna Wojna wchodziła w swoje ostatnie stadium, a do władzy doszedł właśnie Ronald Reagan. Dwa lata później zapoczątkowała multimedialny projekt "United States I-IV", którego kontynuacją jest właśnie "Homeland", skomponowany podczas ostatnich dni rządów George'a W. Busha. To za czasów jego prezydentury artystkę spotkały takie nieprzyjemności jak choćby konfiskata przez FBI przesyłki z domowej roboty instrumentem, która została wysłana do chicagowskiego muzeum akurat w dzień wizyty Busha, czy ostracyzm ze strony wspierających go fanów (słynny bojkot w trakcie koncertu w londyńskim Barbican Centre). Historia muzyki popularnej pokazuje, że najczęstszą reakcją na takie wydarzenia jest gniew i agresja. Tymczasem Laurie podeszła do tematu w inteligentny, stonowany, a nawet cyniczny sposób punktując największe problemy współczesnej Ameryki. Bo musicie wiedzieć, że tytułowy "Homeland" ma więcej wspólnego z "homeland security" niż z ojczystym domem. I z wolnością i prywatnością, które tracimy kosztem złudnego poczucia bezpieczeństwa. Dobrze, że głos rozsądku, który nam o tym przypomina należy do Laurie Anderson.

 

Maciek Stankiewicz


Tagi:
Laurie Anderson, Homeland

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews