musicnews musicnews

HOW TO DESTROY ANGELS - How To Destroy Angels

Data: 2010-06-18
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Niedaleko pada Reznor od Nine Inch Nails. Czy to dobrze, czy źle, rzecz względna. Faktem jest zaś, iż wespół ze swoim "gwoździowym" współpracownikiem Atticusem Rossem (oraz przy wsparciu nadwornego grafika Roba Sheridana) postanowił, powołując do życia How To Destroy Angels, bardziej odświeżyć styl, niż sformułować go na nowo. Panowie postawili na kobiecy wokal w osobie pani małżonki Trenta Mariqueen Maandig. I można odnieść wrażenie, że dobór kompozycji podporządkowany był jej możliwościom wokalnymi i barwie głosu.

 

Efekt? Intrygujący, choć wydawać się może, że utwory zostały raczej wyselekcjonowane z przepastnej szuflady mięśniaka, niż przygotowane specjalnie na okoliczność EP-ki. Przede wszystkim należy je traktować jako spojrzenie na drugą stronę medalu, próbę wykroczenie poza granice, w jakich poruszał się Nine Inch Nails. Z pewnymi wyjątkami zrezygnowano z industrialnego zgiełku, kładąc nacisk na z pozoru spokojniejsze, lecz bardziej niepokojące i zdecydowanie nośniejsze oblicze. Używając nomenklatury płytowej macierzystej formacji, powiedzmy od "With Teeth" wzwyż, czyli momentu płytowej kooperacji między Reznorem, a Rossem z niewielkimi naleciałościami "The Fragile".

 

Przykładem niech będzie "Fur Lined" w klimacie najbardziej wpadających w ucho utworów ze wspomnianej "With Teeth". Charakterystyczne zagrywki gitarowe i linie wokalne nie przeszkodziły jednak w skomponowaniu ciekawej, chwytliwej piosenki. Otwierający "The Space In Between" przykuwa uwagę nie tylko teledyskiem i widokiem wokalistki, ale przede wszystkim dużą dawką ciemności i hipnotycznego transu, które się z niego wylewają, będąc jednocześnie elementami spajającymi utwór w całość.

 

Wyjątki od reguły stanowią "Parasite" i "The Believers". Pierwszy bliski korzennemu NIN, ze zniekształconą perkusją, otoczony hałasem i gitarami, drugi w większości instrumentalny, gdzie słuchacz dzięki mocno odjechanym partiom klawiszowym zabrany zostaje w nieokiełznane, żeby nie rzec schizofreniczne rejony, najbliższe głównemu projektowi Trenta Reznora. Pomiędzy nimi mamy jeszcze miarowy "BBB" i potęgujące wrażenie, że opuszczenie legowiska spowodowało u obydwu panów lekkie problemy z błędnikiem. Brakuje tu jakieś myśli przewodniej, zamiast niej otrzymujemy zestaw piosenek z mniejszym bądź większym potencjałem komercyjnym.

 

Ten zbiór sześciu utworów stanowi przystawkę przed daniem głównym, którą szykuje duet Reznor/Ross na pełnowymiarowym, zapowiadanym na początek 2011 roku, wydawnictwie. Fani zawiedzeni być nie powinni, gdyż dostają to, na co mogli być przygotowani. Nowi pewnie się znajdą wśród wielbicieli nie tylko wokalnych umiejętności Mariqueen. A reszta? Reszta niech poczeka w niepewności, czy Reznora stać jeszcze na małą rewolucję, jakiej był autorem na "The Downward Spiral" i "The Fragile".

 

Tomek Mądry


Tagi:
Trent Reznor, Nine Inch Nails, How To Destroy Angels, Mariqueen Maandig, The Space in Between

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews