musicnews musicnews

HEAVEN SHALL BURN - Invictus

Data: 2010-07-19
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Niemiecka ekipa Heaven Shall Burn to już uznana firma. Na firmanencie współczesnego metalu, czy jak kto woli metalcore'a, świeci jasnym blaskiem. Czy zasłużenie? Jakieś światło na tę kwestię z pewnością powinna rzucić ocena jakości zawartości szóstego w dorobku zespołu pełnometrażowego krążka opatrzonego buńczucznym szyldem "Invictus".

 

Niestety, mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie z ręką na sercu przyznać, że przymiotnik "niezwyciężony" jest tym najbardziej adekwatnym do określenia mocy i poziomu 10 nowych kompozycji HSB. W sferze koncepcyjnej ten album jest kontynuacją historii rozpoczętej na "Iconoclast". W sferze muzycznej jest tak samo. Utwory z nowej płyty są tworzone według tego samego wzorca co numery z krążka wydanego w 2008 r. Mamy tu więc do czynienia z miksturą: marszowego ciężaru Bolt Thrower, chwytliwej, skandynawskiej melodyki w duchu "środkowego" Edge of Sanity ("Return To Sanity") i wściekłości Carcass z okresu "Heartwork" ("I Was I Am I Shall Be"). W ramach urozmaicenia mamy podbicie rytmiki techniawkowym beatem ("Combat"), ale to też zabieg, który już pamiętamy z wcześniejszych wydawnictw. Elektroniczne tła słyszymy jeszcze w "The Lie You Bleed For".

 

Podobne uczucie deja vu miałem przy okazji oceny "Invictus" od strony brzmieniowej. To samo studio - Antfarm - ci sami producenci - gitaorowy duet Maik Weichert/Alexander Dietz - i podobny efekt. Mocarna ściana gitar przytłacza od pierwszych sekund "The Omen" i tylko wnielicznych chwilach pozwala zaczerpnąć przyduszanemu słuchaczowi zaczerpnąć nieco powietrza. Niewątpliwą ciekawostką jest za to duet wokalny Marcusa - który jak zwykle z pasją zdziera gardło przez cały czas trwania albumu - z Sabine Weniger z Deadlock. "Given In Death" zamyka album i zespół zbliża się tu zdecydowanie najmocniej do fali młodzieżowych zespołów z Lacuna Coil na czele, w których zasłuchują się rozchwiane emocjonalnie nastolatki. Tylko wrzask Bischoffa może być dla nich nieco zbyt ekstremalny.

 

Na szczęście Heaven Shall Burn, poza wyżej wymienionym utworem oraz amosferycznymi intro- i outrodukcjami, stawia albo na huraganowe ataki, albo miażdżące pochody, którym bliżej do melo death metalu niż emo-łzawej-pseudometalowej papki. A w tej konkurencji Niemcy dają sobie radę co najmniej przyzwoicie. Może nawet i na miejscu byłyby tu nieco bardziej entuzjastyczne określenia. Ale nie zmienia to faktu, że po wysłuchaniu "Invictus" kolana mam czyste.

 

Maciej Miskiewicz
 


Tagi:
Heaven Shall Burn

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews