TOM PETTY & THE HEARTBREAKERS - Mojo

Najnowsza płyty Toma Petty'ego jest tak dobra, że kiedy chciałem wyjąć ją wreszcie z odtwarzacza powiedziała do mnie: nie rób tego! Będziesz żałował! Ja wiem – to omamy spowodowane upałem.
Dotychczas, przyznaję, Petty nie do końca do mnie trafiał. Był jakiś nie mój, jakiś podejrzany, może za mało oryginalny? A już jak Marek Niedźwiecki wmawiał, że najnowszy jego kawałek to hit, przebój i bógwieco, to nawet jeśli piosenka była udana, a klip dowcipny – omijałem. Ale na "Mojo" odnalazłem dla siebie dużo dobrej muzyki. Mam wrażenie, że cała płyta została nagrana przez ludzi dojrzałych, może trochę zmęczonych, a na pewno unikających pośpiechu. W tekstach – groteska, cynizm, czarny humor i kilka zgorzkniałych historii. Nawet jeśli Petty sięga po tematy miłosne, nie muszą być to wcale wesołe opowieści. Muzyka snuje się leniwie, idealnie na te upalne dni. A ja im dłużej jej słucham, tym bardziej mi się podoba. Cała płyta, ale mam kilka własnych faworytek. "First Flash Of Freedom" – taki utwór mógłby zostać nagrany w naćpanych psychodelią latach siedemdziesiątych, "Running Man’s Bible" – idealnie punktująca gitara i rytm, prawie jak reggae, "No Reason To Cry" – oj, jak to się ładnie snuje, wszystko dzięki delikatnej steel gitar tle, "Let Yourself Go" – ciekawy aranż, bardzo oszczędna gitara, rytm, przy którym noga sama chodzi. Ale i tak największym hitem tej płyty jest "Don’t Pull Me Over". Tak dobrego kawałka na styku rocka i reggae nie słyszałem już dawno. Luz, swoboda, kultura muzyczna i gitary, których mogę słuchać bez przerwy. Hej, władcy stacji radiowych – weźcie to i zróbcie z tego przebój. Polacy, po dwóch-trzech piwach też się będą przy tym kiwać. Potem następuje utwór najbardziej ponury na płycie – "Lover’s Touch" – po chwili lżejszej musi nadejść ta trudniejsza, czyli po słońcu burza. Ostatnie kawałki na płycie… są po prostu lepsze i lepsze. Nie o to jednak chodzi, by płytę streścić, lecz by ocenić ją jako całość. Więc to ostatnie kawałki są tej płyty najlepszym podsumowaniem. To one sprawiają, że ciągle wracam do "Mojo".
Ja wiem, że z Toma szydzi się, że jest nieodrodnym synem tajnego związku Boba Dylana (wokal) i Zdzisławy Sośnickiej (image), ale po lekturze tej płyty będę go bronił. Jest w nim więcej buntowniczej krwi Axla W. Rosa oraz muzycznego wyczucia Daniela Lanois. Polecam więc ten krążek, lecz to wcale nie oznacza, że staję w jednym szeregu z Markiem N. Ten człowiek mierzi mnie nadal, podobnie jak Marek Sierocki.
Dawid Brykalski
Tagi:
Tom Petty & The Heartbreakers
Komentarze
Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.
- ELECTRIC WIZARD, THE SECRET - relacja z drugiego dnia wrocławskiego festiwalu Asymmetry
- CRIPPLED BLACK PHOENIX - wywiad
- NO AGE, DIE! DIE! DIE! - relacja z koncertu w Krakowie, 16.04.2011
- MZ.412, SKULLFLOWER - relacja z koncertu w Londynie, 05.03.2011
- RAFAŁ IWAŃSKI (HATI, X-NAVI:ET) - wywiad
- JACEK LACHOWICZ o 'Wersji 2011'
- I BLAME COCO - relacja z koncertu w Warszawie, 20.03.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Krakowie, 27.02.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Warszawie, 22.02.2011
- ACCEPT - relacja z koncertu we Wrocławiu, 06.02.2011














Favourite State of Mind
Spiritus Movens
Agharthi Live 10-09
S1
Hard Working Classes
Blood Pressures
02
Hillbilly Joker
Jason... The Dragon
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
CoCArt 2011 - Toruń, 25-26.03...
MZ.412, SKULLFLOWER, IRON FIST...
COLISEUM - Kraków, 28.03.2011