Handsome Furs

musicnews musicnews

IAN BROWN - My Way

Data: 2009-11-26
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Były wokalista The Stone Roses wydał właśnie najlepszy album w swojej karierze. To tylko dowód na to, że rok 2009 będzie w dziejach muzyki co najmniej tak dobry jak 1991 i 1997. Brawo. Bo o mały włos wydawało się, że ta dekada nie będzie miała przełomu.

Jak dobrze liczę "My way" jest szóstym solowym krążkiem Iana. Wokalisty tyle charyzmatycznego co nieobliczalnego, zaskakującego i intrygującego zarazem. I nie musi przywdziewać maski jak Marylin Manson, by jego twórczość, okryta została aurą tajemniczości, niedomówień, pewnego rodzaju autokreacji. Ian z jednej strony mówi, że ubrania przestał kupować dziesięć lat temu, z drugiej zaś jest oskarżony o pobicie żony. Ile w tym wszystkim smutnej prawdy, a ile rozhukanych plotek przez rządne sensacji brukowce, nigdy się tego nie dowiemy. Prawda jednak jest taka - i leży zawsze po środku - Ian nie jest ani łatwym przeciwnikiem dziennikarzy ani pokorną istotą egzystującą w show-biznesie.

Jak podkreśla główny zainteresowany, powstanie płyty zainspirował sam Michael Jackson, a dokładnie jego płyta "Thriller". Słucham go od wielu tygodni i jakoś nie znalazłem punktu stycznego, ale... Wielokrotnie były wokalista The Stone Roses podkreślał, że mastering płyty wykonany został w dniu, gdy świat obiegła smutna wiadomość o śmierci króla popu. Aż ciśnie się porównanie "umarł król niech żyje król", ale jest ono zdecydowanie na wyrost, tym bardziej, że post rock, alternatywa, electro mocno wzbogacone wodewilową groteską i teatralnymi zagrywkami nijak się mają do popu, r'n'b czy soulu Jacko. Za to jedno jest pewne - "My Way" to płyta doskonale przygotowana, tak by sięgający po nią odbiorcy, zadurzyli się w niej od pierwszych dźwięków. Cała kultura muzyczna lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, boom na brit pop oraz wpływy wielu innych muzycznych nurtów, Brown przefiltrował w czeluściach swojej głowy i dzięki temu oddał do naszych rąk płytę niezwykłą, zaskakującą i różnorodną muzycznie do tego stopnia, że za cholerę nie da jej się ustawić na jednej z muzycznych półek. Naprawdę.

"Stellify" - pierwszy singel - ok, ale podrasowany klimatem rodem z meksykańskiego baru. "In The Year 2525" (świetny cover nieznanego Zager and Evans), które brutalnie przekrzykuje na krążku "Always Remember Me" - swoisty protest song, ale i hymn wydawnictwa - to wszystko dzieje się naprawdę. Mało tego, wprowadza dysonans, który zniszczyłby wiele podobnych płyt. Tu dzieje się inaczej. "Vanity Kills" w pewnym sensie koresponduje z twórczością Chrisa Cornera znanego bardziej pod szyldem IAMX - ewidentnie wymiękam słuchając tego nagrania- sprawdźcie sami. Potem mamy "For The Glory" jak gdyby wskrzeszający ducha lat osiemdziesiątych, genialne chórki w refrenie i klawisze budujące przestrzeń z odpowiednim rozmachem. "Marathon Man" to istne electro clash we wstępie, a potem żywe odniesienie do twórczości z pierwszej połowy lat osiemdziesiątych - ponownie - pyszniutkie i do tego kandydat na hit. Kontynuacją owego muzycznego zamysłu są kolejne dwa nagrania, choć pompatyczny i wsparty marszowym rytmem "Laugh Now" odnoszący twórczość Browna w stronę duetu Pet Shop Boys, pokazuje muzyczną erudycję bohatera niniejszego tekstu. A płytę kończy song z organami w roli głównej, tak wyeksponowanymi, jakbyśmy włączyli płytę jakiegoś teamu rodem wywodzącego się z gospel. Do tego przestery gitarowe, perkusja jak ze "Strawberry Fields" The Beatles - pełen szacun dla muzycznej erudycji człowieka, którego wielu spisało na straty w poprzednim dziesięcioleciu. Nic bardziej mylnego.

Ian Brown pokazuje nam, jak życie po życiu wyglądać powinno. Ale nie każdy jest w stanie takiemu wyzwaniu sprostać. Ianowi to się w pełni udało.

Adam Dobrzyński

Tagi:
Ian Brown, Stone Roses

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews