musicnews musicnews

NEIL COWLEY TRIO - Radio Silence

Data: 2010-07-25
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Kto słyszał o Neilu Cowleyu i jego trio, ręka do góry! Hmmm... nie za dużo chętnych widzę, a szkoda, warto nadrobić zaległości. Choć Cowley w naszym kraju jest postacią anonimową, to na Wyspach Brytyjskich już uznaną w światku jazzowym. Zaczynał skromnie, od występu dla 10-tysięcznej publiczności w Queen Elizabeth Hall, wykonując koncert Szostakiewicza, by dzięki młodzieńczym poszukiwaniom skierować się ku współpracy z Zero 7, Gabrielle i The Brand New Heavies. A ostatecznie skoncentrować na komponowaniu i odkrywaniu możliwości pianina, co poskutkowało założeniem własnego trio oraz albumami "Displaced" (dzięki któremu zostali zauważeni przez BBC wygrywając Jazz Awards w kategorii "Najlepszy Album") i "Loud, Louder, Stop" (który ugruntował pozycję zespołu na brytyjskim rynku).

 

"Radio Silence" jest trzecim w dorobku wynikiem współpracy Cowleya z basistą Richardem Sadlerem i perkusistą Evanem Jenkinsem. I na pewno nie jest to pozycja skierowana wyłącznie dla fanów jazzu. Nie jest też również przeznaczona dla tylko mainstreamowego odbiorcy. Lokuje się gdzieś pośrodku.

 

To płyta niezwykle równa, czerpiącą z elegancji i kunsztu jazzowej sztuki, z odniesieniami do np. muzyki klezmerskiej, ale też nie wymagająca takiego skupienia, jakie niesie twórczość wielkich jazzmanów tego świata. Bywa głośniejsza, hałaśliwsza, niosąca pozytywne emocje, choć nie brak chwil wyciszenia, wyczekiwania oraz smutku i ciemności, bez których jazz nie istnieje. Trio gra impulsywnie, żongluje klimatami, czujnie wychwytuje kolejne zmiany napięcia ("French Lesson", jedyna kompozycja podpisana przez cały skład). I na pewno nie jest tak, że Sadler i Jenkins stanowią tło dla wyczynów lidera. Owszem, kiedy trzeba dają mu miejsce na solowe popisy, usuwając się w cień, bądź lekko podgrywając ("Desert To Rabat"). Cowley odwdzięcza się im tym samym. Puszcza sekcję przodem, daje im się wyszaleć, dać upust rozsadzającej energii. Niekiedy ogranicza się do współgrania z jednym instrumentem, jak w otwierającym "Monoface", gdzie pozwala Evanowi Jenkinsowi na podbicie granego przez siebie motywu przewodniego dynamiczniejszą grą, uzyskując przy tym efekt swobodnie potraktowanego unisono. Cowley wyłamuje się ze schematów, jak w utworze tytułowym, w którym jego gra jest urzekająco powściągliwa, nawet we fragmentach improwizowanych. Nie starając się zasypać słuchacza lawiną dźwięków, lecz stojąc w kontrze, zostawia miejsce na basowe wtrącenia Sadlera.

 

W "Vice Skating" udowadnia, iż nie jest mu obce flamenco, dzięki czemu niżej podpisany za każdym razem przenosi się na hiszpańskie ulice i arenę korridy. Z drugiej strony wykrzesuje z siebie zgoła rockową werwę w "Gerald" oraz "Hug The Greyhound", gdzie panowie Jenkins i Sadler grają rasowe funky. Swoistą wariacją na temat "Monoface" jest "Stereoface", która wydaje się być zbudowana na wszystkich najciekawszych aspektach gry trio. Mamy więc piękny, melodyjny wstęp, rozwijający się w luźną fortepianową improwizację, osadzoną na subtelnej, acz bujającej grze sekcji rytmicznej. Owa subtelność szczególnie zostaje uwypuklona w swoistym opus magnum, zamykającym "Portal" oraz ukrytym "Box Lilly", gdzie na drodze pełnej kontrastów spotyka się zarówno minimalistyczne solo Cowleya, płynnie przechodzące w dynamiczną i nerwową grę muzyków, której jednak nie brakuje melodii, czyli tego co stanowi trzon "Radio Silence". To zdecydowanie pełna paleta kolorów, ukrytych w kilkudziesięciu czarno-białych klawiszach.

 

Parenaście linijek wyżej napisałem, iż nie jest to pozycja przeznaczona tylko i wyłącznie do fanów jazzu oraz mainstreamu. Uściślając, możnaby stwierdzić: tam, gdzie kończy się jazz, a zaczyna mainstream stoi Neil Cowley ze swoim trio. Dlatego tym bardziej warto dać "Radio Silence" szansę, by się przekonać na własne uszy, że to co pomiędzy, wcale nie musi być skierowane do nikogo. Wręcz na odwrót, ten album udowadnia, że na styku sztuki wyższej i tej bardziej "użytkowej" można znaleźć takie perełki, jak "Radio Silence".

 

Tomek Mądry


Tagi:
Neil Cowley Trio, Radio Silence, jazz

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews