Suzanne Vega

musicnews musicnews

HIGH ON FIRE - Snakes For The Divine

Data: 2010-03-10
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

Cofnijmy się w czasie do pierwszej połowy lat 90. Matt Pike grał wtedy na gitarze w grupie Sleep. Po wydaniu wyprzedzającej o prawie dekadę modę na retro płyty "Sleep’s Holy Mountain" zespół został uznany za objawienie, przywołując swoją muzyką echa początku lat 70. Sam Tony Iommi, człowiek, który bez wątpienia był największą inspiracją dla muzyki Sleep, chwalił dokonania grupy.  London Records, będąca pod wrażeniem zespołu, zaproponowało muzykom lukratywny kontrakt. Przyszłość jawiła się w wyjątkowo mało mrocznych barwach.


Oczywiście było to tylko złudzenie. Problemy z wytwórnią spowodowały, że zespół zakończył działalność pozostawiając po sobie jeszcze jedynie dwie (w zasadzie jedną, tylko w dwóch wersjach), otoczone kultem płyty. Al Cisnero i Chris Hakius założyli basowo perkusyjny duet Om, skupiając się na dalszym eksplorowaniu rockowej psychodelii. Matt Pike założył zaś High on Fire. Przyświecał mu jeden cel – grać głośny, brutalny, animalistyczny metal!


Wystarczy tej lekcji historii, skupmy się na nowej płycie High on Fire – "Snakes for the Divine". Od ostatniego albumu studyjnego minęły trzy lata. W tym czasie zespół zmienił wytwórnie z Relapse na Koch. Większy budżet zaowocował zatrudnieniem Grega Fidelmana, stałego współpracownika Ricka Rubina, znanego chociażby z ostatnich płyt Slayera i Metalliki, na stanowisku producenta. Czy te zmiany wpłynęły na muzykę grupy? Czy High on Fire zatracił swój pazur? Odpowiem krótko -  oczywiście, że nie. High on Fire dalej gra brutalny, energetyczny metal czerpiący garściami zarówno z dokonań Motorhead, Venom, jak i z całej stonerrockowej tradycji z Black Sabbath na czele. Muzyka dalej ma w sobie coś pierwotnego i barbarzyńskiego, w pozytywnym znaczeniu tego słowa! Żadnych ballad i ckliwych melodyjek! Testosteron i  energia rozsadzają tę płytę od samego początku do końca, powodując u słuchaczy niekontrolowane machanie głową. Sama esencja rock and rolla!


Pewne zmiany jednak zaszły. W porównaniu z poprzednimi płytami High on Fire materiał na "Snakes for the Divine" wydaje się odrobinę bardziej chwytliwy. Szczególnie jest to widoczne w otwierającym płytę utworze tytułowym, który zaczyna się niczym "Thunderstruck" AC/DC. Na całej płycie słychać jakby odrobinę więcej heavy metalu niż wcześniej. Utwory są długie, ale nie brakuje w nich melodii.  Brzmienie Fidelmana jest łagodniejsze i przystępniejsze niż to, które serwowali producenci poprzednich płyt grupy, Jack Endino i Steve Albini. To wszystko nie zapewni High on Fire przebojów ale powoduje, że to chyba właśnie od "Snakes of the Divine" najlepiej rozpocząć przygodę z tym zespołem, a dopiero następnie sięgnąć po najlepszą według mnie płytę w ich dyskografii czyli "Blessed Black Wings" z 2004 roku.


Dobrze, że są jeszcze takie grupy jak High on Fire, nie próbujące na siłę kombinować, poszerzać swojego stylu, tylko grające to, co wychodzi im najlepiej. Że grają w kółko to samo? AC/DC, Motorhead czy Ramones też, no i co z tego? Matt Pike ewidentnie dobrze się czuje wykonując taką a nie inną muzykę, a "Snakes for the Divine" to po prostu świetna płyta świetnego zespołu. Jak dla mnie to w zupełności wystarczy.
 

Maciej Pletnia

 

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews