musicnews musicnews

HARDCORE SUPERSTAR - Split Your Lip

Data: 2011-01-25
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

"America, fuck yeah!" - tytuł pamiętnej piosenki z kultowej w niektórych kręgach, kukiełkowej produkcji Treya Parkera i Mata Stone'a (dla niezorientowanych: to kolesie od South Parku) był pierwszym, co przyszło mi na myśl po wysłuchaniu "Split Your Lip". Nie da się bowiem ukryć, że choć mamy do czynienia z ekipą z chłodnej Skandynawii, to 11 upakowanych na krążku numerów przesączonych jest na wskroś jankeskim charakterem.

 

Słońce zachodzące nad Sunset Blvd. Cycate panny w bikini na tylnych siedzeniach zaparkowanych na plaży hamerykańskich kabrioletów. A obok ognisko pod palmami i wydziarani kolesie z flaszkami Jacka Danielsa w dłoniach. Taki oto stereotypowy obrazek maluje moja mało wyszukana wyobraźnia już w pierwszych sekundach odsłuchu albumu. A potem robi się jeszcze goręcej.

 

To chyba całkiem zdrowa reakcja, bo ósmy, studyjny album szwedzkiej ekipy to bowiem miód na uszy wszystkich podtatusiałych trzydziestoparolatków wspominających wczesnolicealne fascynacje takimi kamieniami milowymi pudel metalu jak: "Appetite For Destruction", "Pump", "Dr Feelgood" czy "Slave To The Grind". A bolesna konfrontacja z faktami każe się autorowi niniejszej recenzji zaliczyć do tego grona.

 

Dziś, gdy herosi zza Oceanu w najlepszym wypadku odcinają kupony od dawnej popularności, propozycja Szwedów jest tym bardziej godna uwagi. Tych 11 numerów to rock'n'rollowe szlagiery czystej wody, które kołaczą się w czaszce już po pierwszym odsłuchu. Choć może się to wydać nieco kontrowersyjne, to z całą moca stwierdzam, że kwartet z Goeteborga dokłada do pieca z mocą nie mniejszą niż ich ziomale trudniący się melodyjnym death metalem. I nie mam bynajmniej tu na myśli tylko i wyłącznie gniotącej końcówki "What Did I Do".

 

Chłopaki z Crue, Skid Row czy Guns'n'Roses oddaliby półroczny przydział koki za taki materiał. Witalność, chwytliwość, werwa, żywioł, swada, polot. To wszystko jest w kompozycjach Hardcore Superstar i to wszystko sprawia, że imprezowe petardy wybuchają jedna za drugą. Luz i niemal punkowo-łobuzerskie rozpasania instrumentalistów sąsiaduje ze swobodą wokalną Jocke - facet momentami śpiewa jak Sebastian Bach w czasach swoich świętości. Momentami skręca w rejony zbliżone do maniery W. Axla Rose'a. W efekcie Szwedzi w swoich napędzanych alkoholem i cow bellem numerach grają w top lidze glam'n'hard'n'sleaze rocka. I choć dziś ich propozycja powinna trącić myszką to wcale nie mamy do czynienia z syndromem Don Kichotów, którym pomyliły się epoki.

 

Wymienianie wyróżniających się utworów - oczywiście obok rockowych petard ("Guestlist", "Sadistic Girls", "Last Call For Alcohol") są i ballady: forteklapkowa "Run To Your Mama" i akustyczna, w klimacie studyjnych numerów z "G'N'R Lies" "Here Comes That Sick Bitch" - kompletnie mija się z celem. W swoim gatunku - wiem, że to trochę spóźnione wyróżnienie, ale zawsze - "Split Yout Lip" jest dla mnie płytą nr 1 AD 2010. I choć może to być wyrok zaoczny, bo ostatnimi czasy nie jestem na bieżąco z wszelkimi produkcjami natapirowanego nurtu. Ale skoro uznawany za chyba najbardziej obiecujący Steel Panther, w konfrontacji z Hardcore Superstar odpada w przedbiegach, to odpowiedź na pytanie czy Hardcore Superstar daje radę, może być tylko jedna: Fuck Yeah!

 

Maciej Miskiewicz


Tagi:
Hardcore Superstar, Split Your Lip

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews