musicnews musicnews

GORILLAZ - The Fall

Data: 2011-01-09
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl

"Laptop" to zbitka dwóch słów: lap (kolano) i top (wierzchołek). Razem oznaczają przenośny komputer, dla którego alternatywą ma być iPad - nowe dziecko Steve'a Jobsa. "Fall" to po angielsku zarówno jesień, jak i upadek. Jakkolwiek by nie interpretować tytułu nowej (i prawdopodobnie ostatniej) płyty Gorillaz, wniosek nasuwa się jeden: to zrodzony z nudy i spisany na kolanie szkic albumu chowający liczne niedociągnięcia za przehajpowanym urządzeniem.

 

Rola iPada w tym projekcie jest zresztą mocno dyskusyjna, bo jak się szybko okazało, było to tylko jedno z narzędzi, z jakich Albarn korzystał podczas pracy nad piosenkami. Innowacje skończyły się w momencie jego wyboru, a pomysłów wystarczyło na odpalenie kilku aplikacji. Do bólu sztuczne beaty, jakby żywcem skopiowane z ustawień fabrycznych jakiegoś automatu, marne melodie i chaotyczny misz-masz pozostałych elementów sprawiają wrażenie, jakby za realizację tej płyty odpowiadał jakiś żółtodziób, a nie jeden z najciekawszych brytyjskich muzyków ostatnich dwóch dekad. O tym, że życie w trasie stanowi dobrą zabawę tylko dla debiutanta, wiadomo nie od dzisiaj. Tyle że wszystkie dotychczasowe relacje bledną przy nudzie i melancholii "The Fall". Dobitniej już się tego nie da przekazać, ale boli fakt, że Albarn zrobił to pod szyldem zespołu, który powinien się kojarzyć z dobrą zabawą.

 

Podobno darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale tym razem chyba nie ma innego wyjścia. Plusy "The Fall" spokojnie można policzyć na palcach jednej ręki. Pierwszy to świetne wokale Damona w "Revolving Doors", które pozwalają puścić w niepamięć marny podkład. Drugi to dubowa linia basu w "Shytown" i towarzyszące jej arpeggia pożyczone od Emeralds. Trzeci: przyjemnie kołyszący do snu "Amarillo", po uszy tonący w pogłosach i sprawnie wykorzystanych "przeszkadzajkach". W zasadzie jedyny z tej płyty, który mógłby z powodzeniem trafić na "regularne" wydawnictwo Gorillaz. Czwarty w kolejce jest niezawodny Bobby Womack, który daje radę nawet w najbardziej niekorzystnych warunkach (w skrócie: zapomnijcie o "Stylo"). Aż w końcu piąty: że po "Seattle Yodel" wszystko się kończy, bo to i tak o dziesięć piosenek za dużo. W obliczu tego wszystkiego może rzeczywiście lepiej zamknąć Goryle w zoo i zapomnieć o kupnie iPada. A ścieżkę dźwiękową do podróży po Stanach powinniśmy ułożyć sobie sami.

 

Maciek Stankiewicz


Tagi:
Gorillaz, The Fall, iPad, Damon Albarn

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.

musicnews MusicNews