GORILLAZ - The Fall

"Laptop" to zbitka dwóch słów: lap (kolano) i top (wierzchołek). Razem oznaczają przenośny komputer, dla którego alternatywą ma być iPad - nowe dziecko Steve'a Jobsa. "Fall" to po angielsku zarówno jesień, jak i upadek. Jakkolwiek by nie interpretować tytułu nowej (i prawdopodobnie ostatniej) płyty Gorillaz, wniosek nasuwa się jeden: to zrodzony z nudy i spisany na kolanie szkic albumu chowający liczne niedociągnięcia za przehajpowanym urządzeniem.
Rola iPada w tym projekcie jest zresztą mocno dyskusyjna, bo jak się szybko okazało, było to tylko jedno z narzędzi, z jakich Albarn korzystał podczas pracy nad piosenkami. Innowacje skończyły się w momencie jego wyboru, a pomysłów wystarczyło na odpalenie kilku aplikacji. Do bólu sztuczne beaty, jakby żywcem skopiowane z ustawień fabrycznych jakiegoś automatu, marne melodie i chaotyczny misz-masz pozostałych elementów sprawiają wrażenie, jakby za realizację tej płyty odpowiadał jakiś żółtodziób, a nie jeden z najciekawszych brytyjskich muzyków ostatnich dwóch dekad. O tym, że życie w trasie stanowi dobrą zabawę tylko dla debiutanta, wiadomo nie od dzisiaj. Tyle że wszystkie dotychczasowe relacje bledną przy nudzie i melancholii "The Fall". Dobitniej już się tego nie da przekazać, ale boli fakt, że Albarn zrobił to pod szyldem zespołu, który powinien się kojarzyć z dobrą zabawą.
Podobno darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale tym razem chyba nie ma innego wyjścia. Plusy "The Fall" spokojnie można policzyć na palcach jednej ręki. Pierwszy to świetne wokale Damona w "Revolving Doors", które pozwalają puścić w niepamięć marny podkład. Drugi to dubowa linia basu w "Shytown" i towarzyszące jej arpeggia pożyczone od Emeralds. Trzeci: przyjemnie kołyszący do snu "Amarillo", po uszy tonący w pogłosach i sprawnie wykorzystanych "przeszkadzajkach". W zasadzie jedyny z tej płyty, który mógłby z powodzeniem trafić na "regularne" wydawnictwo Gorillaz. Czwarty w kolejce jest niezawodny Bobby Womack, który daje radę nawet w najbardziej niekorzystnych warunkach (w skrócie: zapomnijcie o "Stylo"). Aż w końcu piąty: że po "Seattle Yodel" wszystko się kończy, bo to i tak o dziesięć piosenek za dużo. W obliczu tego wszystkiego może rzeczywiście lepiej zamknąć Goryle w zoo i zapomnieć o kupnie iPada. A ścieżkę dźwiękową do podróży po Stanach powinniśmy ułożyć sobie sami.
Maciek Stankiewicz
Tagi:
Gorillaz, The Fall, iPad, Damon Albarn
Komentarze
Nie dodano jeszcze komentarza, bądź pierwszy.
- ELECTRIC WIZARD, THE SECRET - relacja z drugiego dnia wrocławskiego festiwalu Asymmetry
- CRIPPLED BLACK PHOENIX - wywiad
- NO AGE, DIE! DIE! DIE! - relacja z koncertu w Krakowie, 16.04.2011
- MZ.412, SKULLFLOWER - relacja z koncertu w Londynie, 05.03.2011
- RAFAŁ IWAŃSKI (HATI, X-NAVI:ET) - wywiad
- JACEK LACHOWICZ o 'Wersji 2011'
- I BLAME COCO - relacja z koncertu w Warszawie, 20.03.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Krakowie, 27.02.2011
- THE YOUNG GODS - relacja z koncertu w Warszawie, 22.02.2011
- ACCEPT - relacja z koncertu we Wrocławiu, 06.02.2011














Favourite State of Mind
Spiritus Movens
Agharthi Live 10-09
S1
Hard Working Classes
Blood Pressures
02
Hillbilly Joker
Jason... The Dragon
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
ASYMMETRY FESTIVAL 2011 - dzie...
CoCArt 2011 - Toruń, 25-26.03...
MZ.412, SKULLFLOWER, IRON FIST...
COLISEUM - Kraków, 28.03.2011