musicnews musicnews

BRUCE SPRINGSTEEN - Working On A Dream

Data: 2009-03-29
Poleć ten artykuł innym:
Dodaj do digg Dodaj do facebook Dodaj do delicious Dodaj do linkedin Dodaj do myspace Dodaj do wykop.pl Dodaj do blip.pl Dodaj do flaker.pl
Istnieją wykonawcy, którzy również w Polskich redakcjach wywołuję popłoch oraz prawdziwe pospolite ruszenie. Prawie każdy poczuwa się do wypowiedzi w temacie U2, Metallica, Michael Jackson, AC/DC, Madonna oraz Bruce Springsteen. Każdy się poczuwa, nie każdy ma coś do powiedzenia. Obok wypowiedzi w miarę wyważonych – choć zazwyczaj zbyt pośpiesznych, bo wiadomo termin premiery zobowiązuje – pojawią się prawdziwe brednie. I to naprawdę wydawać by się mogło w poważnych tytułach.
Pojawia się więc nowy album Springsteena – rusza fala publikacji. A ignoranci siedzący na ciepłych etatach wypisują bzdury, byle tylko wierszówkę wyrobić. Przy okazji premiery albumu Springsteen’a festiwal idiotyzmów przyćmił nawet to, co wypisywano przy okazji w sumie wtórnej i tandetnej "Death Magnetic".
"Bruce pozytywista" – donosi dodatek kulturalny "Dziennika": "…stężenie patosu na decybel kwadratowy przekracza tu dopuszczalne normy. Co prawda 'Boss' próbuje zachować pozory zawadiackim 'Outlaw Pete', w którym słychać echa muzyki Morriccone do klasycznych spaghetti westernów, ale to, co dzieje się dalej, to niekończący się festiwal pozytywistycznego prania mózgu. Owijania się w narodową flagę i zawodzenia".
Ekhem… Festiwal pozytywistycznego prania mózgu… Ekhem… Owijania się w narodową flagę i zawodzenia… No, jasne… Ekhem. Tylko, o co chodzi?!
"Dziennik", ale już w następny weekend, prezentuje swoją kolejną spiskową teorię: "Równocześnie obok epickich, wysokobudżetowych produkcji nagrywa płyty akustyczne, kameralne, surowe, jak najlepsza chyba w jego karierze 'Nebraska'. Gwiazda pop finansuje ponurego trubadura, a dramat opowieści i młodzieńczy romantyzm odbijają się w sobie nawzajem. I trafiają do mas jako społecznie zaangażowany melodramat".
Jeśli ktoś tę wypowiedź, oprócz autora, zrozumiał, ma u mnie dyskografię Bruce’a z autografami całego E-Street Band.
"Gazeta Wyborcza" nie mogła być gorsza: "Wydaną właśnie płytą 'Working On A Dream' Bruce Springsteen rozliczył się definitywnie z epoką George'a W. Busha. Ten właśnie prezydent USA był największym - obok Ronalda Reagana - dostarczycielem inspiracji dla całej popkultury". Tak po prostu – dwa zdania i wszystko jasne. I w polityce, i w popkulturze.
Jednak, jak dla mnie, największe fo pa popełnił Tomasz Zeliszewski z leciwej formacji Budka Suflera. Otóż w wypowiedzi dla "Teraz Rocka" rzekł mędrzec ów: "On się nie zmienia, jest cały czas fascynujący. To jest magia wielkiego głosu. Zresztą mam przyjemność wychodzić od 35 lat na scenę z gościem, który też ma wielki głos".
Cugowski jest więc jak Springsteen. Koniec świata jest bliski. Niedługo się dowiemy, że Feel niczym nie ustępuje U2, Doda to lepsza wersja Madonny, a Jan Borysewicz to po prostu drugi Steve Vai.
Litości!
Lecz przy okazji premiery poprzedniej płyty - "Magic" (2007 r.) było jeszcze śmieszniej. Recenzent tygodnika "Wprost" porównał małżeństwo Springsteen’a i Scialfy do… Małżeństwa Rokitów. To nie jest Majewski Szoł. Nadal czytacie MusicNews.pl. Powodem było tylko to, że premiera solowej płyty zbiegła się z premierą płyty Bruce’a. Za taką obrazę żony, na miejscu Springsteena podwinąłbym jeszcze wyżej rękawki koszuli i przestawił recenzentowi nos. Chyba, żeby się pismak zreflektował i uprzednio przeprosił.
Jak zwykle więc Springsteen wydał płytę, a w mediach zrobił się szum. Szkoda tylko, że w tym zamieszaniu mało kto się w płytę wsłuchał.
"Working…" po pierwszym słuchaniu wydaje się być koncepcyjnym klonem "Magic". Właściwie, można by je włożyć razem do jednej okładki jako album dwupłytowy. Nic dziwnego, nagrywana była w przerwach tournee promującego „Magic”, czyli piosenki powstawały w zbliżonym czasie. Na "Magic" jest jednak więcej goryczy i rozczarowania. Na "Working…" dużo więcej optymizmu i wiary w to, że jeśli będą dobre relacje między ludźmi to świat też będzie lepszy. Brzmi to trywialnie, ale jest zadziwiająco trafne i prawdziwe. Właśnie takie emocje i przesłanie jest dominujące na tej płycie. "Working…" to płyta przede wszystkim pogodna, pełna optymizmu, młodzieńczej energii i nadziei. W warstwie muzycznej bardziej melodyjna i przebojowa niż "Magic", prawie wszystkie utwory to "pewniaki" koncertowe, które fani będą gromko śpiewać podczas koncertów. Sam przyłapuję się, że kiedy gra "What Love Can Do" pedał gazu idzie do dechy, podgłaśniam na cały regulator, chce mi się śpiewać i żyć. Intensywność emocji płynących z głośników z łatwością udziela się słuchaczowi.
Bruce dał na płytę trzynaście utworów. "Outlaw Pete" to długa, utrzymana nieco w klimacie westernowym ballada, z linią melodyczną rozwijającą się wraz z dramaturgią opowieści o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie i stabilizacji, jaką dają miłość i rodzina. Idealny numer na zamknięcie podstawowej set listy na koncertach. I uwaga, wpadka Springsteena i producenta – pojawia linia melodyczna zbliżona do pewnego wielkiego hitu Kiss. O plagiacie jednak nie może być mowy. Ot, pewna oczywista progresja akordów. (Podobną wtopę notuje AC/DC na najnowszej płycie nawiązując niechcący z kolei do "Born In The USA" Springsteena.) "Working On A Dream" – piosenka wykonana po raz pierwszy podczas kampanii, jeszcze wtedy kandydata na urząd wiadomo jaki Baracka Obamy dostała – zupełnie niesłusznie – etykietkę agitki wyborczej napisanej specjalnie na tę okazję. "Queen Of The Supermarket" – prosta, romantyczna, melodyjna, prawie zwiewna piosenka o tym, jak uczucie może sprawić, że zwykli ludzie stają się sobie bliscy, a rzeczy najzwyklejsze piękne. "This Life" - muzycznie bardzo przypomina "Girls In Their Summer Clothes" z poprzedniej płyty. "Good Eye" – świetny, klasyczny numer bluesowy z wiodącą harmonijką, wyrazistą sekcją rytmiczną i gitarą, a w tle stonowany, "tradycyjny" głos Bruce'a. Ciarki przechodzą. "Tomorrow Never Knows" to z kolei krótka, zwarta ballada z countrowymi skrzypcami i umiejętnie wykorzystanym steel guitar. Można pobujać się z przyjaciółmi w knajpie. "LifeIitself" właściwie to pierwsza na tej płycie piosenka w stylu dawnych piosenek Bruce'a. "Kingdom Of Days" to kolejne nawiązanie do płyty "Magic", Bruce po raz kolejny sięga po smyczki. Nie jest jednak tylko optymistycznie. W ciągu kilku miesięcy Bruce stracił dwóch przyjaciół: Terry'go Macgoverna, asystenta, któremu poświecił przepiękny "Terry's Song" na "Magic" i Danny'ego Federici, klawiszowca z E-Street Band. O ile "Terry's Song" jest skierowanym do zmarłego przyjaciela hołdem i podziękowaniem to "Last Carnival" jest jakby dalszym ciągiem nagrania "Wild Billy's Circus Story" (album "The Wild, The Innocent And The E-Street Shuffle" z 1973 roku. "Dokąd odszedłeś mój piękny Billy?" Prosty, płynący z serca, subtelny utwór z wyraźną gitarą akustyczną, delikatnymi klawiszami i chórkiem. Refleksyjna piosenka pełna przestrzeni wypełnionej dźwiękami. Opowieść o życiu, w którym zabrakło kogoś bliskiego. Wymowa jednak tchnie nadzieją : chociaż nic już nie będzie takie samo to trzeba ruszać drogę. I wreszcie bonus – "The Wrestler". Prawdziwa perła. Nagrana i zaaranżowana w całości przez Bruce'a ballada, która stała się motywem przewodnim filmu z Mickeyem Rourkiem. A o nim pisze się obecnie równie dużo, co o premierach płytowych wspomnianych wcześniej "wielkich" wykonawców. Surowa, prawie tylko z gitarą akustyczną i fortepianem. Wyciszona, w której słychać wreszcie charakterystyczny, lekko zachrypnięty głos Springsteena. Nagrodzona Złotym Globem, równie piękna jak "Philadelphia", czy "Dead Man Walking".
Od czasu "Seeger Session" (2006 r.), płyty, którą Bruce nagrał, a potem wykonywał na koncertach z dużym zespołem 17 muzyków oraz współpracy z Brendanem O’Brienem (która zaczęła się jeszcze wcześniej) widać wyraźną zmianę stylu artysty. "Magic" zaskakiwało rozbudowanymi aranżacjami, współbrzmiącymi, ale czasem odsuwającymi głos Bruce’a na drugi plan. Na "Working..." jest jeszcze bardziej "na bogato" – smyczki, dzwonki, harmonijka, gitary folkowe, rozmaite instrumenty perkusyjne. I tak naprawdę tylko w dwóch czy trzech utworach Bruce brzmi jak dawny Bruce. Śpiewa wyżej, często mniej rockowo, a bardziej popowo. (Na to samo cierpi Bono, lecz wiadomo pod okiem Lanois i tak się Irlandczyk czegoś nauczy) W aranżacjach słychać wyraźny wpływ lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Przy "Magic" było to ukłonem i wyrazem uznania dla Phila Spectora. Na "Working …" znajdziemy z kolei odniesienia do Beach Boys, The Byrds, Manfred Man, Davida Cassidy, The Partridge Family, The Turtles, a nawet Beatlesów. W sumie to także dziedzictwo samego Springsteena, muzyka jego młodości. Brzmienie nagrań nie jest to tylko zasługą Brendana O'Briena. Nie jest to także przystosowywanie się na siłę do gustów współczesnych słuchaczy. Widać jak zmienia się również Bruce. Wydaje się jakby z wiekiem łagodniał, nabierał więcej dystansu do świata, patrzył na otoczenie z większą tolerancją i próbował uświadomić, że miłość bywa potężniejszym i skuteczniejszym narzędziem niż gniew. I wciąż nie tracił wiary, że można zmienić świat.
Jeśli ktoś ma ochotę i może sobie pozwolić, by zainwestować w lepsze wydanie płyty, otrzyma film DVD o pracy nad albumem oraz bonus bardzo specjalny – video clip "A Night With The Jersey Devil". Nie chciałbym zdradzać szczegółów, ale uwierzcie Springsteen przygotował coś zabawnego, wyjątkowego i groteskowego zarazem.
Jak to się ładnie mówi, podsumowując. "Working On A Dream" jest płytą, która wciąga słuchacza tak, że nawet nie wiadomo, kiedy zaczyna nucić zasłyszane utwory. Przynosi radość, optymizm, chwilę wytchnienia, ale i zadumy. Wtłaczanie jej na siłę w kontekst polityczny tylko dlatego, że Springsteen poparł Obamę i Obama wygrał wybory jest bezzasadne i naiwne. W końcu to nie Springsteen wybrał Obamę tylko naród amerykański. W 2004 roku Springsteen poparł Johna Kerry`go. Kerry nie wygrał wyborów, a po nagraniu folk-rockowego "The Seeger Session" nikt nie wytykał muzykowi hurra-patriotyzmu, bądź owijania się we flagę.
I nawet jeśli Springsteen był, jest i będzie nazywany sumieniem Ameryki to nie ma takiej siły sprawczej, by mianować prezydenta. Ale jak każdy obywatel ma marzenia i prawo by o nich mówić.

Dawid Brykalski

Tagi:
Bruce Springsteen

Dodaj komentarz

Komentarze

Dzięki i chwała MusicNews za rzeczową i wyczerpujacą recenzję ostatniej płyty Bruce`a Springsteena. Ilość bredni wydrukowanych w polskiej prasie przed i tuż po ukazaniu się płyty na polskim rynku przekracza granice pojmowania przeciętnego, zdrowego na umyśle czytelnika. W 95% te pożal się Boże recenzje nie miały nic wspólnego z muzyką, wręcz świadczyły o tym, że piszący nawet płyty nie przesłuchał. Za to ideologii było w nich mnóstwo. Do kwiatków zacytowanych przez p.Brykalskiego z przyjemnością dołożę (w całości!) jeszcze wypociny niejakiego p. Marcina Nowickiego z nr 4 Filmu: "Występ na koncercie inaugurującym prezydentruę Obamy, zła hydra - Bush, poskromiona! Sielanka w perspektywie? Springsteenowi nie do twarzy w minie nowego Amerykanina. Odnowiona na "The Rising" współpraca z The E Street Band gwarantuje pięćdziesiąt minut rasowego rocka, zakorzenionego w folk-rockowej tradycji, grania. Ale Bruce bez dawki charakterystycznej szorstkości traci

(2009-04-01 | 10:14)

~ Tessa Noel

musicnews MusicNews